czwartek, 30 maja 2013

INNA
Tego dnia Diana nigdzie nie mogła znaleźć sobie miejsca. Bardzo dziwnie się czuła, tak jakby to nie ona była w swojej skórze. Jakby ktoś inny siedział w jej wnętrzu i sterował jej zachowaniem. Bardzo dziwne uczucie. Nawet jej ulubieniec kot Belzebub dziwnie się jej przyglądał, pomiaukiwał i uciekał od wyciągniętej ręki ze swoim ulubionym przysmakiem. To coś nowego i niespotykanego. Może nie był głodny, a może ona dziwnie się zachowuje i wzbudza w nim nieufność. No cóż. Podobno koty są nieprzewidywalne, może chwilowo ma jakąś fobię. Już mu się to kilka razy zdarzyło. Nie ma się czym przejmować jak zgłodnieje to sam do niej przyjdzie i będzie się przymilał.
- Chyba pójdę na spacer - pomyślała – świeże powietrze mnie ocuci, może pozbędę się tego uczucia obcości w swoim ciele.
Wyszła na ulicę i prawie od raz tego pożałowała, przed jej domem stała ogromna śmieciarka roztaczając wokoło bardzo nieprzyjemną woń.
- Mam swoje świeże i rześkie powietrze, fu ale śmierdzi. Nigdy jeszcze nie czułam takiego smrodu, a może dopiero teraz zwróciłam na to uwagę. Trzeba szybko stąd uciekać. Dobrze, że zamknęłam okno od strony ulicy, bo miałabym ten zapaszek w całym mieszkaniu…. Ale jestem głodna, chyba wstąpię do McDonalds’a, ostatnio byłam tu chyba dwa lata temu. Zobaczę co się zmieniło, może dają trochę smaczniej jeść- pomyślała.
Weszła.
- Zapach się nie zmienił – zauważyła nie bez rozczarowania.
Podeszła do punktu  zamawiania posiłków wczytując się w spis dań i różnych zestawów niby to obiadowych.
- Słucham Panią – usłyszała miły męski głos. Przeniosła wzrok na twarz człowieka, który stał przed nią. Spodziewała się młodszej osoby, nieczęsto spotyka się w takich miejscach ludzi po trzydziestce.
- Właściwie to nie jestem zdecydowana co zjeść, może Pan mi coś doradzi.
- A może zje Pani to co ostatnim razem? – zapytał.
- Ostatnim razem? Ostatnio byłam tu jakieś dwa lata temu. Musiał mnie Pan pomylić z kimś innym.
- Na pewno nie pomyliłem. Wiem, że była Pani u nas w czerwcu, tak prawie dwa lata temu, mam dobrą pamięć do twarzy. Jadła pani wtedy kurczaka, frytki i sałatkę grecką, a na deser ciastko z jabłkiem.
- Niewiarygodne, chyba rzeczywiście to jadłam, ale jak Pan może to pamiętać skoro ja dopiero teraz zaczynam sobie bardzo mgliście to przypominać?
- Nie wiem jak to możliwe, ale jak widać prawdziwe. To co? Podać to co ostatnim razem?
- Tak, proszę.
Po chwili siedziała przy stoliku, na którym stała taca z jedzeniem. Prawie odechciało jej się jeść. Dziwne, jak mógł ją zapamiętać człowiek, który widział ją raz w życiu i do tego dwa lata temu. No ale może ma jakieś nadprzyrodzone zdolności, a może to ona tak niepospolicie wygląda?...
 Chyba zdarzają się jeszcze bardziej  cudaczne zjawiska. Bez entuzjazmu zjadła i wyszła na zatłoczoną ulicę. Postanowiła, że pójdzie do parku dwie przecznice dalej. Nie była tam już chyba z rok. Albo nie ma czasu albo jej się po prostu nie chce. Szła bardzo powoli, przystawała przy wystawach sklepów. W jednym zauważyła nawet fajne buty. Może sobie je kupi, ale nie dzisiaj. Dzisiaj nie miała ochoty z nikim rozmawiać, nawet ze sprzedawcą w sklepie.
No wreszcie doszła, ale się zmęczyła. Poszuka jakiejś ławeczki. O tamta w cieniu na uboczu będzie w sam raz. Nie zdążyła do niej dojść, bo jakby spod ziemi wyrosła jakaś zakochana para. Rozsiedli się wygodnie nie widząc nic wokoło. Trzeba poszukać czegoś innego. Rozejrzała się, nic żadnej wolnej ławki, chyba zrezygnuje. Już miała zawrócić, gdy usłyszała wołanie: Proszę pani, proszę, tu jest wolna ławka w cieniu.
Spojrzała w kierunku z którego dochodził głos. O nie! Tylko nie to. Jakaś starsza kobieta machała do niej przyjaźnie ręką, zachęcając  ją by usiadła obok niej. Nie chcąc wyjść na kompletną chamkę, podeszła do ławki, usiadła i podziękowała. Nie można powiedzieć, żeby była zachwycona, tym bardziej, że starsza kobieta ciągle coś mówiła. Nie słuchała, nie po to tu przyszła, żeby wysłuchiwać jakiejś starej nudziary. Postanowiła, że posiedzi jakieś pięć minut i odejdzie. Już miała wstać i odejść gdy wydarzyło się coś dziwnego.
- Dziecko, dlaczego tak rzadko tu przychodzisz? – zapytała w pewnej chwili kobieta.
- Rzadko? Pani mnie zna? – zapytała kompletnie zaskoczona.
- Tak znam Cię i Ty też mnie znasz.
- Jestem pewna, że widzę panią pierwszy raz.
- Mylisz się moja droga. Poznałyśmy się tu na tej samej ławce 15 maja prawie dwa lata temu. Nie pamiętasz?
- Nie, nic nie pamiętam.
- Byłaś bardzo smutna, nawet płakałaś, bo porzucił Cię narzeczony, chyba miał na imię Bartek.
- Rzeczywiście w maju prawie dwa lata temu, rozstałam się z Bartkiem, ale nie pamiętam żebym o tym rozmawiała z kimś obcym.
- Pamiętasz, miałaś na sobie taki śliczny beżowy płaszczyk.
- Mam go jeszcze.
- No widzisz, znamy się. A nawet nie tylko się znamy.
- Co to ma znaczyć: Nie tylko się znamy?
- Jeżeli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, wpadaj tu czasem. Jestem codziennie między dwunastą i szesnastą, chyba, że leje deszcz. A teraz wybacz muszę już iść.
I poszła zostawiając Dianę w niemałym osłupieniu.
- Nieprawdopodobne – pomyślała – kim była ta kobieta i skąd ją znała? Swoją drogą miała coś dziwnego w swoim wyglądzie, tak jakby znajomego, widać, że w młodości była piękną kobietą. No i z całą pewnością musiały się już kiedyś widzieć, rzeczywiście, Diana ma beżowy płaszcz, ale już dawno go nie nosiła. Przyjdzie tu w sobotę i spróbuje wyjaśnić tę zagadkę. Posiedziała jeszcze parę minut i powoli powlokła się do domu, rozmyślając o tym co jej się dziś przytrafiło. Najpierw facet z Mc’Donalds’a, później ta dziwna stara kobieta. Naprawdę nie pamiętała, żeby kiedykolwiek z którymś z nich rozmawiała. A może jest tak bardzo przemęczona, że nie może sobie tego przypomnieć.  Jednego była pewna, ona nigdy nikogo nie zapamiętałaby po jednym spotkaniu, tak, żeby go rozpoznać po kilku  latach.  No ale cóż różne dziwne rzeczy się zdarzają i nie wszystkie dają się racjonalnie wytłumaczyć. Chyba nie warto o tym dłużej myśleć. Postanowiła, że za parę dni pójdzie znowu do tego Mc’Donalds’a i sprawdzi, czy ten miły facet znowu ją rozpozna. W każdym razie na dzisiaj miała dosyć atrakcji, postanowiła wrócić do domu , położyć się i poczytać coś ciekawego. Miała spore zaległości w lekturach. Nie poszła jednak od razu do domu, bo buty na wystawie sklepowej bardzo ją kusiły i tak jakby mówiły: kup nas, jesteśmy dla Ciebie stworzone. Wstąpiła więc i od razu tego pożałowała. Jeszcze drzwi się za nią nie zamknęły, a już były przy niej dwie młode dziewczyny i bez przerwy paplały. Chyba widać było po niej, że ma zamiar coś kupić, bo każda z nich chciała być tą, która zapisze sobie na koncie udaną transakcję sprzedaży.
  - Przepraszam Panie, nie potrzebuję rady, już wybrałam buty, które chcę kupić, o poproszę rozmiar 38 z tego modelu. – mówiąc to podeszła do półki i pokazała wzór, który przyciągnął jej uwagę na wystawie.
Jedna z dziewczyn oddaliła się na zaplecze sklepu, a druga, farbowana blondyna,  bezczelnie się jej przyglądała żując gumę. Co jakiś czas przed jej twarzą pojawiał się obleśny balon wydmuchiwany z wielkim namaszczeniem. Obrzydlistwo, fu. – pomyślała Diana.
  - O te buty kupiła Pani na Złotej jakieś dziewięć miesięcy temu. Pamiętam, to ja je sprzedałam. Pamięta Pani? – powiedziała w pewnej chwili miłośniczka balonów.   
  - Przepraszam, nie pamiętam. Być może kupiłam je na Złotej.
  - Jak to pani nie pamięta? To niemożliwe. Miała Pani na sobie taki piękny nietypowy beżowy płaszczyk.
  - Możliwe. - Poddała się. Dziwne, nawet bardzo. Już druga osoba tego dnie wspomina jej beżowy płaszcz, a trzecia, która ją zapamiętała. Niesamowite. Dziewczyna chciała jeszcze coś powiedzieć, ale z zaplecza wynurzyła się jej koleżanka z pudełkiem w ręku.
 Diana usiadła. Przymierzyła buty i wstała, żeby się przejść. Chciała sprawdzić czy są takie wygodne na jakie wyglądają.  Podobały się jej bardzo, więc decyzję podjęła szybko i już po chwili wychodziła ze sklepu z wielką plastikową torbą, w którą sprzedawczyni zapakowała jej zakup. Zrobiło się jej bardzo wesoło, nie wie dlaczego uśmiechała się do wszystkich napotkanych ludzi.  Nie wiadomo dlaczego, ale większość z nich wydawała się jej znajoma.
  - Dzień dobry Pani. – jakiś starszy pan ukłonił się jej szarmancko.
  - Dzień dobry Panu. – odpowiedziała z czarującym uśmiechem.
  - O! Widzę, że dzisiaj poznaje mnie Pani.
  - Nie. Nie poznaję.
  -Jak to? A ten czarujący uśmiech? Czyżby nie był przeznaczony dla mnie? – zmartwił się staruszek.
  - Oczywiście, że był dla Pana, chociaż się nie znamy. To już nie wolno uśmiechnąć się do nikogo bezinteresownie.
  - Oczywiście, że wolno, ale my się przecież bardzo długo znamy, chyba ze trzy lata, a dopiero teraz zobaczyłem pani prześliczny uśmiech.
  - My się znamy?
  - Tak, to dziwne, że Pani tego nie pamięta. Spotykamy się raz w tygodniu, tu na tej ulicy, ale dzisiaj po raz pierwszy ze sobą rozmawiamy. Dzisiaj po raz pierwszy odpowiedziała mi Pani „dzień dobry”.
  - Jak to? To ja do tej pory byłam tak bardzo nieuprzejma?
 - Nie określiłbym tego w ten sposób, po prostu chodzi pani z głową w chmurach. Widać, że myśli Pani o czymś bardzo absorbującym. Jeżeli będzie pani chciała to porozmawiamy o tym innym razem, bo teraz muszę się już pożegnać,  dochodzi dziewiętnasta, jestem umówiony z kimś bardzo ważnym. Do zobaczenia za tydzień.
Zanim zdążyła odpowiedzieć rozpłynął się w tłumie, tak właśnie rozpłynął się. Stała dłuższą chwilę zastanawiając się   nad niewytłumaczalnością tego co ją dziś spotkało, gdy nagle z tłumu wyłoniła się jej mama. Tylko ona miała zdolność materializowania się w najmniej odpowiednim czasie i miejscu.
  - Gdzie się podziewasz? Czekam już dobrą godzinę. Chyba nie zapomniałaś, że byłyśmy umówione?
  - Och! Przepraszam Cię bardzo, zapomniałam.
  - Nic Ci nie jest? Chyba nie jesteś chora?
  - Ja, chora? A, nie, nie. Po prostu wyleciało mi z głowy.
  - Jak to wyleciało Ci z głowy? Przecież rozmawiałyśmy wczoraj wieczorem. To chyba niezbyt odległy termin?
  - No może niezbyt odległy, ale jakoś nie mogę się dzisiaj na niczym skupić.
  - To zauważyłam. Zanim do Ciebie podeszłam odniosłam wrażenie, że rozmawiasz sama ze sobą.
  - Nie rozmawiałam ze sobą. Nie widziałaś tego starszego pana, który odszedł dosłownie kilka sekund przed twoim pojawieniem się?
  - Nikogo nie widziałam. Jestem pewna, że nikogo tam nie było.
  - Dziwne, bo on tam był z całą pewnością. Zresztą nieważne, był czy nie był. Chodźmy do domu. Masz te stare albumy rodzinne?
  - Oczywiście, przecież umówiłyśmy się, że  dzisiaj posegregujemy stare zdjęcia i umieścimy w nich  fotografie w jakimś porządku chronologicznym.
  - Daj tę torbę, bo chyba jest ciężka.      
  - Nawet bardzo. Targam przez całe miasto z piętnaście kilogramów.
  - O matko! Ależ to ciężkie. Trzeba było powiedzieć, że masz tego aż tyle, przyjechałabym po Ciebie samochodem.
  - Jak widzisz dałam sobie jakoś radę. No nie marudźmy już i nie traćmy czasu.
Gdy znalazły się w mieszkaniu Diany, mama zrobiła herbatę i wyjęła swoje śliwkowe ciasto. Chwilę porozmawiały o życiu codziennym, po czym  zabrały się do przeglądania starych rodzinnych fotografii. Okazało się, że niektóre zdjęcia mają przeszło sto lat. 
  - Wiesz mamo, chyba rzeczywiście była pora, żeby zrobić z tym porządek. Straszny tu galimatias. Zobacz to są moje zdjęcia z dzieciństwa a obok nich są zdjęcia taty ze studiów. Kto tu tak namieszał?
  - Twój brat, wtedy kiedy wybierał niektóre swoje. Wiesz przecież jaki z niego bałaganiarz.
  - O matko! Dużo wziął? Mam nadzieję, że nie pozwoliłaś mu na rabunek naszego dobra rodzinnego.
  - Nie martw się wziął tylko kilka takich, które były podwójne.
  - Mamo, mamo! Kto jest na tym zdjęciu? – zawołała w pewnym momencie Diana podtykając jakieś pożółkłe zdjęcie matce pod nos.
  - Nie krzycz tak. Pokaż. Zaraz, zaraz, niech no dobrze się przyjrzę. Nie jestem pewna, chyba to jest dziadek Twojego ojca, ze strony mamy. Tak , to jest ojciec mojej teściowej. Zaraz, jak on miał na imię? Poczekaj, zaraz sobie przypomnę…… Mam, Stefan. Tak na pewno. Teraz sobie przypominam, Stefan. Wiesz, że ja Go pamiętam. Wyglądał trochę inaczej niż na tym zdjęciu, bo jak Go ostatni raz widziałam miał 98 lat.
  - O matko! Ile miał lat? 98? To ile miał lat jak umarł?
 - Chyba 101. Możemy to sprawdzić.
 - Jak?
  - Wiem gdzie jest grób rodzinny Dolniaków. Możemy się kiedyś tam wybrać. Oczywiście jak będziesz miała ochotę, bo wiem jak bardzo nie lubisz chodzić na cmentarz.
  - Może pójdziemy tam jutro?
 - Jutro? Dlaczego tak Ci się spieszy? Nigdy nie byłaś na grobie dziadków i pradziadków, a teraz raptem, jutro. No dobrze już, dobrze. Pójdziemy jutro jak chcesz.
  - Dziękuję Ci mamo.
Umówiły się o dziesiątej pod bramą cmentarza. Diana była grubo przed wyznaczoną godziną. Prawie całą noc nie spała z emocji. Spacerowała sobie przed wejściem nie mogąc doczekać się przybycia matki. Wreszcie zobaczyła ją w oddali. Podbiegła niecierpliwie.
  - Dobrze, że jesteś. Chyba zaraz będzie padać. Mam nadzieję, że zdążymy przed deszczem.
  - Dlaczego jesteś taka niecierpliwa. Nie poznaję Cię. Przecież przyszłam piętnaście minut wcześniej, a Ty patrzysz na mnie z takim wyrzutem jakbym spóźniła się kilka godzin.
  - Przepraszam. To ja przyszłam za wcześnie i czas mi się dłużył. Możemy już iść?    
  - Idziemy, przecież po to tu przyszłyśmy.
Poszły, ale nie od razu udało im się odnaleźć miejsce wiecznego spoczynku rodziny ojca. Dopiero po czterdziestu minutach poszukiwań osiągnęły cel wyprawy. Diana stanęła przed ogromnym granitowym pomnikiem i głośno zaczęła czytać:
  - Pierwsza została pochowana Elżbieta Dolniak z domu Jasny, później jej syn, córka, synowa, teściowa a na końcu mąż, Stefan. To ten pradziadek?
  - Tak, zobacz zmarł w 1980 roku w wieku 101 lat.
  - Tu są zdjęcia niektórych osób. Chyba to jest pradziadka. – Diana pokazała jedno ze zdjęć.
  - Tak to pradziadek na krótko przed śmiercią. Właśnie tak wyglądał. Przyjemny staruszek, prawda?
  - Nawet bardzo przyjemny. Wiesz, wydaje mi się, że go poznałam osobiście. 
  - Nie pleć głupstw, przecież urodziłaś się pięć lat po jego śmierci.  Nie mogłaś go poznać.
  - Wczoraj rozmawiałam z kimś bardzo podobnym, na ulicy na krótko przed spotkaniem z Tobą.
  - No, dobrze mówisz, z kimś bardzo podobnym, ale z całą pewnością nie z pradziadkiem. Wiesz przecież, że każdy może mieć swojego sobowtóra.  Pewnie widziałaś kogoś bardzo do niego podobnego.
  - Pewnie tak było, nawet bardzo podobnego. Gdybym nie wiedziała, że pradziadek nie żyje, to byłabym pewna, że to był on, wiesz wczoraj na ulicy. A kto to? Ta kobieta w koronkowej bluzce? – Diana pokazała zdjęcie bardzo dystyngowanej młodej kobiety. – Czy to jest właśnie prababcia?
  - Tak, widzisz przecież, że zdjęcie jest przy jej nazwisku.
  - Ale młodo umarła. Zaledwie czterdzieści dwa lata. To niesprawiedliwe, pradziadek żył 101 lat o jego żona tylko 42. Prawie sześćdziesiąt lat był wdowcem.
  - Nie, wdowcem był niecałe 50 lat, po śmierci żony nigdy się już nie ożenił. Zawsze sobie żartował, że nie można drugi raz popełnić tego samego błędu, ale tak naprawdę, to nigdy nie pogodził się ze stratą żony.  Wiesz co mi się rzuciło teraz w oczy? 
  - Nie wiem i nie będę wiedziała jeżeli mi nie powiesz.
 - Popatrz na zdjęcie prababki.
 - Patrzę. I co mam zobaczyć? Bardzo ładna kobieta, ale trochę smutna. Czyżby nie była w życiu szczęśliwa?
  - Nie o to mi chodzi. Zobacz jak bardzo jesteś do niej podobna.
  - Nie wydaje mi się.
   - Przyjrzyj się dokładnie.  Te same oczy, usta i nos. Nawet masz tak samo kręcone włosy w tym samym kolorze.
  - Ja nie widzę żadnego podobieństwa, no może włosy. Rzeczywiście włosy są identyczne, ale to chyba nic niezwykłego, w końcu to moja prababka.
  - Nie tylko włosy, nie wiem czy mamy jakieś zdjęcie prababki w domu. Jak przyjrzysz się dokładnie to sama znajdziesz to podobieństwo.  Ale jak mówisz to rzeczywiście nie jest nic niezwykłego, w rodzinach zdarzają się takie podobieństwa.
  - No właśnie. Jak znajdziemy jakieś zdjęcie prababki to sama poszukam podobieństw.
  - Poszukaj, wszystkie zdjęcia zostały wczoraj u Ciebie. Wpadniesz do nas na obiad? Tata by się ucieszył.   
  - Mamo, nie dzisiaj. Miałam już dawno zaplanowany ten dzień, a przez ten cmentarz trochę mi się zawalił. Ale dziękuję za zaproszenie.
  - Sama chciałaś tu dzisiaj przyjść.
  - Mówisz tak jakbym miała do Ciebie pretensję. Wiem dobrze, że to ja chciałam tu przyjść. Podwieźć Cię do domu?
  - Nie, dziękuję. Nie spieszy mi się tak bardzo, ojciec gra w szachy z sąsiadem. Pewnie szybko nie skończą. Przejdę się trochę. Obiad mam gotowy.
  - To do zobaczenia, mamo. Dziękuję Ci za ten spacer po cmentarzu.
  - No to pa, do zobaczenia.  – i mama oddaliła się. Dianie zrobiło się smutno. Została sama przed bramą cmentarza. Powoli ruszyła w kierunku swojego czerwonego „polo”, jednak w połowie drogi zawróciła i zdecydowanym krokiem poszła z powrotem do grobu rodzinnego Dolniaków. Stanęła przed monumentalnym pomnikiem i w skupieniu zaczęła jeszcze raz czytać napisy i oglądać zdjęcia. Zmęczona usiadła na ławeczce. Wpatrywała się w zdjęcie pradziadka, tak intensywnie, że w pewnej chwili wydało się jej, że obok niej na ławeczce siedzi starszy pan, którego spotkała wczoraj na ulicy przed swoim domem. Odwróciła głowę, tak ten staruszek jest bardzo podobny do jej pradziadka. Uśmiechnęła się przyjaźnie, a on odwzajemnił ten uśmiech i przemówił:
  - Witaj Diano! Bardzo długo na Ciebie czekałem, ale wreszcie jesteś. Mam Ci tyle do powiedzenia.
  - Pan mnie zna? Czy to z panem spotkałam się wczoraj na ulicy?
  - Tak. Oczywiście, że Cię znam być może lepiej niż Ty sama znasz siebie.
  - Przepraszam, ale nic nie rozumiem.
  - Przyjdzie czas, że zrozumiesz. Tymczasem przyjrzyj się fotografiom nagrobnym.
  - Już się przyjrzałam i niczego nadzwyczajnego nie zauważyłam.
  - Ale Twoja mama zauważyła.
  - Skąd Pan wie? Był Pan tu wtedy gdy byłyśmy razem z mamą?
  - Oczywiście, zawsze tu jestem. Nie każdy jednak może mnie zobaczyć.
  - No teraz to już chyba Pan przesadził ze swoją tajemniczością.
  - W tym co mówię nie ma nic tajemniczego. Przeczytaj napisy, jeden z nich mówi, że jest to miejsce wiecznego spoczynku Stefana Dolniaka, czyli moje.
  - To jakiś żart? Czy wyglądam na naiwną albo wręcz niedorozwiniętą?
  - Dlaczego myślisz, że to żart? Czy wierzysz w reinkarnację?
  - Prawdę mówiąc nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
  - To może przyszła pora, żeby się nad tym zastanowić?
  - Przepraszam, ale mam dużo innych spraw do przemyślenia. Nie wydaje mi się, żeby zagadnienie reinkarnacji było w tej chwili moim najważniejszym problemem.
  - Przyjrzyj się zdjęciu mojej żony Elżbiety. Nie widzisz uderzającego podobieństwa?
  - Do kogo? Może do mnie?
  - Naprawdę nie widzisz?
  - Nie!
  - Nie krzycz.
  - Ja krzyczę?
  - A co może ja? Uspokój się, popatrz na zdjęcie Elżbiety.
  - Patrzę.
  - Nie patrzysz wystarczająco uważnie. Gdybyś spojrzała bardziej wnikliwie zobaczyłabyś, że jesteście prawie identyczne.
  - Moja mama też widziała jakieś podobieństwo, ale ja nic nie widzę.
  - A widzisz, mama też widziała. Czy nie zastanawia Cię to ani trochę?
  - Sama już nie wiem co o tym myśleć. Jednak  jest to możliwe i naturalne. Mogę być podobna do swojej prababki.
  - No nareszcie jakieś mądre słowa.
  - Mogę być, ale nie znaczy, że muszę.
  - Oczywiście, nie musisz. Musisz jednak wiedzieć, że imię masz po mojej matce, Diana, nie masz pojęcia jaka to była piękna i mądra kobieta, jest tu też pochowana, ale nie ma jej zdjęcia. Szkoda. –  zamyślił się na chwilę starszy pan.
  - Chyba pójdę już do domu, jestem jakoś dziwnie zmęczona i nie chcę już słuchać tych bzdur. Reinkarnacja, kto to wymyślił? Muszę się położyć. Do widzenia.
  - Do widzenia. Przyjdziesz tu jeszcze kiedyś?
  - Nie wiem, być może.
I odeszła bardzo zdecydowanym krokiem. W bramie cmentarza minęła faceta z Mc’ Donalds’a z dziewczyną ze sklepu z obuwiem, przynajmniej tak jej się wydawało, ale upewniła się gdy oboje ukłonili się jej bardzo uprzejmie.
  - Dziwne co oni tu robią? Właśnie wtedy kiedy ja tu jestem? Czy to tylko zbieg okoliczności? – zadawała sobie całe mnóstwo pytań na które nie znała odpowiedzi. Postanowiła, że jutro pójdzie do tego Mc’Donalds’a i zapyta  gościa czy ma jakichś krewnych na tym cmentarzu.
Jak postanowiła tak zrobiła. Następnego ranka weszła do restauracji i zaczęła się rozglądać za znanym jej mężczyzną. Ale nigdzie go nie było. Podeszła do jednej z dziewczyn wydających posiłki i zapytała:
  - Na którą zmianę przychodzi dzisiaj taki miły facet w wieku około czterdziestki?
  - Tu nikt taki nie pracuje. – odpowiedziała dziewczyna.
  - Jak to, nie pracuje? Byłam tu chyba przedwczoraj i właśnie on mnie obsługiwał.
  - Niemożliwe, jedyną osobą po trzydziestce, która tu pracuje jest Asia. Na pewno nie ma tu żadnego starszego od niej faceta.
  - Ale ja tu byłam i widziałam go. Rozmawiałam z nim tak jak z Panią teraz – upierała się Diana.
 - A może była Pani w innym miejscu?
  - Nie, byłam tutaj, ja mieszkam w tym domu – mówiąc to pokazała na swój blok. Na pewno byłam tu w tej restauracji.
  - Przykro mi ale nie mogę pani pomóc. Przepraszam, muszę wracać do pracy. – i dziewczyna odeszła, pokazując koleżankom, że kobieta stojąca przy kasie jest niespełna rozumu.
Zrezygnowana Diana wyszła na ulicę, zastanawiała się co to wszystko znaczy. Była pewna, że parę dni temu rozmawiała z człowiekiem, którego podobno nie było. Jak to jest możliwe? Co się dzieje? Może zachorowała na jakiś rodzaj choroby psychicznej? Może to są jej przywidzenia? No i ten rzekomy pradziadek. Nie no jakiś koszmar, jak w najgorszym śnie.  Jeżeli jeszcze nie oszalała to za chwilę na pewno jej się to uda. Postanowiła, że pójdzie do parku, może spotka tę tajemniczą starszą kobietę. Ta postać też wydawała się bardzo zagadkowa. Może uda się coś wyjaśnić. Nie upłynęło więcej niż dziesięć minut i już zbliżała się do ławki na której spotkała poprzednio dziwną postać. Nikogo jednak na niej nie było. Popatrzyła na zegarek, chyba jest jeszcze za wcześnie, dopiero jedenasta, a może w niedzielę ta kobieta tu nie przychodzi? Postanowiła, że posiedzi sobie i w spokoju przemyśli całą swoją sytuację. Niematerialny pradziadek, a może to oszust jakiś, przecież nie sprawdziła czy był materialny, nie spróbowała go dotknąć. No tak trzeba było go dotknąć i wszystko byłoby jasne. No cóż może następnym razem, jeżeli taki w ogóle będzie.
 - Witam Cię moja droga – usłyszała nagle nad głową.
Nie mogła uwierzyć, jednak starsza pani przyszła punktualnie o dwunastej.
  - Czy przyszłaś spotkać się ze mną? – Zapytała.
  - Tak. Chciałam z Panią porozmawiać.
  - Bardzo się cieszę. O czym chcesz rozmawiać?
  - Mam wrażenie, że pani wie co się wokół mnie ostatnio dzieje.
  - Nie wiem o czym mówisz, dziecko.
  - Na pewno pani wie, jestem tego pewna. Otaczają mnie ostatnio dziwne osoby, których nie ma, albo takie, które już dawno umarły.
 - Jak to możliwe?
  - Właśnie chciałam o to zapytać. Dlatego tu jestem.
  - Obawiam się, że niewiele będę mogła Ci pomóc.
  - Nie będzie pani mogła, czy nie będzie pani chciała?
  - I jedno i drugie.
  - Jak to, jedno i drugie? To znaczy, że pani coś wie?
  - Niezupełnie jest tak jak myślisz. Pytaj, jak będę znała odpowiedź to ją poznasz.
  - Czy wie pani kto to jest, raczej był Stefan Dolniak?
  - Tak.
  - Powie mi Pani?
  - Nie wiem czy jesteś gotowa, żeby poznać prawdę.
 - Jestem i jeżeli jej nie poznam to zaraz zwariuję.
  - Spokojnie.
  - Nie mogę być spokojna, zaraz zacznę wyć. No więc, kim był Stefan Dolniak?
  - Przygotuj się, bo odpowiedź jest szokująca. Stefan Dolniak był moim synem.
  - Co?!!! Nie, no chyba rzeczywiście zwariowałam. – w tym momencie Diana wpadła na szalony pomysł i rzuciła się na siedzącą obok staruszkę. Jeszcze chwila a złapie ją za gardło i chyba udusi. Już, już miała dosięgnąć pomarszczonej szyi, ale ta rozpłynęła się gdzieś w powietrzu. Niebywałe, jak mogło się to stać. Stała z rozwianym włosem zaciskając kurczowo ręce na czymś czego nie było.
Widząc zdziwione spojrzenia siedzących obok ludzi, poprawiła włosy i z powrotem usiadła na ławce próbując się opanować. Ciekawe czy inni ludzie w parku też widzieli tę kobietę. Sądząc po ich minach to chyba jednak, nie. Postanowiła, że posiedzi jeszcze parę minut i pójdzie.
  - A widzisz, mówiłam Ci, że nie jesteś jeszcze gotowa, by usłyszeć prawdę. Nie chciałam Ci tego jeszcze mówić.
  Diana odwróciła się w kierunku z którego dochodził głos, ale i tak nie miała wątpliwości kto do niej mówi.
  - Kim Ty jesteś? – wydusiła.
  - Już Ci powiedziałam, jestem matką Stefana Dolniaka, czyli Twoją praprababką. Masz imię po mnie, Diana.
 - Już to gdzieś słyszałam.
  - Na pewno od Stefana. Wiem, że macie kontakt.
  - Jak to możliwe, że widzę Was i słyszę skoro Wy nie żyjecie od dawna?
  - Teraz nie żyjemy, ale dostaliśmy następną szansę, dlatego nas widzisz. Czekamy na nasze nowe ciała.  Niektórzy mogą sobie wybrać matkę. Stefan wybrał Ciebie. Ja zresztą też.
  - O czym Ty mówisz kobieto?!!
  - Jak to o czym? Nie wiesz, że prawie wszystkie dusze wracają na Ziemię?
  - Ty masz duszę żony Stefana, Elżbiety. Ponieważ nie mógł wcielić się w duszę Twojego przyszłego męża, postanowił być Twoim dzieckiem. On bardzo kochał Elżbietę, ale niestety umarł za późno.
  - Jak to umarł za późno? Czy można umrzeć za późno? Chyba można umrzeć za wcześnie.
  - Nic nie rozumiesz, dusza może być poddana reinkarnacji najwcześniej po 20 latach od dnia śmierci, ale nie później niż po 50. Później traci swoją szansę na zawsze, jeżeli nie zdąży już nigdy nie wróci do świata żywych. Oczywiście nikt nie wie tego w chwili śmierci.
  - Ja już będę wiedziała.
  - Nie, wszystko zostanie wymazane z Twojej pamięci.
  - Niemożliwe. Kto mi to wymaże? Ależ to wszystko jest nierealne. Słyszałam o reinkarnacji, ale do tej pory wkładałam to  między bajki. Zdaje się, że hindusi wierzą, że dusze odradzają się na nowo w nowym ciele.
  -  Nie tylko hindusi i nie jest to tylko wiara, ale fakt. Mój syn Stefan nie mógł powrócić na Ziemię w tym samym czasie co jego żona Elżbieta, bo ich czas się rozszedł.
  - Czas się rozszedł?
  - Tak, ona musiała wracać a on jeszcze nie mógł. Dzięki Tobie znowu będziemy wszyscy razem.
  - Wszyscy razem? W jaki sposób?
   - Będziesz miała czworo dzieci, które będą miały dusze: Stefana, moją, mojego wnuka i wnuczki.
  - Fajna bajka, może kiedyś opowiem ją moim dzieciom, jeżeli oczywiście będę je miała.
  - Zapewniam Cię, że będziesz miała. To już jest zapisane w gwiazdach.
  - A więc w gwiazdach? Nie w niebie?
  - Gwiazdy to niebo.  Nie uciekniesz od tego to jest twoje przeznaczenie.
  - Przeznaczenie? Czworo dzieci? Czy znam pozostałą dwójkę?
  - Tak. Mężczyzna z Mc’Donalds’a to mój przedwcześnie zmarły wnuk a  kobieta ze sklepu z butami , to wnuczka.
  - Coraz bardziej pachnie to bajką, niewyobrażalną bajką. Sama bym tego chyba nie wymyśliła. Niebywałe, widziałam tych dwoje  na cmentarzu. Czyżby odwiedzali swój grób? Byłam nawet w Mc’Donalds’e.
  - No i co? – zapytała z widocznym triumfem stara kobieta.
  - No, dziwna sprawa, nikt nigdy, oprócz mnie nie widział tego faceta.
  - Czy to nie daje Ci do myślenia?
 - Daje, ale moje myśli idą w zupełnie innym kierunku niż Twoje „praprababciu” – powiedziała z przekąsem Diana.
  - Miło mi słyszeć te słowa, szkoda tylko, że mówisz to z taką drwiną.
  - A jak mam mówić, przecież to  wszystko jest nielogiczne.
  - Nielogiczne jest tylko dla tych, którzy nie mają wiedzy na ten temat. Ale w sumie to śmieszne, ja Twoja praprababka będę mówiła do Ciebie niedługo „mamo” i nie będę niczego świadoma, zresztą Ty też.
  - To jakie imiona będą miały moje dzieci, dwoje znam, a reszta?
 - Tak jak powiedziałam, najstarsza córka będzie miała na imię tak jak Ty i ja, czyli Diana, starszy syn, Stefan, młodszy Andrzej i najmłodsza córka Eliza, bo takie imiona  miały w poprzednim życiu ich dusze i takie wybrały na następne wcielenie.
  - Czy to znaczy, że rodzice nie wybierają imion dla swoich dzieci, tylko ich dusze?
  - Tak.
  - Bez sensu. Ja na pewno sama je wybiorę dla swoich dzieci. Co ja mówię, dzieci. Jedno dziecko, jedno! Nie chcę mieć ich więcej i na pewno nie będę miała.
  - Tak Ci się tylko wydaje. Szkoda, że nie będę mogła powiedzieć: a nie mówiłam? Bo będzie dokładnie tak jak mówię. Myślę, że obydwie wiemy już wystarczająco dużo i możemy się rozstać. Nie sądziłam, że tak szybko powiem Ci całą prawdę. Wymusiłaś to na mnie. Zostawiam Cię, bo widzę, że właśnie nadchodzi Twój przyszły mąż, January. Do zobaczenia, bądź dobrą mamą.
 - Mój mąż? Co to znowu za dowcip? Powiedz coś więcej. Czy ojca też sobie wybraliście?
  - Tak, ojca też wybraliśmy.
  - Niesamowite, chyba napiszę o tym książkę. Kiedy się znowu zobaczymy?
 - Jak zostaniesz mamą, ale żadna z nas nie będzie pamiętała o naszych poprzednich spotkaniach. Zatem żegnaj moja droga.
  - Poczekaj, mam jeszcze mnóstwo pytań.
Ale tego starsza kobieta już nie usłyszała, bo tak jak poprzednio rozpłynęła się gdzieś w przestrzeni.
  - Dobrze się pani czuje? – jakiś mężczyzna podszedł do niej nieco zaniepokojony.
  - Tak, dziękuję. Dlaczego pan pyta?
 - Przez dłuższy czas rozmawiała pani z jakimś niewidzialnym rozmówcą. – odparł.
 - Z niewidzialnym rozmówcą? A nie, jestem aktorką i właśnie przepowiadałam sobie tekst na dzisiejszy spektakl. – szybko odpowiedziała, chociaż tak naprawdę nie wiedziała jakim cudem znalazła się dzisiaj w parku, nie miała wcześniej takich planów.
 - Może jednak odprowadzę panią do domu, bo wygląda pani na bardzo zmęczoną.
  - Proszę się nie fatygować – odpowiedziała na uprzejmą propozycję i dopiero teraz przyjrzała się stojącemu przed nią mężczyźnie. Wysoki brunet, nieprawdopodobnie przystojny. Niebieskie wciąż śmiejące się oczy. Gdy tak patrzyła zrobiło się jej ciepło w okolicy serca. Uśmiechnęła się.
  - Będę jednak nalegał i odprowadzę panią do domu. Może najpierw się przedstawię, January Brocki. Jestem mechatronikiem. Czy jeszcze podać jakieś dane, np. numer buta czy kołnierzyka, żeby pozwoliła się pani odprowadzić?
  - Chyba to mi wystarczy, szczególnie istotna była informacja o numerze buta, bez niej chyba nie mogłabym się zgodzić. – powiedziała Diana śmiejąc się do łez. Nie wiedziała jednak dlaczego to imię zrobiło na niej takie wrażenie. Może dlatego, że było to bardzo rzadkie imię.


Dziesięć lat później.
  - Mamo, mamo, Stefan ciągnie mnie za włosy. – Do Diany podbiegła mała dziewczynka ze łzami w oczach
  - Stefan! Uspokój się w tej chwili. Dlaczego bez przerwy dokuczasz Elizie?
  - To nie ja , to Diana ją szarpie. – odpowiedział obrażony może siedmioletni chłopiec.
  - Diana, czy to prawda?
  - Tak, zobacz co zrobiła z moim zeszytem do matematyki. – w progu stała ciemnowłosa drobna dziewczynka ściskając w ręku coś co w małym stopniu przypominało w tej chwili zeszyt.
  - To nie ja, to Andrzej. – zawołała mała Eliza.
  - January! – zawołała udręczona Diana. – Czy mógłbyś przeprowadzić dochodzenie w sprawie zeszytu Diany? Jeżeli ja się tym zajmę to obiad będzie na kolację.
  - Oczywiście, zaraz zatrudnimy małego detektywa i wszystko będzie jasne. – usłyszała z głębi domu odpowiedź.
  - Dzieci! Proszę wszyscy do salonu, do taty.
Uf! Odetchnęła z ulgą. Bardzo nie lubiła rozstrzygać sporów między dziećmi, a January świetnie sobie z nimi radził. Teraz mogła zająć się wykończeniem obiadu. Popatrzyła na zegar i wpadła w panikę. Za godzinę będą jej i Januarego rodzice, nie wie czy się wyrobi. Po piętnastu minutach w drzwiach kuchni ukazała się uśmiechnięta twarz jej najprzystojniejszego na świecie męża:
  - Pomóc Ci w czymś, kochanie?
  - Dzięki, chętnie skorzystam.
Zdążyli. Gdy o wyznaczonej godzinie do furtki ich willi zadzwonił dzwonek wszystko było gotowe na przyjęcie gości.
Dzieciaki rzuciły się na dziadków z wesołymi pokrzykiwaniami, bo jak zwykle zostały przez nich sowicie obdarowane.
Wtedy do Diany podeszła jej mama i nieoczekiwanie powiedziała:
 - Wiesz córeczko, jestem bardzo szczęśliwa. Myślałam, że nigdy nie wyjdziesz za mąż i nie będziesz miała dzieci, zawsze nas tym straszyłaś. A tymczasem mamy czworo wspaniałych wnuków. Często zastanawiam się czy to nie sen.
  - Mamo, wierz mi ja też tego nie mogę zrozumieć, ale taka jest rzeczywistość. Może to było moje przeznaczenie?
 










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz