KIEDYŚ TU BYŁEM
Wstał,
otrzepał się z kurzu i piasku i dokładnie rozejrzał dookoła. Przez chwilę
zastanawiał się gdzie jest i jak się tu znalazł. Mimo ogromnego skupienia nie
mógł sobie przypomnieć, nawet tego kim jest i jak się nazywa. Wszędzie piasek , piasek i tylko piasek. Na
horyzoncie zobaczył jakieś góry, a może to nie góry? Może to tylko
przywidzenie. Może to fatamorgana? Senny
miraż?
- Trzeba logicznie pomyśleć, to nie może być jawa. To na
pewno sen, ale bardzo realny, aż za bardzo. – całym jego ciałem, mimo
nieprawdopodobnego upału, wstrząsnął
bardzo silny dreszcz. Powoli zaczynał przyzwyczajać się do panujących warunków.
Przetarł oczy. Popatrzył na swój strój i nagle przypomniał sobie, że jest
fizykiem i pilotem oblatywaczem i, że
pracuje w bazie lotniczej w Texasie. Chyba opracowywał projekt urządzenia,
które miało przenosić ludzi w czasie. Tak naprawdę był to samolot, który
poruszał się z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Teraz sobie
przypomniał, że to on był wyznaczony na pierwszego oblatywacza. Czyżby ten
pierwszy lot już się odbył? A to czego doświadcza to wynik tej próby? Chyba eksperyment się nie udał, bo nie
miał pojęcia gdzie jest i jak tu trafił? A gdzie miał trafić? Chyba jednak nie
tu. A gdzie samolot? W tym momencie zauważył, że ma na sobie uprząż
spadochronu. O nie! Czyżby się katapultował? To znaczy, że samolot się rozbił,
a patrząc dalej, znaczy, że on Jakub Rylski nigdy już nie wróci do dawnego
życia. Istnieje mała szansa, że ten wehikuł którym podróżował, nie odbył żadnej
podróży w czasie, a tylko w przestrzeni. Musi to sprawdzić, ale jak? W tej
chwili nie miał jeszcze żadnego pomysłu. Usiadł na gorącym piasku i znieruchomiał. Siedział tak do momentu gdy na
horyzoncie zaczęły gromadzić się ogromne burzowe chmury. W pewnym momencie
powiał bardzo silny wiatr i to chyba on ocucił Jakuba. Gwałtownie wstał i
spojrzał w kierunku czarnych chmur, które prawie zakrywały góry na horyzoncie.
- Trzeba jak najszybciej dotrzeć do tych gór. – powiedział
do siebie.
Niewiele się zastanawiając ruszył w wyznaczonym przez siebie
kierunku. Jednak marsz sprawiał mu o wiele więcej trudności niż mógł się
spodziewać. Przez chwilę zastanawiał się czy nie zdjąć kombinezonu pilota w
który był ubrany, ale szybko porzucił ten pomysł, obawiał się poparzenia skóry.
Kombinezon chronił go przed tym niebezpieczeństwem. Szkoda, że nie był biały.
Tak rozmyślając , bardzo powoli posuwał się do przodu, czyli szedł w kierunku
widocznych w oddali gór. Po godzinie marszu był już tak wyczerpany, że przez
chwilę pomyślał o poddaniu się. Ale szybko porzucił ten pomysł. Nie tak był
szkolony. Będzie walczył do końca. Musi przynajmniej dowiedzieć się czy eksperyment
podróży w czasie powiódł się. W kieszeni spodni
miał dwie butelki wody mineralnej. Otworzył jedną i wypił duży łyk.
Przez chwilę zastanawiał się czy może sobie pozwolić na drugi, ale gdy spojrzał
w kierunku celu swojej podróży, zrezygnował , zakręcił butelkę i schował do kieszeni spodni.
- Muszę oszczędzać wodę, bo nie wiem ile czasu zajmie mi
dotarcie do tych gór. Będę pił jeden łyk
na godzinę– pomyślał
Niechętnie ruszył dalej. Następna godzina udręki i znowu łyk wody. I następna i znowu
łyk. W końcu jedna butelka była pusta, a wydawało się, że nie zbliżył się do
celu ani o kilometr. Odpoczął kilka minut i poszedł dalej. Następna
godzina zaliczona, nie wie ile jeszcze da radę. Tym razem odpoczywał dłużej,
tak długo że nie chciało mu się wstać. Zastanawiał się czy jest jakiś sens w
tym co robi. Czy ma chociaż minimalną szansę dotrzeć do tych koszmarnych gór?
Tak rozmyślając zasnął. Gdy się obudził poczuł na twarzy dziwny chłód, jakby
liźnięcie ogromnym chłodnym językiem. Otworzył oczy i znieruchomiał. Nie leżał
już na pustyni tylko w jakiejś pieczarze, być może w górach do których z takim
uporem starał się dojść. Leżał na mchu a jakiś wielki , być może gad, pochylał
się nad nim i gapił się mu przenikliwie prosto w twarz. Ohyda. Gorączkowo
zaczął zastanawiać się co robić, ale w końcu doszedł do wniosku, że lepiej
będzie nie robić nic, nie ruszać się, prawie nie oddychać. Powoli jego wzrok
przyzwyczajał się do półmroku panującego w jaskini. Przyjrzał się zwierzęciu,
które stało nad nim i z wielkim zaciekawieniem próbowało zidentyfikować
intruza. Im dłużej Jakub przyglądał się stworowi, tym bardziej był przerażony.
W pewnej chwili zdał sobie sprawę, że tym wielkim stworem, który chyba go tu
przyniósł, jest przedpotopowy dinozaur. Tak był pewien, że to dinozaur, ale na
jego szczęście roślinożerny, bo chyba już by nie żył.
- Matko! Tak to jest dinozaur. – pomyślał. – znaczy, że
eksperyment się udał, ale chyba nikt się o tym nie dowie, bo on nigdy już nie
wróci do swojego czasu. Mimo beznadziejnego położenia, zaczął się zastanawiać
jak mógłby dać znać swoim kolegom z bazy i instytutu, że eksperyment się udał.
Na razie nic nie przychodziło mu do głowy. Musi coś wymyślić, to może mieć
wielkie znaczenie dla nauki dwudziestego pierwszego wieku. Podróże w czasie są
możliwe. Już wie, zostawi w tej pieczarze jakiś charakterystyczny przedmiot,
może za kilkanaście milionów lat a może kilkaset ta pieczara nadal tu będzie i
ludzie znajdą to co tu zostawi. Tylko co
ma przy sobie takiego co mogłoby przetrwać tyle lat? Gdy tak intensywnie myślał
ogromny gad odwrócił się i wyszedł. Wtedy Jakub usiadł i zaczął gorączkowo
przeszukiwać ogromne kieszenie
kombinezonu, znalazł mały termos z kawą. Z czego był zrobiony? Środek na pewno
ze srebrzonego szkła, a część zewnętrzna z jakiegoś sztucznego tworzywa,
podobno odpornego na wodę i ogień. Ale czy odpornego na upływ czasu? No ale srebrzone szkło powinno przetrwać
bardzo długo. Czy wystarczająco długo? Na
wszelki wypadek postanowił włożyć do termosu swoją obrączkę ślubną, złoto na pewno przetrwa miliony lat. Jeżeli
znajdą ją w jego czasach to Eliza na pewno ją rozpozna. Jak postanowił tak
zrobił, porządnie zamknął termos i już miał go wrzucić w szczelinę w skale, gdy
dosłownie przed jego nosem wyrósł ogromny dinozaur, porwał termos i połknął go.
Przy okazji popchnął tak silnie Jakuba, że ten wpadł w jakąś rozpadlinę i
zaklinował się w niej nie mogąc ruszyć ani ręką ani nogą.
- To już koniec. – pomyślał, zaczął się dusić, jeszcze
chwila a straci przytomność. W ostatnich sekundach swojego życia zobaczył jak
ogromny gad spada w przepaść razem z jego termosem w brzuchu.
Gdy się przebudził chciało mu się okropnie pić. Podniósł
rękę? Jak to podniósł rękę? Przecież gdy tracił przytomność miał unieruchomione
wszystkie kończyny. Sprawdził, tak był pewien, jakimś cudem miał wolne ręce
i nogi. Nagle usłyszał:
- Doktorze, chyba się wybudza.
Gdy otworzył oczy, zobaczył kilkanaście twarzy pochylających
się nad nim. Tak twarzy, nie paszczy dinozaura.
- Co tu się dzieje? Gdzie jestem?
- Jak to gdzie jesteś? W naszej bazie w Texasie.
- W bazie, w Texasie? To ja nie brałem udziału w próbnym
locie, programu Pętla czasu?
- Brałeś.
- To znaczy, że zginąłem wiele milionów lat temu w jakiejś
pieczarze. Skąd więc ….
- Skąd się tu wziąłeś? Polecieliśmy po Ciebie gdy
zorientowaliśmy się, że rozbiłeś samolot.
- Chyba mi się to wszystko śni bo niby skąd wiedzieliście
gdzie mnie szukać?
- Pięć lat temu wykopano w Tanzanii ogromnego dinozaura,
który w brzuchu miał bardzo dobrze zachowany termos z twoją obrączką.
- Jak to pięć lat przecież ja wtedy nie wiedziałem jeszcze,
że będę podróżował w czasie. Jak to możliwe? Czy czas jest aż tak elastyczny?
- Okazuje się, że my jeszcze bardzo mało wiemy o czasie.
Czas prawdopodobnie jest pętlą, która czasami się ze sobą przecina. W takim
właśnie przecięciu musiałeś wylądować w erze dinozaurów. Poza tym dopiero parę
dni temu przy dokładnym badaniu tego dinozaura odkryto zawartość jego żołądka.
A wtedy Ciebie już tu nie było. Ogłosili oczywiście tę sensację natychmiast, a my
domyśliliśmy się od razu, że chodzi o ciebie. Zbadaliśmy całą sprawę no i
jesteś tu z nami.
- Dlaczego nie dowiedzieliśmy się o tym odkryciu pięć lat
temu?
- Bo pewnie to też była pętla czasowa.
- A od kiedy o tym wiecie?
- My dowiedzieliśmy się o tym dopiero wczoraj, jak nie
wróciłeś, obejrzeliśmy termos i obrączkę i byliśmy pewni, że gdzieś utknąłeś i
w ten sposób dałeś nam znać gdzie cię szukać. Ustaliliśmy dokładny czas i polecieliśmy
tam. Byliśmy tam prawie razem z tobą, ale nie zdążyliśmy do Ciebie dotrzeć wcześniej i dlatego
szukaliśmy cię w tej jaskini,. Widzieliśmy jak się katapultowałeś bo samolot
się palił i jak ten ogromny gad zaciągnął Cię do pieczary, a później
wyciągnęliśmy ze szczeliny w której byłeś zaklinowany. No teraz wiesz już chyba
wszystko. Pamiętaj, że obowiązuje Cię tajemnica, nikomu nie możesz powiedzieć
co się wydarzyło.
- Znaczy, że program działa. Podróżowaliśmy w czasie.
- Na to wygląda. Ale jeszcze dużo pracy przed nami. To niestety nie jest jeszcze dopracowana
technologia. Lecąc po ciebie nie mieliśmy pewności czy wrócimy, ale jak widać
opłaciło się zaryzykować.
- Ile czasu mnie nie było?
- Siedem dni. Możesz spokojnie wracac do domu, ale nie mów o
swojej przygodzie nikomu.
- A co mam powiedzieć żonie? Nie było mnie przecież kilka
dni.
- Nic, ona wiedziała przecież, że lecisz z tajną misją i nie
wiadomo kiedy wrócisz. Po prostu wyszedłeś do pracy w poniedziałek a wróciłeś w
następnym tygodniu we wtorek. Przecież
jest do tego przyzwyczajona.
- A co z moją obrączką?
- Masz ją na palcu.
- Na palcu?
Podniósł prawą rękę i nie wierząc w to co widzi, zerwał się
z łóżka na którym leżał i wybiegł z pokoju. Następnego dnia przyszedł normalnie
do pracy jak gdyby nigdy nic. Z nikim nie rozmawiał o wydarzeniach z
poprzedniego dnia, w końcu nie wytrzymał. Poszedł do Pawła, szefa lotów i
zapytał:
- Paweł, czy moglibyśmy polecieć do Tanzanii, tam gdzie
znaleziono termos?
- Możemy, nawet jutro leci tam ekipa badawcza, poszukują
więcej dowodów na to, że byłeś tam miliony lat temu. Jeszcze nie do końca
wierzą, że podróże w czasie są możliwe aż na taką skalę.
- Ale przecież udało się to dwukrotnie, mnie i wam, kiedy po
mnie lecieliście.
- Tak, ale dla nich to wciąż za mało dowodów. Myślą, że
wszystko było ukartowane. Poczekaj chwilę, zaraz zadzwonię do szefa wyprawy i
załatwię ci miejsce w ekipie.
Okazało się, że nie było z tym żadnego problemu, nawet
chętnie dołączono go do ekipy. Podejrzewali, że Jakub wniesie coś do
prowadzonych badań.
Polecieli.
Jakub nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy okolicę. Wreszcie
zobaczył góry, no góry jak góry nic szczególnego nie zaobserwował. Rozejrzał
się wokoło, ani śladu pustyni. No tak przez tyle lat mogła zniknąć, albo
przemieścić się gdzieś dalej. Nagle zobaczył wielki krater, na dnie którego
krzątało się kilkanaście osób.
- Schodzimy? Gotowy? – zapytał szef ekipy badawczej.
- To tu? – zapytał z niedowierzaniem.
- Tak. Idziesz?
- Idę, idę, po to tu przyjechałem. Ale to chyba nie tu. Tam
była ogromna pustynia.
- Chyba nie myślałeś, że wszystko będzie wyglądało tak samo
jak to zapamiętałeś?
- No, na pewno nie tak samo, ale to chyba nie to miejsce.
- Poczekaj, najpierw zobacz. Upłynęły przecież setki milionów lat.
Dalej szli już w milczeniu. Właściwie nie szli a zsuwali się
po stromym zboczu krateru. Gdy wreszcie
doszli na samo dno, Jakub zobaczył w ścianie rozpadliny wielki otwór. Dalej
rozciągała się wielka pieczara. Znieruchomiał. Wejść czy nie? Wszedł. Poczuł
dziwne mrowienie w całym ciele. Zimno i ciemno. Ktoś podał mu latarkę.
Generalnie jaskinia wyglądała inaczej niż to zapamiętał. Była dużo mniejsza i
miała inny kształt. Ale kolor skał był
identyczny. Teraz zauważył, że to kwarc połyskuje między innymi minerałami.
Stał tak dłuższą chwilę, nic nie czuł. To chyba nie tu, pomyślał, to na pewno
nie to miejsce. I wtedy stała się rzecz niebywała. Przez chwilę leżał na zimnej
skale, a coś ogromnego lizało mu twarz wielkim chłodnym jęzorem. Krzyknął. Podbiegło do niego kilka
zaniepokojonych osób, chyba na chwilę przeniósł się do czasów prehistorycznych.
Tak teraz był pewien, był tu. Głośno powiedział: - Tak, to tu. Byłem tu
kiedyś….
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz