czwartek, 23 maja 2013


                        KIEDYŚ TU BYŁEM
         Wstał, otrzepał się z kurzu i piasku i dokładnie rozejrzał dookoła. Przez chwilę zastanawiał się gdzie jest i jak się tu znalazł. Mimo ogromnego skupienia nie mógł sobie przypomnieć, nawet tego kim jest i jak się nazywa.  Wszędzie piasek , piasek i tylko piasek. Na horyzoncie zobaczył jakieś góry, a może to nie góry? Może to tylko przywidzenie. Może to fatamorgana?  Senny miraż?
- Trzeba logicznie pomyśleć, to nie może być jawa. To na pewno sen, ale bardzo realny, aż za bardzo. – całym jego ciałem, mimo nieprawdopodobnego upału,  wstrząsnął bardzo silny dreszcz. Powoli zaczynał przyzwyczajać się do panujących warunków. Przetarł oczy. Popatrzył na swój strój i nagle przypomniał sobie, że jest fizykiem i pilotem oblatywaczem i,  że pracuje w bazie lotniczej w Texasie. Chyba opracowywał projekt urządzenia, które miało przenosić ludzi w czasie. Tak naprawdę był to samolot, który poruszał się z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Teraz sobie przypomniał, że to on był wyznaczony na pierwszego oblatywacza. Czyżby ten pierwszy lot już się odbył? A to czego doświadcza to wynik tej  próby? Chyba eksperyment się nie udał, bo nie miał pojęcia gdzie jest i jak tu trafił? A gdzie miał trafić? Chyba jednak nie tu. A gdzie samolot? W tym momencie zauważył, że ma na sobie uprząż spadochronu. O nie! Czyżby się katapultował? To znaczy, że samolot się rozbił, a patrząc dalej, znaczy, że on Jakub Rylski nigdy już nie wróci do dawnego życia. Istnieje mała szansa, że ten wehikuł którym podróżował, nie odbył żadnej podróży w czasie, a tylko w przestrzeni. Musi to sprawdzić, ale jak? W tej chwili nie miał jeszcze żadnego pomysłu. Usiadł na gorącym piasku i  znieruchomiał. Siedział tak do momentu gdy na horyzoncie zaczęły gromadzić się ogromne burzowe chmury. W pewnym momencie powiał bardzo silny wiatr i to chyba on ocucił Jakuba. Gwałtownie wstał i spojrzał w kierunku czarnych chmur, które prawie zakrywały góry na horyzoncie.
- Trzeba jak najszybciej dotrzeć do tych gór. – powiedział do siebie.
Niewiele się zastanawiając ruszył w wyznaczonym przez siebie kierunku. Jednak marsz sprawiał mu o wiele więcej trudności niż mógł się spodziewać. Przez chwilę zastanawiał się czy nie zdjąć kombinezonu pilota w który był ubrany, ale szybko porzucił ten pomysł, obawiał się poparzenia skóry. Kombinezon chronił go przed tym niebezpieczeństwem. Szkoda, że nie był biały. Tak rozmyślając , bardzo powoli posuwał się do przodu, czyli szedł w kierunku widocznych w oddali gór. Po godzinie marszu był już tak wyczerpany, że przez chwilę pomyślał o poddaniu się. Ale szybko porzucił ten pomysł. Nie tak był szkolony. Będzie walczył do końca. Musi przynajmniej dowiedzieć się czy eksperyment podróży w czasie powiódł się. W kieszeni spodni  miał dwie butelki wody mineralnej. Otworzył jedną i wypił duży łyk. Przez chwilę zastanawiał się czy może sobie pozwolić na drugi, ale gdy spojrzał w kierunku celu swojej podróży, zrezygnował , zakręcił butelkę i  schował do kieszeni spodni.
- Muszę oszczędzać wodę, bo nie wiem ile czasu zajmie mi dotarcie do tych gór.  Będę pił jeden łyk na godzinę– pomyślał
Niechętnie ruszył dalej. Następna godzina  udręki i znowu łyk wody. I następna i znowu łyk. W końcu jedna butelka była pusta, a wydawało się, że nie zbliżył się do celu ani o kilometr.   Odpoczął kilka minut i poszedł dalej. Następna godzina zaliczona, nie wie ile jeszcze da radę. Tym razem odpoczywał dłużej, tak długo że nie chciało mu się wstać. Zastanawiał się czy jest jakiś sens w tym co robi. Czy ma chociaż minimalną szansę dotrzeć do tych koszmarnych gór? Tak rozmyślając zasnął. Gdy się obudził poczuł na twarzy dziwny chłód, jakby liźnięcie ogromnym chłodnym językiem. Otworzył oczy i znieruchomiał. Nie leżał już na pustyni tylko w jakiejś pieczarze, być może w górach do których z takim uporem starał się dojść. Leżał na mchu a jakiś wielki , być może gad, pochylał się nad nim i gapił się mu przenikliwie prosto w twarz. Ohyda.   Gorączkowo zaczął zastanawiać się co robić, ale w końcu doszedł do wniosku, że lepiej będzie nie robić nic, nie ruszać się, prawie nie oddychać. Powoli jego wzrok przyzwyczajał się do półmroku panującego w jaskini. Przyjrzał się zwierzęciu, które stało nad nim i z wielkim zaciekawieniem próbowało zidentyfikować intruza. Im dłużej Jakub przyglądał się stworowi, tym bardziej był przerażony. W pewnej chwili zdał sobie sprawę, że tym wielkim stworem, który chyba go tu przyniósł, jest przedpotopowy dinozaur. Tak był pewien, że to dinozaur, ale na jego szczęście roślinożerny, bo chyba już by nie żył.
- Matko! Tak to jest dinozaur. – pomyślał. – znaczy, że eksperyment się udał, ale chyba nikt się o tym nie dowie, bo on nigdy już nie wróci do swojego czasu. Mimo beznadziejnego położenia, zaczął się zastanawiać jak mógłby dać znać swoim kolegom z bazy i instytutu, że eksperyment się udał. Na razie nic nie przychodziło mu do głowy. Musi coś wymyślić, to może mieć wielkie znaczenie dla nauki dwudziestego pierwszego wieku. Podróże w czasie są możliwe. Już wie, zostawi w tej pieczarze jakiś charakterystyczny przedmiot, może za kilkanaście milionów lat a może kilkaset ta pieczara nadal tu będzie i ludzie znajdą  to co tu zostawi. Tylko co ma przy sobie takiego co mogłoby przetrwać tyle lat? Gdy tak intensywnie myślał ogromny gad odwrócił się i wyszedł. Wtedy Jakub usiadł i zaczął gorączkowo przeszukiwać  ogromne kieszenie kombinezonu, znalazł mały termos z kawą. Z czego był zrobiony? Środek na pewno ze srebrzonego szkła, a część zewnętrzna z jakiegoś sztucznego tworzywa, podobno odpornego na wodę i ogień. Ale czy odpornego na upływ czasu?  No ale srebrzone szkło powinno przetrwać bardzo długo. Czy wystarczająco  długo? Na wszelki wypadek postanowił włożyć do termosu  swoją obrączkę ślubną,  złoto na pewno przetrwa miliony lat. Jeżeli znajdą ją w jego czasach to Eliza na pewno ją rozpozna. Jak postanowił tak zrobił, porządnie zamknął termos i już miał go wrzucić w szczelinę w skale, gdy dosłownie przed jego nosem wyrósł ogromny dinozaur, porwał termos i połknął go. Przy okazji popchnął tak silnie Jakuba, że ten wpadł w jakąś rozpadlinę i zaklinował się w niej nie mogąc ruszyć ani ręką ani nogą.
- To już koniec. – pomyślał, zaczął się dusić, jeszcze chwila a straci przytomność. W ostatnich sekundach swojego życia zobaczył jak ogromny gad spada w przepaść razem z jego termosem w brzuchu.
Gdy się przebudził chciało mu się okropnie pić. Podniósł rękę? Jak to podniósł rękę? Przecież gdy tracił przytomność miał unieruchomione wszystkie kończyny. Sprawdził, tak był pewien, jakimś cudem miał wolne ręce i  nogi. Nagle usłyszał:
- Doktorze, chyba się wybudza.
Gdy otworzył oczy, zobaczył kilkanaście twarzy pochylających się nad nim. Tak twarzy, nie paszczy dinozaura.
- Co tu się dzieje? Gdzie jestem?
- Jak to gdzie jesteś? W naszej bazie w Texasie.
- W bazie, w Texasie? To ja nie brałem udziału w próbnym locie, programu Pętla czasu?
- Brałeś.
- To znaczy, że zginąłem wiele milionów lat temu w jakiejś pieczarze. Skąd więc ….
- Skąd się tu wziąłeś? Polecieliśmy po Ciebie gdy zorientowaliśmy się, że rozbiłeś samolot.
- Chyba mi się to wszystko śni bo niby skąd wiedzieliście gdzie mnie szukać?
- Pięć lat temu wykopano w Tanzanii ogromnego dinozaura, który w brzuchu miał bardzo dobrze zachowany termos z twoją obrączką.
- Jak to pięć lat przecież ja wtedy nie wiedziałem jeszcze, że będę podróżował w czasie. Jak to możliwe? Czy czas jest aż tak elastyczny?
- Okazuje się, że my jeszcze bardzo mało wiemy o czasie. Czas prawdopodobnie jest pętlą, która czasami się ze sobą przecina. W takim właśnie przecięciu musiałeś wylądować w erze dinozaurów. Poza tym dopiero parę dni temu przy dokładnym badaniu tego dinozaura odkryto zawartość jego żołądka. A wtedy Ciebie już tu nie było. Ogłosili oczywiście tę sensację natychmiast, a my domyśliliśmy się od razu, że chodzi o ciebie. Zbadaliśmy całą sprawę no i jesteś tu z nami.
- Dlaczego nie dowiedzieliśmy się o tym odkryciu pięć lat temu?
- Bo pewnie to też była pętla czasowa.
- A od kiedy o tym wiecie?
- My dowiedzieliśmy się o tym dopiero wczoraj, jak nie wróciłeś, obejrzeliśmy termos i obrączkę i byliśmy pewni, że gdzieś utknąłeś i w ten sposób dałeś nam znać gdzie cię szukać. Ustaliliśmy dokładny czas i polecieliśmy tam. Byliśmy tam prawie razem z tobą, ale nie zdążyliśmy  do Ciebie dotrzeć wcześniej i dlatego szukaliśmy cię w tej jaskini,. Widzieliśmy jak się katapultowałeś bo samolot się palił i jak ten ogromny gad zaciągnął Cię do pieczary, a później wyciągnęliśmy ze szczeliny w której byłeś zaklinowany. No teraz wiesz już chyba wszystko. Pamiętaj, że obowiązuje Cię tajemnica, nikomu nie możesz powiedzieć co się wydarzyło.
- Znaczy, że program działa. Podróżowaliśmy w czasie.
- Na to wygląda. Ale jeszcze dużo pracy przed nami.  To niestety nie jest jeszcze dopracowana technologia. Lecąc po ciebie nie mieliśmy pewności czy wrócimy, ale jak widać opłaciło się zaryzykować.
- Ile czasu mnie nie było?
- Siedem dni. Możesz spokojnie wracac do domu, ale nie mów o swojej przygodzie nikomu.
- A co mam powiedzieć żonie? Nie było mnie przecież kilka dni.
- Nic, ona wiedziała przecież, że lecisz z tajną misją i nie wiadomo kiedy wrócisz. Po prostu wyszedłeś do pracy w poniedziałek a wróciłeś w następnym tygodniu we  wtorek. Przecież jest do tego przyzwyczajona.
- A co z moją obrączką?
- Masz ją na palcu.
- Na palcu?
Podniósł prawą rękę i nie wierząc w to co widzi, zerwał się z łóżka na którym leżał i wybiegł z pokoju. Następnego dnia przyszedł normalnie do pracy jak gdyby nigdy nic. Z nikim nie rozmawiał o wydarzeniach z poprzedniego dnia, w końcu nie wytrzymał. Poszedł do Pawła, szefa lotów i zapytał:
- Paweł, czy moglibyśmy polecieć do Tanzanii, tam gdzie znaleziono termos?
- Możemy, nawet jutro leci tam ekipa badawcza, poszukują więcej dowodów na to, że byłeś tam miliony lat temu. Jeszcze nie do końca wierzą, że podróże w czasie są możliwe aż na taką skalę.
- Ale przecież udało się to dwukrotnie, mnie i wam, kiedy po mnie lecieliście.
- Tak, ale dla nich to wciąż za mało dowodów. Myślą, że wszystko było ukartowane. Poczekaj chwilę, zaraz zadzwonię do szefa wyprawy i załatwię ci miejsce w ekipie.
Okazało się, że nie było z tym żadnego problemu, nawet chętnie dołączono go do ekipy. Podejrzewali, że Jakub wniesie coś do prowadzonych  badań.
Polecieli.
Jakub nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy okolicę. Wreszcie zobaczył góry, no góry jak góry nic szczególnego nie zaobserwował. Rozejrzał się wokoło, ani śladu pustyni. No tak przez tyle lat mogła zniknąć, albo przemieścić się gdzieś dalej. Nagle zobaczył wielki krater, na dnie którego krzątało się kilkanaście osób.
- Schodzimy? Gotowy? – zapytał szef ekipy badawczej.
- To tu? – zapytał z niedowierzaniem.
- Tak. Idziesz?
- Idę, idę, po to tu przyjechałem. Ale to chyba nie tu. Tam była ogromna pustynia.
- Chyba nie myślałeś, że wszystko będzie wyglądało tak samo jak to zapamiętałeś?
- No, na pewno nie tak samo, ale to chyba nie to miejsce.
- Poczekaj, najpierw zobacz. Upłynęły  przecież setki milionów lat.
Dalej szli już w milczeniu. Właściwie nie szli a zsuwali się po stromym zboczu  krateru. Gdy wreszcie doszli na samo dno, Jakub zobaczył w ścianie rozpadliny wielki otwór. Dalej rozciągała się wielka pieczara. Znieruchomiał. Wejść czy nie? Wszedł. Poczuł dziwne mrowienie w całym ciele. Zimno i ciemno. Ktoś podał mu latarkę. Generalnie jaskinia wyglądała inaczej niż to zapamiętał. Była dużo mniejsza i miała inny kształt.  Ale kolor skał był identyczny. Teraz zauważył, że to kwarc połyskuje między innymi minerałami. Stał tak dłuższą chwilę, nic nie czuł. To chyba nie tu, pomyślał, to na pewno nie to miejsce. I wtedy stała się rzecz niebywała. Przez chwilę leżał na zimnej skale, a coś ogromnego lizało mu twarz wielkim chłodnym  jęzorem.  Krzyknął. Podbiegło do niego kilka zaniepokojonych osób, chyba na chwilę przeniósł się do czasów prehistorycznych. Tak teraz był pewien, był tu. Głośno powiedział: - Tak, to tu. Byłem tu kiedyś….

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz