środa, 8 maja 2013

Dziwactwo


   DZIWACTWO
Stał, patrząc w okno, na parapecie którego, wesoło baraszkowały dwa małe ptaszki  z rudymi brzuszkami. Nigdy wcześniej nie widział ich w tej okolicy, pięknie prezentowały się na białym tle. Ciekawe jak się nazywają. Postanowił, że przy najbliższej okazji sprawdzi to w encyklopedii ptaków. Z tej przyjemnej zadumy wyrwał go przeraźliwy dźwięk telefonu. No tak, telefony mają to do siebie, że dzwonią w najmniej odpowiednim momencie. Leniwie podszedł do stolika i bez pośpiechu podniósł słuchawkę.
- Błażej? Dobrze, że już nie śpisz. Musisz natychmiast przyjechać do pracy. Wywaliło główne zasilanie, za chwilę wszystkie banki będą odcięte od świata, no oczywiście nie tylko banki, zaraz wszystko padnie. Jesteś tam? – głos w słuchawce bardzo się niecierpliwił.
- Jestem, ale nie mam na imię Błażej i nie mam pojęcia o jakich bankach i jakim zasilaniu pan mówi. – odparł mocno zdumiony.
- Czy to numer 55778899?
- Tak, to ten numer, ale zapewniam pana, że nie jestem Błażejem.
- A kim do jasnej cholery jesteś? I co robisz w mieszkaniu Błażeja? – Człowiek po drugiej stronie wyraźnie się zirytował i pomału zaczął tracić cierpliwość.
- A kim Ty jesteś? Dzwonisz do mnie niemalże w środku nocy i się awanturujesz. Może byś się przedstawił? – spojrzał na zegarek, była piąta dwadzieścia dwie. Jak dla niego to rzeczywiście środek nocy.
- No tego już za wiele! – wrzasnął tamten do słuchawki.
- Masz rację, tu się zgadzamy, za wiele. – z rozmachem odłożył słuchawkę i już chciał iść do kuchni zrobić sobie poranną kawę, gdy telefon znowu zadzwonił. Przez chwilę wahał się czy odebrać, ale ciekawość wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem i po chwili znowu usłyszał ten sam głos.
- Co ty sobie żarty ze mnie stroisz? Masz natychmiast stawić się w Centrum Głównego Zasilania.
- Chętnie bym się stawił, ale nie wiem gdzie to jest. Pierwszy raz słyszę tę nazwę. – naprawdę był mocno zaskoczony, ale jednocześnie ciekawy co z tego wyniknie. Nawet zaczęło go to bawić.
- Zostań w domu i czekaj, zaraz ktoś po Ciebie przyjedzie.
- Świetny pomysł, czekam. – odłożył słuchawkę i wybuchnął niepohamowanym śmiechem. A to się ten jakiś Błażej zdziwi, że bez uprzedzenia wyrywają go ze snu, wysyłają samochód i każą gdzieś jechać. Zabawne. Nie śmiał się jednak długo, bo nie zdążył się napić kawy a co dopiero ubrać, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Otworzył i dosłownie zbaraniał. Na klatce schodowej stało dwóch facetów w dziwnych mundurach, czerwone spodnie czarne marynarki i czerwone czapki. Nigdy takich nie widział. Jednak było jasne, że to jakieś służby mundurowe.
- Pan Błażej Powiejski? – zapytał jeden z nich.
- Nie, Artur Brzeski. – odparł.
Jeden z mundurowych wyjął z kieszeni marynarki zdjęcie i stwierdził,
- Jednak Błażej Powiejski.
-  Idziemy. – powiedział.
- Nigdzie nie idę, to jakaś pomyłka. – bronił się.
- Nie ma mowy o pomyłce. Uprzedzono nas, że będzie pan zaprzeczał. No, dosyć tej gadki, nie ma czasu. – mówiąc to wzięli go pod pachy, tak jak stał w szlafroku , wyprowadzili na ulicę, dosłownie wepchnęli do samochodu i odjechali.
Mijali jakieś dziwne budynki, których wcześniej nie widział. Nieprawdopodobne, przecież mieszkał w tym mieście od urodzenia, czyli czterdzieści  dwa lata. Nazwy ulic też wydawały mu się nieznane.
- Co się tu dzieje?- zapytał, ale nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Dwaj umundurowani mężczyźni siedzieli bez ruchu jakby byli robotami, żadnemu nie drgnęła nawet powieka. W tym momencie zauważył, że kierowca pojazdu, którym się poruszali też sprawiał wrażenie robota. Chyba mi się to wszystko śni, bo przecież takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Może się okazać, że to całkiem fajny sen. Postanowił poczekać na dalszy rozwój wypadków. Wreszcie dojechali do ogromnego kompleksu, sprawiającego wrażenie stacji transformatorowej. Ogrodzenie jakby rozstąpiło się przed nadjeżdżającym pojazdem i oczom Artura ukazał się nieziemski widok. Ogromne cewki z nawiniętym drutem niewyobrażalnej grubości, iskry, które się z nich sypały wyglądały jak gigantyczne błyskawice. W oddali widać było jakieś budynki i krzątających się wokół nich ludzi, a może nie ludzi. Niczego już nie był pewien. Po co go tu przywieźli? Przecież on zupełnie nie zna się na zjawiskach elektrycznych na tyle żeby  coś, co podobno się zepsuło, naprawić. Z tego co było mu wiadomo był informatykiem, ale w tej chwili zupełnie zapomniał gdzie pracował. A może tu było jego miejsce, tylko on ma jakieś zaniki pamięci? No cóż poczeka na dalszy rozwój wypadków, może coś sobie przypomni.  Podjechali pod ogromny zielony budynek i wtedy dwaj mężczyźni znowu ożyli. Dosłownie wywlekli go z samochodu bez słowa i poprowadzili w głąb ogromnego holu. Był pewien, że nigdy przedtem tu nie był. Jedne drzwi, drugie, trzecie, wreszcie stał przed ogromnym pulpitem, na którym były chyba tysiące różnych podświetlanych guziczków. Teraz był pewien, że te guziczki i przyciski gdzieś już widział. Trochę się zaniepokoił, jeżeli to zna, to znaczy, że jednak tu pracuje. Czyżby stracił pamięć?
- To jest twoje zadanie.- powiedział jakiś miły kobiecy głos. Był pewien ten głos znał na pewno.
- Musisz przywrócić ład na Ziemi. Wszystkie systemy zasilające padły po ostatniej burzy magnetycznej na Słońcu. – znowu ten głos. Za wszelką cenę próbował sobie przypomnieć do kogo należy.
- Słyszysz co mówię?
- Tak, ale nie wiem jak się do tego zabrać.
- No, na tym to polega żebyś znalazł rozwiązanie. Musisz uruchomić pole antymagnetyczne, żeby wszystko wróciło do normy.
- Pole antymagnetyczne? Czy coś takiego istnieje? Nie wiem czy o tym słyszałem. Dlaczego ja? Zupełnie nie mam pomysłu. No i chyba się na tym nie znam.
- Może się nie znasz, ale masz szanse coś wymyślić. No już Ci nie przeszkadzam, pracuj. Gdybyś mnie potrzebował, wciśnij ten duży niebieski guzik po prawej stronie.
- Łatwo powiedzieć , musisz coś wymyślić. To nie będzie takie łatwe.
- Gdyby było łatwe, to już dawno ta usterka byłaby usunięta.  No nie marudź, tylko bierz się do pracy, bo sytuacja zaczyna stawać się dramatyczna. Zostałeś wybrany do tego zadania spośród wielu. Tylko Ty masz szansę. Uruchom program to dowiesz się co się stało. Może wtedy przyjdzie Ci do głowy jakiś pomysł.
Usiadł wygodnie za pulpitem i zaczął odczytywać niektóre jego funkcje. Niewiele z tego rozumiał. Na jednym był napis: pokaż sytuację. To co ukazało się jego oczom na ogromnym monitorze, wprawiło go w osłupienie. Na całym świecie panował wielki chaos.  Nie działały banki, lotniska, dworce kolejowe i autobusowe. Nie było wody, nie działały żadne środki masowego przekazu, satelity przerwały właśnie  pracę i w tej chwili nie było już żadnego kontaktu ze światem.
- Co oni sobie wyobrażają? – pomyślał – przecież w tej sytuacji nic już nie można zrobić. Jak przywrócić ład na Ziemi skoro nie ma z nikim żadnej łączności. To nie jest możliwe. Może trzeba znaleźć jakiś inny sposób komunikacji? Jak porozumiewano się ze światem za czasów średniowiecza? To chyba trwało bardzo długo, a w tym przypadku trzeba działać szybko. Jak tego dokonać? Dłuższą chwilę siedział zamyślony. Gapił się na świecący pulpit, próbując coś wymyślić. Jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Sprawdził zasilanie. W tej chwili działało awaryjne, w całym budynku.    Co robić? A może uda się wykorzystać jakoś stary sposób, jakim był alfabet Morse’a? Tylko jak? Jak przekazywać na odległość informacje tym sposobem, nie mając zasilania? Telegraf też potrzebował energii elektrycznej, ale zaraz, zaraz  chyba bardzo niewiele. Przewody są, łączą wszystkie kontynenty, trzeba je tylko sprytnie wykorzystać.
Tymczasem sytuacja na Ziemi stawała się coraz bardziej dramatyczna. Od chwili wystąpienia burzy magnetycznej  upływała właśnie druga doba. Wolał nie myśleć jak funkcjonuje współczesny świat pozbawiony prądu.
Tymczasem,  zaczął się on pogrążać  w coraz większym chaosie. Ze sklepów zniknęła cała żywność, zaczęło brakować wody pitnej, starsi ludzie i dzieci zaczęli masowo umierać. Wszędzie leżały sterty śmieci, w których prawie natychmiast zalęgło się robactwo, przenoszące różne choroby zakaźne. Istny raj dla szczurów, które masowo wyległy ze swoich pieleszy i o dziwo w ogóle nie bały się człowieka. Świat należał do nich. Ludzie nie rozumieli przyczyny tego stanu rzeczy, bo nie działały żadne środki masowego przekazu.  Następnego dnia   nie można już było przejść ulicami, bo wszędzie było pełno trupów i różnego rodzaju odpadów. Smród był nie do wytrzymania. Wszystkie duże miasta zaczęły powoli umierać, jedynie na wsiach ludzie jakoś sobie radzili. Przede wszystkim mieli wodę do picia i pożywienie, z odpadami też sobie dawali radę. Tymczasem Błażej czy Artur, zdołał uruchomić na starym kablu telefonicznym, zakopanym pod dnem Atlantyku, telegraf. O dziwo udało mu się nawiązać kontakt z Azją i Europą. Dowiedział się, że cały świat jest po prostu  sparaliżowany.  Dogadał się z innymi informatykami i wspólnie zaczęli opracowywać plan działania. Chyba mieli szansę żeby  coś wymyślić. Informatyk z Europy wymyślił jak chwilowo zneutralizować zaburzenie pola magnetycznego Ziemi, które zostało spowodowane burzą słoneczną. Artur już wiedział jak sobie dalej poradzić, żeby przywrócić normalne funkcjonowanie przynajmniej jednego satelity. Jak to się uda to dalej pójdzie już jak z przysłowiowej górki. Miał gotowy plan, trzeba tylko dokładnie zgrać wszystkie operacje. Trzeba jednocześnie ze wszystkich kontynentów wysłać sygnały do satelitów zaporowych i zatrzymać niektóre fale elektromagnetyczne emitowane przez Słońce. Problem polega jednak na tym, że trzeba to zsynchronizować  co do jednej setnej sekundy. Muszą ustawić zegary, ustalić dokładną godzinę i włączyć emiter sygnału na awaryjnym zasilaniu Czy wszyscy mają dostęp  do wystarczająco silnego zasilania awaryjnego?. Czy  znajdą bardzo dokładne zegary mechaniczne? Czy te zegary będą na tyle sprawne, żeby z wystarczającą precyzją odmierzyć odpowiedni czas? Chyba to było najtrudniejsze zadanie. W tej chwili wydawało się to niemożliwe. Jedna setna sekundy? To niewyobrażalnie krótki czas. Czy można tego dokonać nie używając skomplikowanej elektroniki? Zadał to pytanie wszystkim informatykom i elektronikom na świecie odbierającym sygnały, które wysyłał im alfabetem Morse’a. Może któryś będzie miał jakiś sensowny pomysł. Czekając na odpowiedź uruchomił stary zegar zasilany bateriami. Chodził. Okazało się, że ma mechanizm pozwalający na bardzo dokładne wyznaczenie pełnej godziny, np. dwunastej czy siedemnastej. Instrukcja na nim mówiła, że robi to z dokładnością do jednej setnej sekundy.
- Łau, to jest to!
Od razu wysłał wiadomość, żeby poszukiwali takiego właśnie zegara. Teraz pozostanie jedynie dokładne ustawienie godziny, co  zaczęło być poważnym problemem. Jak precyzyjnie ustawić osiem zegarów na identyczną godzinę, jeżeli nie są to zegary elektroniczne? Chyba jest to niemożliwe. Zupełnie o tym zapomniał. Przecież to zależy również, albo nawet w znacznym stopniu od sprawności ludzkich rąk. Przedwczesna była jego radość z odnalezienia zegara.  Jedna setna sekundy to czas którego ludzkie oko nie jest w stanie uchwycić. Wyobraźcie sobie, że żarówka, którą obserwujecie , gaśnie i zapala się 50 razy w ciągu jednej sekundy, a nasze oko nie jest w stanie tego zauważyć, bo jedno drgnięcie trwa jedną pięćdziesiątą sekundy, a tu czas ma wynieść jedną setną, czyli dwa razy krócej. Chyba tylko elektronika jest w stanie odmierzyć taki czas. A wiadomo elektronika nie działa. Co robić? Z tych głębokich rozmyślań wyrwał go przeraźliwy dźwięk wydobywający się z małego głośnika umieszczonego po prawej stronie konsoli. Przeczytał napis pod nim i zesztywniał. Okazało się, że włączał się on  aby ostrzec, że awaryjne zasilanie będzie działało jeszcze  tylko 2 godziny. No  tego brakowało, bez zasilania na pewno nic się nie uda. Zapytał innych informatyków  o sytuację u nich. Okazało się, że wszyscy mają prawie tyle samo czasu . Trzeba się pospieszyć. Łatwo powiedzieć, ale jak to wykonać. Może inni coś wymyślą. W tej chwili zdał sobie sprawę z tego jak bardzo funkcjonowanie współczesnego świata zależy od energii elektrycznej i wszystkich urządzeń, które dzięki niej działają, chyba za bardzo skomputeryzowano ten świat, nie zostawiając żadnej furtki. Dostał właśnie wiadomość, że wszyscy mają te same zegary, ale nie ucieszyło go to zbytnio. Na razie nikt nie miał żadnego pomysłu jak  precyzyjnie je ustawić.  
Zaraz, a może nie będą potrzebne zegary, może on z tego miejsca w którym się znajduje będzie mógł uruchomić wszystkie satelity jednocześnie za pomocą telegrafu? Musi tylko pomyśleć, jest pewien, że mu się to uda. Trzeba sygnałem elektrycznym włączyć wszystkie urządzenia sterujące satelitami w tym samym momencie. Policzy tylko jak długo sygnał z jego centrum będzie poruszał się do poszczególnych centrów sterowania satelitami. Jeżeli tylko różnice czasowe nie będą większe niż jedna setna sekundy, to wygra walkę z czasem.
Szybko zabrał się za wyliczenia. Wszystko się zgadzało, tylko jeden sygnał szedł za długo, czas potrzebny do dotarcia sygnału do Władywostoku był dłuższy od pozostałych o więcej niż wymagany limit. Postanowił poszukać innego ośrodka, chociaż na chwilę obecną nie miał z nim łączności. Poprosi informatyka z Pekinu, żeby się z nimi skontaktował, bo mają do nich bliżej. Po kilku minutach zgłosili się Mongołowie, dostał wiadomość z Ułan Bator, że są gotowi do wysłania sygnału do satelity. Policzył miejsca z których będzie wysyłany sygnał i w tym momencie uświadomił sobie, że on nie będzie mógł go chyba wysłać, bo nie sprawdził czy jego sygnał jest zsynchronizowany z innymi.
- Totalna porażka – powiedział do siebie i zaczął obliczenia od nowa. Okazało się, że on nie będzie mógł razem z innymi wysłać sygnału. Gorączkowo zaczął szukać następnego punktu na mapie świata. Chyba znalazł, w Warszawie w centrum Kopernik mają silny nadajnik,  który jest w stanie wysłać taki sygnał. Tylko jak się z nimi skontaktować? Do tej pory nie odezwali się do nikogo, chyba nie mieli możliwości odbierania sygnałów , pewnie nie mieli starego telegrafu, a powinni, to też należy pokazywać młodym ludziom, jak widać może się kiedyś przydać. Jak się okazało wszystkie większe dyspozytornie mocy mają stare telegrafy. Czyżby ktoś przewidział taką sytuację? Może Wiedeń ma możliwość kontaktu z nimi.   Po kilkunastu próbach ktoś w Warszawie odebrał sygnał Morse’a . Całe szczęście! Trwało to chwilę i wszystko było uzgodnione. Teraz tylko Artur musiał wysłać sygnał do wszystkich ośmiu , najpierw poinstruował wszystkich aby ustawili telegraf tak, żeby przy pierwszym impulsie jego ramię włączyło nadajnik wysyłający sygnał do satelity. Gdy wszystko było gotowe nadał sygnał. Teraz mógł jedynie czekać. Minuty dłużyły mu się w nieskończoność. Spojrzał na zegar, upłynęły dopiero dwie minuty. Niewiarygodne, a jemu się zdawało, że to z pół godziny. Czekał dalej w napięciu, obserwując leniwe wskazówki zegara, które tak jakby stały w miejscu. Teraz dopiero przekonał się, że pięć minut to cała wieczność. W pewnej chwili zadzwonił jego telefon komórkowy.
- Telefon dzwoni? – zdziwił się bardzo.- o rany, udało się , udało. Satelity działają, Ziemia ma znowu swoje ochronne pole magnetyczne. Wygraliśmy!!!!
- Ty wygrałeś! – znowu ten sam głos kobiecy.
W tym momencie stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, leżał na podłodze w swojej pracowni informatycznej a nad nim stali jego współpracownicy i bili mu brawo.
- Co się dzieje? Długo tu leżałem?
- Nie, kilka sekund od czasu jak wyskoczyłeś z gry. – wyjaśniła Luiza. Teraz poznał, że to jej głos słyszał w swoim śnie. Śnie?
- Jak wyskoczyłem z gry? To nie był sen?
- Nie. Nie pamiętasz? Testowałeś na ochotnika nową grę, która ma być symulacją stanu kryzysowego na Ziemi. Chcieliśmy się przekonać, czy istnieje możliwość ratowania sytuacji bez komunikacji. Ty znalazłeś takie wyjście. Musimy powiadomić rządy wszystkich krajów świata, że wszystkie centra zarządzające mocą powinny mieć telegraf, bo to on w naszej grze uratował Ziemie i ludzkość przed zagładą. Jak to wymyśliłeś?
- Nie mam pojęcia. Wpadłem w panikę, tak ta gra wyglądała realnie. Na początku myślałem, że to sen, ale wszystko było zbyt realne. Naprawdę bardzo się bałem.
- Widać tym razem strach był dobrym doradcą. No, pewnie jesteś bardzo zmęczony. Odwieziemy Cię do domu. Wyśpij się porządnie, bo jutro trzeba dopracować naszą grę, a bez ciebie nie damy rady.
Wykapał się , położył do łóżka i zasnął głębokim snem.
Obudził się bardzo wcześnie, wstał i podszedł do okna, na jego parapecie baraszkowały dwa śmieszne ptaszki z rudymi brzuszkami… Zaraz,  zaraz, już kiedyś widział te ptaszki. Zadzwonił telefon, zdecydowanym ruchem wyjął z niego baterię i poszedł dalej spać. Nie upłynęło nawet dziesięć minut jak usłyszał natarczywy dzwonek do drzwi……..




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz