DZIWACTWO
Stał, patrząc w okno, na parapecie którego, wesoło
baraszkowały dwa małe ptaszki z rudymi
brzuszkami. Nigdy wcześniej nie widział ich w tej okolicy, pięknie prezentowały
się na białym tle. Ciekawe jak się nazywają. Postanowił, że przy najbliższej
okazji sprawdzi to w encyklopedii ptaków. Z tej przyjemnej zadumy wyrwał go
przeraźliwy dźwięk telefonu. No tak, telefony mają to do siebie, że dzwonią w
najmniej odpowiednim momencie. Leniwie podszedł do stolika i bez pośpiechu
podniósł słuchawkę.
- Błażej? Dobrze, że już nie śpisz. Musisz natychmiast
przyjechać do pracy. Wywaliło główne zasilanie, za chwilę wszystkie banki będą
odcięte od świata, no oczywiście nie tylko banki, zaraz wszystko padnie. Jesteś
tam? – głos w słuchawce bardzo się niecierpliwił.
- Jestem, ale nie mam na imię Błażej i nie mam pojęcia o
jakich bankach i jakim zasilaniu pan mówi. – odparł mocno zdumiony.
- Czy to numer 55778899?
- Tak, to ten numer, ale zapewniam pana, że nie jestem
Błażejem.
- A kim do jasnej cholery jesteś? I co robisz w mieszkaniu
Błażeja? – Człowiek po drugiej stronie wyraźnie się zirytował i pomału zaczął
tracić cierpliwość.
- A kim Ty jesteś? Dzwonisz do mnie niemalże w środku nocy i
się awanturujesz. Może byś się przedstawił? – spojrzał na zegarek, była piąta
dwadzieścia dwie. Jak dla niego to rzeczywiście środek nocy.
- No tego już za wiele! – wrzasnął tamten do słuchawki.
- Masz rację, tu się zgadzamy, za wiele. – z rozmachem
odłożył słuchawkę i już chciał iść do kuchni zrobić sobie poranną kawę, gdy
telefon znowu zadzwonił. Przez chwilę wahał się czy odebrać, ale ciekawość
wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem i po chwili znowu usłyszał ten sam głos.
- Co ty sobie żarty ze mnie stroisz? Masz natychmiast stawić
się w Centrum Głównego Zasilania.
- Chętnie bym się stawił, ale nie wiem gdzie to jest.
Pierwszy raz słyszę tę nazwę. – naprawdę był mocno zaskoczony, ale jednocześnie
ciekawy co z tego wyniknie. Nawet zaczęło go to bawić.
- Zostań w domu i czekaj, zaraz ktoś po Ciebie przyjedzie.
- Świetny pomysł, czekam. – odłożył słuchawkę i wybuchnął
niepohamowanym śmiechem. A to się ten jakiś Błażej zdziwi, że bez uprzedzenia
wyrywają go ze snu, wysyłają samochód i każą gdzieś jechać. Zabawne. Nie śmiał
się jednak długo, bo nie zdążył się napić kawy a co dopiero ubrać, gdy usłyszał
dzwonek do drzwi. Otworzył i dosłownie zbaraniał. Na klatce schodowej stało
dwóch facetów w dziwnych mundurach, czerwone spodnie czarne marynarki i
czerwone czapki. Nigdy takich nie widział. Jednak było jasne, że to jakieś
służby mundurowe.
- Pan Błażej Powiejski? – zapytał jeden z nich.
- Nie, Artur Brzeski. – odparł.
Jeden z mundurowych wyjął z kieszeni marynarki zdjęcie i
stwierdził,
- Jednak Błażej Powiejski.
- Idziemy. –
powiedział.
- Nigdzie nie idę, to jakaś pomyłka. – bronił się.
- Nie ma mowy o pomyłce. Uprzedzono nas, że będzie pan
zaprzeczał. No, dosyć tej gadki, nie ma czasu. – mówiąc to wzięli go pod pachy,
tak jak stał w szlafroku , wyprowadzili na ulicę, dosłownie wepchnęli do
samochodu i odjechali.
Mijali jakieś dziwne budynki, których wcześniej nie widział.
Nieprawdopodobne, przecież mieszkał w tym mieście od urodzenia, czyli
czterdzieści dwa lata. Nazwy ulic też
wydawały mu się nieznane.
- Co się tu dzieje?- zapytał, ale nie uzyskał żadnej
odpowiedzi. Dwaj umundurowani mężczyźni siedzieli bez ruchu jakby byli
robotami, żadnemu nie drgnęła nawet powieka. W tym momencie zauważył, że
kierowca pojazdu, którym się poruszali też sprawiał wrażenie robota. Chyba mi
się to wszystko śni, bo przecież takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Może się
okazać, że to całkiem fajny sen. Postanowił poczekać na dalszy rozwój wypadków.
Wreszcie dojechali do ogromnego kompleksu, sprawiającego wrażenie stacji
transformatorowej. Ogrodzenie jakby rozstąpiło się przed nadjeżdżającym pojazdem
i oczom Artura ukazał się nieziemski widok. Ogromne cewki z nawiniętym drutem
niewyobrażalnej grubości, iskry, które się z nich sypały wyglądały jak
gigantyczne błyskawice. W oddali widać było jakieś budynki i krzątających się
wokół nich ludzi, a może nie ludzi. Niczego już nie był pewien. Po co go tu
przywieźli? Przecież on zupełnie nie zna się na zjawiskach elektrycznych na
tyle żeby coś, co podobno się zepsuło,
naprawić. Z tego co było mu wiadomo był informatykiem, ale w tej chwili
zupełnie zapomniał gdzie pracował. A może tu było jego miejsce, tylko on ma
jakieś zaniki pamięci? No cóż poczeka na dalszy rozwój wypadków, może coś sobie
przypomni. Podjechali pod ogromny
zielony budynek i wtedy dwaj mężczyźni znowu ożyli. Dosłownie wywlekli go z
samochodu bez słowa i poprowadzili w głąb ogromnego holu. Był pewien, że nigdy
przedtem tu nie był. Jedne drzwi, drugie, trzecie, wreszcie stał przed ogromnym
pulpitem, na którym były chyba tysiące różnych podświetlanych guziczków. Teraz
był pewien, że te guziczki i przyciski gdzieś już widział. Trochę się
zaniepokoił, jeżeli to zna, to znaczy, że jednak tu pracuje. Czyżby stracił
pamięć?
- To jest twoje zadanie.- powiedział jakiś miły kobiecy
głos. Był pewien ten głos znał na pewno.
- Musisz przywrócić ład na Ziemi. Wszystkie systemy
zasilające padły po ostatniej burzy magnetycznej na Słońcu. – znowu ten głos.
Za wszelką cenę próbował sobie przypomnieć do kogo należy.
- Słyszysz co mówię?
- Tak, ale nie wiem jak się do tego zabrać.
- No, na tym to polega żebyś znalazł rozwiązanie. Musisz
uruchomić pole antymagnetyczne, żeby wszystko wróciło do normy.
- Pole antymagnetyczne? Czy coś takiego istnieje? Nie wiem
czy o tym słyszałem. Dlaczego ja? Zupełnie nie mam pomysłu. No i chyba się na
tym nie znam.
- Może się nie znasz, ale masz szanse coś wymyślić. No już
Ci nie przeszkadzam, pracuj. Gdybyś mnie potrzebował, wciśnij ten duży
niebieski guzik po prawej stronie.
- Łatwo powiedzieć , musisz coś wymyślić. To nie będzie
takie łatwe.
- Gdyby było łatwe, to już dawno ta usterka byłaby
usunięta. No nie marudź, tylko bierz się
do pracy, bo sytuacja zaczyna stawać się dramatyczna. Zostałeś wybrany do tego
zadania spośród wielu. Tylko Ty masz szansę. Uruchom program to dowiesz się co
się stało. Może wtedy przyjdzie Ci do głowy jakiś pomysł.
Usiadł wygodnie za pulpitem i zaczął odczytywać niektóre
jego funkcje. Niewiele z tego rozumiał. Na jednym był napis: pokaż sytuację. To
co ukazało się jego oczom na ogromnym monitorze, wprawiło go w osłupienie. Na
całym świecie panował wielki chaos. Nie
działały banki, lotniska, dworce kolejowe i autobusowe. Nie było wody, nie
działały żadne środki masowego przekazu, satelity przerwały właśnie pracę i w tej chwili nie było już żadnego
kontaktu ze światem.
- Co oni sobie wyobrażają? – pomyślał – przecież w tej
sytuacji nic już nie można zrobić. Jak przywrócić ład na Ziemi skoro nie ma z
nikim żadnej łączności. To nie jest możliwe. Może trzeba znaleźć jakiś inny
sposób komunikacji? Jak porozumiewano się ze światem za czasów średniowiecza? To
chyba trwało bardzo długo, a w tym przypadku trzeba działać szybko. Jak tego
dokonać? Dłuższą chwilę siedział zamyślony. Gapił się na świecący pulpit, próbując
coś wymyślić. Jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Sprawdził zasilanie. W
tej chwili działało awaryjne, w całym budynku. Co robić? A może uda się wykorzystać jakoś
stary sposób, jakim był alfabet Morse’a? Tylko jak? Jak przekazywać na
odległość informacje tym sposobem, nie mając zasilania? Telegraf też
potrzebował energii elektrycznej, ale zaraz, zaraz chyba bardzo niewiele. Przewody są, łączą
wszystkie kontynenty, trzeba je tylko sprytnie wykorzystać.
Tymczasem sytuacja na Ziemi stawała się coraz bardziej
dramatyczna. Od chwili wystąpienia burzy magnetycznej upływała właśnie druga doba. Wolał nie myśleć
jak funkcjonuje współczesny świat pozbawiony prądu.
Tymczasem, zaczął się
on pogrążać w coraz większym chaosie. Ze
sklepów zniknęła cała żywność, zaczęło brakować wody pitnej, starsi ludzie i
dzieci zaczęli masowo umierać. Wszędzie leżały sterty śmieci, w których prawie
natychmiast zalęgło się robactwo, przenoszące różne choroby zakaźne. Istny raj
dla szczurów, które masowo wyległy ze swoich pieleszy i o dziwo w ogóle nie
bały się człowieka. Świat należał do nich. Ludzie nie rozumieli przyczyny tego
stanu rzeczy, bo nie działały żadne środki masowego przekazu. Następnego dnia nie
można już było przejść ulicami, bo wszędzie było pełno trupów i różnego rodzaju
odpadów. Smród był nie do wytrzymania. Wszystkie duże miasta zaczęły powoli
umierać, jedynie na wsiach ludzie jakoś sobie radzili. Przede wszystkim mieli
wodę do picia i pożywienie, z odpadami też sobie dawali radę. Tymczasem Błażej
czy Artur, zdołał uruchomić na starym kablu telefonicznym, zakopanym pod dnem
Atlantyku, telegraf. O dziwo udało mu się nawiązać kontakt z Azją i Europą.
Dowiedział się, że cały świat jest po prostu
sparaliżowany. Dogadał się z
innymi informatykami i wspólnie zaczęli opracowywać plan działania. Chyba mieli
szansę żeby coś wymyślić. Informatyk z
Europy wymyślił jak chwilowo zneutralizować zaburzenie pola magnetycznego
Ziemi, które zostało spowodowane burzą słoneczną. Artur już wiedział jak sobie
dalej poradzić, żeby przywrócić normalne funkcjonowanie przynajmniej jednego
satelity. Jak to się uda to dalej pójdzie już jak z przysłowiowej górki. Miał
gotowy plan, trzeba tylko dokładnie zgrać wszystkie operacje. Trzeba
jednocześnie ze wszystkich kontynentów wysłać sygnały do satelitów zaporowych i
zatrzymać niektóre fale elektromagnetyczne emitowane przez Słońce. Problem
polega jednak na tym, że trzeba to zsynchronizować co do jednej setnej sekundy. Muszą ustawić
zegary, ustalić dokładną godzinę i włączyć emiter sygnału na awaryjnym
zasilaniu Czy wszyscy mają dostęp do
wystarczająco silnego zasilania awaryjnego?. Czy znajdą bardzo dokładne zegary mechaniczne? Czy
te zegary będą na tyle sprawne, żeby z wystarczającą precyzją odmierzyć
odpowiedni czas? Chyba to było najtrudniejsze zadanie. W tej chwili wydawało
się to niemożliwe. Jedna setna sekundy? To niewyobrażalnie krótki czas. Czy
można tego dokonać nie używając skomplikowanej elektroniki? Zadał to pytanie
wszystkim informatykom i elektronikom na świecie odbierającym sygnały, które
wysyłał im alfabetem Morse’a. Może któryś będzie miał jakiś sensowny pomysł.
Czekając na odpowiedź uruchomił stary zegar zasilany bateriami. Chodził.
Okazało się, że ma mechanizm pozwalający na bardzo dokładne wyznaczenie pełnej
godziny, np. dwunastej czy siedemnastej. Instrukcja na nim mówiła, że robi to z
dokładnością do jednej setnej sekundy.
- Łau, to jest to!
Od razu wysłał wiadomość, żeby poszukiwali takiego właśnie
zegara. Teraz pozostanie jedynie dokładne ustawienie godziny, co zaczęło być poważnym problemem. Jak
precyzyjnie ustawić osiem zegarów na identyczną godzinę, jeżeli nie są to
zegary elektroniczne? Chyba jest to niemożliwe. Zupełnie o tym zapomniał.
Przecież to zależy również, albo nawet w znacznym stopniu od sprawności
ludzkich rąk. Przedwczesna była jego radość z odnalezienia zegara. Jedna setna sekundy to czas którego ludzkie
oko nie jest w stanie uchwycić. Wyobraźcie sobie, że żarówka, którą
obserwujecie , gaśnie i zapala się 50 razy w ciągu jednej sekundy, a nasze oko
nie jest w stanie tego zauważyć, bo jedno drgnięcie trwa jedną pięćdziesiątą
sekundy, a tu czas ma wynieść jedną setną, czyli dwa razy krócej. Chyba tylko
elektronika jest w stanie odmierzyć taki czas. A wiadomo elektronika nie
działa. Co robić? Z tych głębokich rozmyślań wyrwał go przeraźliwy dźwięk
wydobywający się z małego głośnika umieszczonego po prawej stronie konsoli.
Przeczytał napis pod nim i zesztywniał. Okazało się, że włączał się on aby ostrzec, że awaryjne zasilanie będzie
działało jeszcze tylko 2 godziny. No tego brakowało, bez zasilania na pewno nic się
nie uda. Zapytał innych informatyków o
sytuację u nich. Okazało się, że wszyscy mają prawie tyle samo czasu . Trzeba
się pospieszyć. Łatwo powiedzieć, ale jak to wykonać. Może inni coś wymyślą. W
tej chwili zdał sobie sprawę z tego jak bardzo funkcjonowanie współczesnego
świata zależy od energii elektrycznej i wszystkich urządzeń, które dzięki niej
działają, chyba za bardzo skomputeryzowano ten świat, nie zostawiając żadnej
furtki. Dostał właśnie wiadomość, że wszyscy mają te same zegary, ale nie
ucieszyło go to zbytnio. Na razie nikt nie miał żadnego pomysłu jak precyzyjnie je ustawić.
Zaraz, a może nie będą potrzebne zegary, może on z tego
miejsca w którym się znajduje będzie mógł uruchomić wszystkie satelity
jednocześnie za pomocą telegrafu? Musi tylko pomyśleć, jest pewien, że mu się
to uda. Trzeba sygnałem elektrycznym włączyć wszystkie urządzenia sterujące
satelitami w tym samym momencie. Policzy tylko jak długo sygnał z jego centrum
będzie poruszał się do poszczególnych centrów sterowania satelitami. Jeżeli
tylko różnice czasowe nie będą większe niż jedna setna sekundy, to wygra walkę
z czasem.
Szybko zabrał się za wyliczenia. Wszystko się zgadzało,
tylko jeden sygnał szedł za długo, czas potrzebny do dotarcia sygnału do
Władywostoku był dłuższy od pozostałych o więcej niż wymagany limit. Postanowił
poszukać innego ośrodka, chociaż na chwilę obecną nie miał z nim łączności.
Poprosi informatyka z Pekinu, żeby się z nimi skontaktował, bo mają do nich
bliżej. Po kilku minutach zgłosili się Mongołowie, dostał wiadomość z Ułan
Bator, że są gotowi do wysłania sygnału do satelity. Policzył miejsca z których
będzie wysyłany sygnał i w tym momencie uświadomił sobie, że on nie będzie mógł
go chyba wysłać, bo nie sprawdził czy jego sygnał jest zsynchronizowany z
innymi.
- Totalna porażka – powiedział do siebie i zaczął obliczenia
od nowa. Okazało się, że on nie będzie mógł razem z innymi wysłać sygnału.
Gorączkowo zaczął szukać następnego punktu na mapie świata. Chyba znalazł, w
Warszawie w centrum Kopernik mają silny nadajnik, który jest w stanie wysłać taki sygnał. Tylko
jak się z nimi skontaktować? Do tej pory nie odezwali się do nikogo, chyba nie
mieli możliwości odbierania sygnałów , pewnie nie mieli starego telegrafu, a
powinni, to też należy pokazywać młodym ludziom, jak widać może się kiedyś
przydać. Jak się okazało wszystkie większe dyspozytornie mocy mają stare
telegrafy. Czyżby ktoś przewidział taką sytuację? Może Wiedeń ma możliwość
kontaktu z nimi. Po kilkunastu próbach ktoś w Warszawie odebrał
sygnał Morse’a . Całe szczęście! Trwało to chwilę i wszystko było uzgodnione.
Teraz tylko Artur musiał wysłać sygnał do wszystkich ośmiu , najpierw
poinstruował wszystkich aby ustawili telegraf tak, żeby przy pierwszym impulsie
jego ramię włączyło nadajnik wysyłający sygnał do satelity. Gdy wszystko było gotowe
nadał sygnał. Teraz mógł jedynie czekać. Minuty dłużyły mu się w
nieskończoność. Spojrzał na zegar, upłynęły dopiero dwie minuty. Niewiarygodne,
a jemu się zdawało, że to z pół godziny. Czekał dalej w napięciu, obserwując
leniwe wskazówki zegara, które tak jakby stały w miejscu. Teraz dopiero
przekonał się, że pięć minut to cała wieczność. W pewnej chwili zadzwonił jego
telefon komórkowy.
- Telefon dzwoni? – zdziwił się bardzo.- o rany, udało się ,
udało. Satelity działają, Ziemia ma znowu swoje ochronne pole magnetyczne.
Wygraliśmy!!!!
- Ty wygrałeś! – znowu ten sam głos kobiecy.
W tym momencie stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, leżał
na podłodze w swojej pracowni informatycznej a nad nim stali jego
współpracownicy i bili mu brawo.
- Co się dzieje? Długo tu leżałem?
- Nie, kilka sekund od czasu jak wyskoczyłeś z gry. –
wyjaśniła Luiza. Teraz poznał, że to jej głos słyszał w swoim śnie. Śnie?
- Jak wyskoczyłem z gry? To nie był sen?
- Nie. Nie pamiętasz? Testowałeś na ochotnika nową grę,
która ma być symulacją stanu kryzysowego na Ziemi. Chcieliśmy się przekonać,
czy istnieje możliwość ratowania sytuacji bez komunikacji. Ty znalazłeś takie
wyjście. Musimy powiadomić rządy wszystkich krajów świata, że wszystkie centra
zarządzające mocą powinny mieć telegraf, bo to on w naszej grze uratował Ziemie
i ludzkość przed zagładą. Jak to wymyśliłeś?
- Nie mam pojęcia. Wpadłem w panikę, tak ta gra wyglądała
realnie. Na początku myślałem, że to sen, ale wszystko było zbyt realne.
Naprawdę bardzo się bałem.
- Widać tym razem strach był dobrym doradcą. No, pewnie
jesteś bardzo zmęczony. Odwieziemy Cię do domu. Wyśpij się porządnie, bo jutro
trzeba dopracować naszą grę, a bez ciebie nie damy rady.
Wykapał się , położył do łóżka i zasnął głębokim snem.
Obudził się bardzo wcześnie, wstał i podszedł do okna, na
jego parapecie baraszkowały dwa śmieszne ptaszki z rudymi brzuszkami… Zaraz, zaraz, już kiedyś widział te ptaszki.
Zadzwonił telefon, zdecydowanym ruchem wyjął z niego baterię i poszedł dalej
spać. Nie upłynęło nawet dziesięć minut jak usłyszał natarczywy dzwonek do
drzwi……..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz