czwartek, 30 maja 2013

INNA
Tego dnia Diana nigdzie nie mogła znaleźć sobie miejsca. Bardzo dziwnie się czuła, tak jakby to nie ona była w swojej skórze. Jakby ktoś inny siedział w jej wnętrzu i sterował jej zachowaniem. Bardzo dziwne uczucie. Nawet jej ulubieniec kot Belzebub dziwnie się jej przyglądał, pomiaukiwał i uciekał od wyciągniętej ręki ze swoim ulubionym przysmakiem. To coś nowego i niespotykanego. Może nie był głodny, a może ona dziwnie się zachowuje i wzbudza w nim nieufność. No cóż. Podobno koty są nieprzewidywalne, może chwilowo ma jakąś fobię. Już mu się to kilka razy zdarzyło. Nie ma się czym przejmować jak zgłodnieje to sam do niej przyjdzie i będzie się przymilał.
- Chyba pójdę na spacer - pomyślała – świeże powietrze mnie ocuci, może pozbędę się tego uczucia obcości w swoim ciele.
Wyszła na ulicę i prawie od raz tego pożałowała, przed jej domem stała ogromna śmieciarka roztaczając wokoło bardzo nieprzyjemną woń.
- Mam swoje świeże i rześkie powietrze, fu ale śmierdzi. Nigdy jeszcze nie czułam takiego smrodu, a może dopiero teraz zwróciłam na to uwagę. Trzeba szybko stąd uciekać. Dobrze, że zamknęłam okno od strony ulicy, bo miałabym ten zapaszek w całym mieszkaniu…. Ale jestem głodna, chyba wstąpię do McDonalds’a, ostatnio byłam tu chyba dwa lata temu. Zobaczę co się zmieniło, może dają trochę smaczniej jeść- pomyślała.
Weszła.
- Zapach się nie zmienił – zauważyła nie bez rozczarowania.
Podeszła do punktu  zamawiania posiłków wczytując się w spis dań i różnych zestawów niby to obiadowych.
- Słucham Panią – usłyszała miły męski głos. Przeniosła wzrok na twarz człowieka, który stał przed nią. Spodziewała się młodszej osoby, nieczęsto spotyka się w takich miejscach ludzi po trzydziestce.
- Właściwie to nie jestem zdecydowana co zjeść, może Pan mi coś doradzi.
- A może zje Pani to co ostatnim razem? – zapytał.
- Ostatnim razem? Ostatnio byłam tu jakieś dwa lata temu. Musiał mnie Pan pomylić z kimś innym.
- Na pewno nie pomyliłem. Wiem, że była Pani u nas w czerwcu, tak prawie dwa lata temu, mam dobrą pamięć do twarzy. Jadła pani wtedy kurczaka, frytki i sałatkę grecką, a na deser ciastko z jabłkiem.
- Niewiarygodne, chyba rzeczywiście to jadłam, ale jak Pan może to pamiętać skoro ja dopiero teraz zaczynam sobie bardzo mgliście to przypominać?
- Nie wiem jak to możliwe, ale jak widać prawdziwe. To co? Podać to co ostatnim razem?
- Tak, proszę.
Po chwili siedziała przy stoliku, na którym stała taca z jedzeniem. Prawie odechciało jej się jeść. Dziwne, jak mógł ją zapamiętać człowiek, który widział ją raz w życiu i do tego dwa lata temu. No ale może ma jakieś nadprzyrodzone zdolności, a może to ona tak niepospolicie wygląda?...
 Chyba zdarzają się jeszcze bardziej  cudaczne zjawiska. Bez entuzjazmu zjadła i wyszła na zatłoczoną ulicę. Postanowiła, że pójdzie do parku dwie przecznice dalej. Nie była tam już chyba z rok. Albo nie ma czasu albo jej się po prostu nie chce. Szła bardzo powoli, przystawała przy wystawach sklepów. W jednym zauważyła nawet fajne buty. Może sobie je kupi, ale nie dzisiaj. Dzisiaj nie miała ochoty z nikim rozmawiać, nawet ze sprzedawcą w sklepie.
No wreszcie doszła, ale się zmęczyła. Poszuka jakiejś ławeczki. O tamta w cieniu na uboczu będzie w sam raz. Nie zdążyła do niej dojść, bo jakby spod ziemi wyrosła jakaś zakochana para. Rozsiedli się wygodnie nie widząc nic wokoło. Trzeba poszukać czegoś innego. Rozejrzała się, nic żadnej wolnej ławki, chyba zrezygnuje. Już miała zawrócić, gdy usłyszała wołanie: Proszę pani, proszę, tu jest wolna ławka w cieniu.
Spojrzała w kierunku z którego dochodził głos. O nie! Tylko nie to. Jakaś starsza kobieta machała do niej przyjaźnie ręką, zachęcając  ją by usiadła obok niej. Nie chcąc wyjść na kompletną chamkę, podeszła do ławki, usiadła i podziękowała. Nie można powiedzieć, żeby była zachwycona, tym bardziej, że starsza kobieta ciągle coś mówiła. Nie słuchała, nie po to tu przyszła, żeby wysłuchiwać jakiejś starej nudziary. Postanowiła, że posiedzi jakieś pięć minut i odejdzie. Już miała wstać i odejść gdy wydarzyło się coś dziwnego.
- Dziecko, dlaczego tak rzadko tu przychodzisz? – zapytała w pewnej chwili kobieta.
- Rzadko? Pani mnie zna? – zapytała kompletnie zaskoczona.
- Tak znam Cię i Ty też mnie znasz.
- Jestem pewna, że widzę panią pierwszy raz.
- Mylisz się moja droga. Poznałyśmy się tu na tej samej ławce 15 maja prawie dwa lata temu. Nie pamiętasz?
- Nie, nic nie pamiętam.
- Byłaś bardzo smutna, nawet płakałaś, bo porzucił Cię narzeczony, chyba miał na imię Bartek.
- Rzeczywiście w maju prawie dwa lata temu, rozstałam się z Bartkiem, ale nie pamiętam żebym o tym rozmawiała z kimś obcym.
- Pamiętasz, miałaś na sobie taki śliczny beżowy płaszczyk.
- Mam go jeszcze.
- No widzisz, znamy się. A nawet nie tylko się znamy.
- Co to ma znaczyć: Nie tylko się znamy?
- Jeżeli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, wpadaj tu czasem. Jestem codziennie między dwunastą i szesnastą, chyba, że leje deszcz. A teraz wybacz muszę już iść.
I poszła zostawiając Dianę w niemałym osłupieniu.
- Nieprawdopodobne – pomyślała – kim była ta kobieta i skąd ją znała? Swoją drogą miała coś dziwnego w swoim wyglądzie, tak jakby znajomego, widać, że w młodości była piękną kobietą. No i z całą pewnością musiały się już kiedyś widzieć, rzeczywiście, Diana ma beżowy płaszcz, ale już dawno go nie nosiła. Przyjdzie tu w sobotę i spróbuje wyjaśnić tę zagadkę. Posiedziała jeszcze parę minut i powoli powlokła się do domu, rozmyślając o tym co jej się dziś przytrafiło. Najpierw facet z Mc’Donalds’a, później ta dziwna stara kobieta. Naprawdę nie pamiętała, żeby kiedykolwiek z którymś z nich rozmawiała. A może jest tak bardzo przemęczona, że nie może sobie tego przypomnieć.  Jednego była pewna, ona nigdy nikogo nie zapamiętałaby po jednym spotkaniu, tak, żeby go rozpoznać po kilku  latach.  No ale cóż różne dziwne rzeczy się zdarzają i nie wszystkie dają się racjonalnie wytłumaczyć. Chyba nie warto o tym dłużej myśleć. Postanowiła, że za parę dni pójdzie znowu do tego Mc’Donalds’a i sprawdzi, czy ten miły facet znowu ją rozpozna. W każdym razie na dzisiaj miała dosyć atrakcji, postanowiła wrócić do domu , położyć się i poczytać coś ciekawego. Miała spore zaległości w lekturach. Nie poszła jednak od razu do domu, bo buty na wystawie sklepowej bardzo ją kusiły i tak jakby mówiły: kup nas, jesteśmy dla Ciebie stworzone. Wstąpiła więc i od razu tego pożałowała. Jeszcze drzwi się za nią nie zamknęły, a już były przy niej dwie młode dziewczyny i bez przerwy paplały. Chyba widać było po niej, że ma zamiar coś kupić, bo każda z nich chciała być tą, która zapisze sobie na koncie udaną transakcję sprzedaży.
  - Przepraszam Panie, nie potrzebuję rady, już wybrałam buty, które chcę kupić, o poproszę rozmiar 38 z tego modelu. – mówiąc to podeszła do półki i pokazała wzór, który przyciągnął jej uwagę na wystawie.
Jedna z dziewczyn oddaliła się na zaplecze sklepu, a druga, farbowana blondyna,  bezczelnie się jej przyglądała żując gumę. Co jakiś czas przed jej twarzą pojawiał się obleśny balon wydmuchiwany z wielkim namaszczeniem. Obrzydlistwo, fu. – pomyślała Diana.
  - O te buty kupiła Pani na Złotej jakieś dziewięć miesięcy temu. Pamiętam, to ja je sprzedałam. Pamięta Pani? – powiedziała w pewnej chwili miłośniczka balonów.   
  - Przepraszam, nie pamiętam. Być może kupiłam je na Złotej.
  - Jak to pani nie pamięta? To niemożliwe. Miała Pani na sobie taki piękny nietypowy beżowy płaszczyk.
  - Możliwe. - Poddała się. Dziwne, nawet bardzo. Już druga osoba tego dnie wspomina jej beżowy płaszcz, a trzecia, która ją zapamiętała. Niesamowite. Dziewczyna chciała jeszcze coś powiedzieć, ale z zaplecza wynurzyła się jej koleżanka z pudełkiem w ręku.
 Diana usiadła. Przymierzyła buty i wstała, żeby się przejść. Chciała sprawdzić czy są takie wygodne na jakie wyglądają.  Podobały się jej bardzo, więc decyzję podjęła szybko i już po chwili wychodziła ze sklepu z wielką plastikową torbą, w którą sprzedawczyni zapakowała jej zakup. Zrobiło się jej bardzo wesoło, nie wie dlaczego uśmiechała się do wszystkich napotkanych ludzi.  Nie wiadomo dlaczego, ale większość z nich wydawała się jej znajoma.
  - Dzień dobry Pani. – jakiś starszy pan ukłonił się jej szarmancko.
  - Dzień dobry Panu. – odpowiedziała z czarującym uśmiechem.
  - O! Widzę, że dzisiaj poznaje mnie Pani.
  - Nie. Nie poznaję.
  -Jak to? A ten czarujący uśmiech? Czyżby nie był przeznaczony dla mnie? – zmartwił się staruszek.
  - Oczywiście, że był dla Pana, chociaż się nie znamy. To już nie wolno uśmiechnąć się do nikogo bezinteresownie.
  - Oczywiście, że wolno, ale my się przecież bardzo długo znamy, chyba ze trzy lata, a dopiero teraz zobaczyłem pani prześliczny uśmiech.
  - My się znamy?
  - Tak, to dziwne, że Pani tego nie pamięta. Spotykamy się raz w tygodniu, tu na tej ulicy, ale dzisiaj po raz pierwszy ze sobą rozmawiamy. Dzisiaj po raz pierwszy odpowiedziała mi Pani „dzień dobry”.
  - Jak to? To ja do tej pory byłam tak bardzo nieuprzejma?
 - Nie określiłbym tego w ten sposób, po prostu chodzi pani z głową w chmurach. Widać, że myśli Pani o czymś bardzo absorbującym. Jeżeli będzie pani chciała to porozmawiamy o tym innym razem, bo teraz muszę się już pożegnać,  dochodzi dziewiętnasta, jestem umówiony z kimś bardzo ważnym. Do zobaczenia za tydzień.
Zanim zdążyła odpowiedzieć rozpłynął się w tłumie, tak właśnie rozpłynął się. Stała dłuższą chwilę zastanawiając się   nad niewytłumaczalnością tego co ją dziś spotkało, gdy nagle z tłumu wyłoniła się jej mama. Tylko ona miała zdolność materializowania się w najmniej odpowiednim czasie i miejscu.
  - Gdzie się podziewasz? Czekam już dobrą godzinę. Chyba nie zapomniałaś, że byłyśmy umówione?
  - Och! Przepraszam Cię bardzo, zapomniałam.
  - Nic Ci nie jest? Chyba nie jesteś chora?
  - Ja, chora? A, nie, nie. Po prostu wyleciało mi z głowy.
  - Jak to wyleciało Ci z głowy? Przecież rozmawiałyśmy wczoraj wieczorem. To chyba niezbyt odległy termin?
  - No może niezbyt odległy, ale jakoś nie mogę się dzisiaj na niczym skupić.
  - To zauważyłam. Zanim do Ciebie podeszłam odniosłam wrażenie, że rozmawiasz sama ze sobą.
  - Nie rozmawiałam ze sobą. Nie widziałaś tego starszego pana, który odszedł dosłownie kilka sekund przed twoim pojawieniem się?
  - Nikogo nie widziałam. Jestem pewna, że nikogo tam nie było.
  - Dziwne, bo on tam był z całą pewnością. Zresztą nieważne, był czy nie był. Chodźmy do domu. Masz te stare albumy rodzinne?
  - Oczywiście, przecież umówiłyśmy się, że  dzisiaj posegregujemy stare zdjęcia i umieścimy w nich  fotografie w jakimś porządku chronologicznym.
  - Daj tę torbę, bo chyba jest ciężka.      
  - Nawet bardzo. Targam przez całe miasto z piętnaście kilogramów.
  - O matko! Ależ to ciężkie. Trzeba było powiedzieć, że masz tego aż tyle, przyjechałabym po Ciebie samochodem.
  - Jak widzisz dałam sobie jakoś radę. No nie marudźmy już i nie traćmy czasu.
Gdy znalazły się w mieszkaniu Diany, mama zrobiła herbatę i wyjęła swoje śliwkowe ciasto. Chwilę porozmawiały o życiu codziennym, po czym  zabrały się do przeglądania starych rodzinnych fotografii. Okazało się, że niektóre zdjęcia mają przeszło sto lat. 
  - Wiesz mamo, chyba rzeczywiście była pora, żeby zrobić z tym porządek. Straszny tu galimatias. Zobacz to są moje zdjęcia z dzieciństwa a obok nich są zdjęcia taty ze studiów. Kto tu tak namieszał?
  - Twój brat, wtedy kiedy wybierał niektóre swoje. Wiesz przecież jaki z niego bałaganiarz.
  - O matko! Dużo wziął? Mam nadzieję, że nie pozwoliłaś mu na rabunek naszego dobra rodzinnego.
  - Nie martw się wziął tylko kilka takich, które były podwójne.
  - Mamo, mamo! Kto jest na tym zdjęciu? – zawołała w pewnym momencie Diana podtykając jakieś pożółkłe zdjęcie matce pod nos.
  - Nie krzycz tak. Pokaż. Zaraz, zaraz, niech no dobrze się przyjrzę. Nie jestem pewna, chyba to jest dziadek Twojego ojca, ze strony mamy. Tak , to jest ojciec mojej teściowej. Zaraz, jak on miał na imię? Poczekaj, zaraz sobie przypomnę…… Mam, Stefan. Tak na pewno. Teraz sobie przypominam, Stefan. Wiesz, że ja Go pamiętam. Wyglądał trochę inaczej niż na tym zdjęciu, bo jak Go ostatni raz widziałam miał 98 lat.
  - O matko! Ile miał lat? 98? To ile miał lat jak umarł?
 - Chyba 101. Możemy to sprawdzić.
 - Jak?
  - Wiem gdzie jest grób rodzinny Dolniaków. Możemy się kiedyś tam wybrać. Oczywiście jak będziesz miała ochotę, bo wiem jak bardzo nie lubisz chodzić na cmentarz.
  - Może pójdziemy tam jutro?
 - Jutro? Dlaczego tak Ci się spieszy? Nigdy nie byłaś na grobie dziadków i pradziadków, a teraz raptem, jutro. No dobrze już, dobrze. Pójdziemy jutro jak chcesz.
  - Dziękuję Ci mamo.
Umówiły się o dziesiątej pod bramą cmentarza. Diana była grubo przed wyznaczoną godziną. Prawie całą noc nie spała z emocji. Spacerowała sobie przed wejściem nie mogąc doczekać się przybycia matki. Wreszcie zobaczyła ją w oddali. Podbiegła niecierpliwie.
  - Dobrze, że jesteś. Chyba zaraz będzie padać. Mam nadzieję, że zdążymy przed deszczem.
  - Dlaczego jesteś taka niecierpliwa. Nie poznaję Cię. Przecież przyszłam piętnaście minut wcześniej, a Ty patrzysz na mnie z takim wyrzutem jakbym spóźniła się kilka godzin.
  - Przepraszam. To ja przyszłam za wcześnie i czas mi się dłużył. Możemy już iść?    
  - Idziemy, przecież po to tu przyszłyśmy.
Poszły, ale nie od razu udało im się odnaleźć miejsce wiecznego spoczynku rodziny ojca. Dopiero po czterdziestu minutach poszukiwań osiągnęły cel wyprawy. Diana stanęła przed ogromnym granitowym pomnikiem i głośno zaczęła czytać:
  - Pierwsza została pochowana Elżbieta Dolniak z domu Jasny, później jej syn, córka, synowa, teściowa a na końcu mąż, Stefan. To ten pradziadek?
  - Tak, zobacz zmarł w 1980 roku w wieku 101 lat.
  - Tu są zdjęcia niektórych osób. Chyba to jest pradziadka. – Diana pokazała jedno ze zdjęć.
  - Tak to pradziadek na krótko przed śmiercią. Właśnie tak wyglądał. Przyjemny staruszek, prawda?
  - Nawet bardzo przyjemny. Wiesz, wydaje mi się, że go poznałam osobiście. 
  - Nie pleć głupstw, przecież urodziłaś się pięć lat po jego śmierci.  Nie mogłaś go poznać.
  - Wczoraj rozmawiałam z kimś bardzo podobnym, na ulicy na krótko przed spotkaniem z Tobą.
  - No, dobrze mówisz, z kimś bardzo podobnym, ale z całą pewnością nie z pradziadkiem. Wiesz przecież, że każdy może mieć swojego sobowtóra.  Pewnie widziałaś kogoś bardzo do niego podobnego.
  - Pewnie tak było, nawet bardzo podobnego. Gdybym nie wiedziała, że pradziadek nie żyje, to byłabym pewna, że to był on, wiesz wczoraj na ulicy. A kto to? Ta kobieta w koronkowej bluzce? – Diana pokazała zdjęcie bardzo dystyngowanej młodej kobiety. – Czy to jest właśnie prababcia?
  - Tak, widzisz przecież, że zdjęcie jest przy jej nazwisku.
  - Ale młodo umarła. Zaledwie czterdzieści dwa lata. To niesprawiedliwe, pradziadek żył 101 lat o jego żona tylko 42. Prawie sześćdziesiąt lat był wdowcem.
  - Nie, wdowcem był niecałe 50 lat, po śmierci żony nigdy się już nie ożenił. Zawsze sobie żartował, że nie można drugi raz popełnić tego samego błędu, ale tak naprawdę, to nigdy nie pogodził się ze stratą żony.  Wiesz co mi się rzuciło teraz w oczy? 
  - Nie wiem i nie będę wiedziała jeżeli mi nie powiesz.
 - Popatrz na zdjęcie prababki.
 - Patrzę. I co mam zobaczyć? Bardzo ładna kobieta, ale trochę smutna. Czyżby nie była w życiu szczęśliwa?
  - Nie o to mi chodzi. Zobacz jak bardzo jesteś do niej podobna.
  - Nie wydaje mi się.
   - Przyjrzyj się dokładnie.  Te same oczy, usta i nos. Nawet masz tak samo kręcone włosy w tym samym kolorze.
  - Ja nie widzę żadnego podobieństwa, no może włosy. Rzeczywiście włosy są identyczne, ale to chyba nic niezwykłego, w końcu to moja prababka.
  - Nie tylko włosy, nie wiem czy mamy jakieś zdjęcie prababki w domu. Jak przyjrzysz się dokładnie to sama znajdziesz to podobieństwo.  Ale jak mówisz to rzeczywiście nie jest nic niezwykłego, w rodzinach zdarzają się takie podobieństwa.
  - No właśnie. Jak znajdziemy jakieś zdjęcie prababki to sama poszukam podobieństw.
  - Poszukaj, wszystkie zdjęcia zostały wczoraj u Ciebie. Wpadniesz do nas na obiad? Tata by się ucieszył.   
  - Mamo, nie dzisiaj. Miałam już dawno zaplanowany ten dzień, a przez ten cmentarz trochę mi się zawalił. Ale dziękuję za zaproszenie.
  - Sama chciałaś tu dzisiaj przyjść.
  - Mówisz tak jakbym miała do Ciebie pretensję. Wiem dobrze, że to ja chciałam tu przyjść. Podwieźć Cię do domu?
  - Nie, dziękuję. Nie spieszy mi się tak bardzo, ojciec gra w szachy z sąsiadem. Pewnie szybko nie skończą. Przejdę się trochę. Obiad mam gotowy.
  - To do zobaczenia, mamo. Dziękuję Ci za ten spacer po cmentarzu.
  - No to pa, do zobaczenia.  – i mama oddaliła się. Dianie zrobiło się smutno. Została sama przed bramą cmentarza. Powoli ruszyła w kierunku swojego czerwonego „polo”, jednak w połowie drogi zawróciła i zdecydowanym krokiem poszła z powrotem do grobu rodzinnego Dolniaków. Stanęła przed monumentalnym pomnikiem i w skupieniu zaczęła jeszcze raz czytać napisy i oglądać zdjęcia. Zmęczona usiadła na ławeczce. Wpatrywała się w zdjęcie pradziadka, tak intensywnie, że w pewnej chwili wydało się jej, że obok niej na ławeczce siedzi starszy pan, którego spotkała wczoraj na ulicy przed swoim domem. Odwróciła głowę, tak ten staruszek jest bardzo podobny do jej pradziadka. Uśmiechnęła się przyjaźnie, a on odwzajemnił ten uśmiech i przemówił:
  - Witaj Diano! Bardzo długo na Ciebie czekałem, ale wreszcie jesteś. Mam Ci tyle do powiedzenia.
  - Pan mnie zna? Czy to z panem spotkałam się wczoraj na ulicy?
  - Tak. Oczywiście, że Cię znam być może lepiej niż Ty sama znasz siebie.
  - Przepraszam, ale nic nie rozumiem.
  - Przyjdzie czas, że zrozumiesz. Tymczasem przyjrzyj się fotografiom nagrobnym.
  - Już się przyjrzałam i niczego nadzwyczajnego nie zauważyłam.
  - Ale Twoja mama zauważyła.
  - Skąd Pan wie? Był Pan tu wtedy gdy byłyśmy razem z mamą?
  - Oczywiście, zawsze tu jestem. Nie każdy jednak może mnie zobaczyć.
  - No teraz to już chyba Pan przesadził ze swoją tajemniczością.
  - W tym co mówię nie ma nic tajemniczego. Przeczytaj napisy, jeden z nich mówi, że jest to miejsce wiecznego spoczynku Stefana Dolniaka, czyli moje.
  - To jakiś żart? Czy wyglądam na naiwną albo wręcz niedorozwiniętą?
  - Dlaczego myślisz, że to żart? Czy wierzysz w reinkarnację?
  - Prawdę mówiąc nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
  - To może przyszła pora, żeby się nad tym zastanowić?
  - Przepraszam, ale mam dużo innych spraw do przemyślenia. Nie wydaje mi się, żeby zagadnienie reinkarnacji było w tej chwili moim najważniejszym problemem.
  - Przyjrzyj się zdjęciu mojej żony Elżbiety. Nie widzisz uderzającego podobieństwa?
  - Do kogo? Może do mnie?
  - Naprawdę nie widzisz?
  - Nie!
  - Nie krzycz.
  - Ja krzyczę?
  - A co może ja? Uspokój się, popatrz na zdjęcie Elżbiety.
  - Patrzę.
  - Nie patrzysz wystarczająco uważnie. Gdybyś spojrzała bardziej wnikliwie zobaczyłabyś, że jesteście prawie identyczne.
  - Moja mama też widziała jakieś podobieństwo, ale ja nic nie widzę.
  - A widzisz, mama też widziała. Czy nie zastanawia Cię to ani trochę?
  - Sama już nie wiem co o tym myśleć. Jednak  jest to możliwe i naturalne. Mogę być podobna do swojej prababki.
  - No nareszcie jakieś mądre słowa.
  - Mogę być, ale nie znaczy, że muszę.
  - Oczywiście, nie musisz. Musisz jednak wiedzieć, że imię masz po mojej matce, Diana, nie masz pojęcia jaka to była piękna i mądra kobieta, jest tu też pochowana, ale nie ma jej zdjęcia. Szkoda. –  zamyślił się na chwilę starszy pan.
  - Chyba pójdę już do domu, jestem jakoś dziwnie zmęczona i nie chcę już słuchać tych bzdur. Reinkarnacja, kto to wymyślił? Muszę się położyć. Do widzenia.
  - Do widzenia. Przyjdziesz tu jeszcze kiedyś?
  - Nie wiem, być może.
I odeszła bardzo zdecydowanym krokiem. W bramie cmentarza minęła faceta z Mc’ Donalds’a z dziewczyną ze sklepu z obuwiem, przynajmniej tak jej się wydawało, ale upewniła się gdy oboje ukłonili się jej bardzo uprzejmie.
  - Dziwne co oni tu robią? Właśnie wtedy kiedy ja tu jestem? Czy to tylko zbieg okoliczności? – zadawała sobie całe mnóstwo pytań na które nie znała odpowiedzi. Postanowiła, że jutro pójdzie do tego Mc’Donalds’a i zapyta  gościa czy ma jakichś krewnych na tym cmentarzu.
Jak postanowiła tak zrobiła. Następnego ranka weszła do restauracji i zaczęła się rozglądać za znanym jej mężczyzną. Ale nigdzie go nie było. Podeszła do jednej z dziewczyn wydających posiłki i zapytała:
  - Na którą zmianę przychodzi dzisiaj taki miły facet w wieku około czterdziestki?
  - Tu nikt taki nie pracuje. – odpowiedziała dziewczyna.
  - Jak to, nie pracuje? Byłam tu chyba przedwczoraj i właśnie on mnie obsługiwał.
  - Niemożliwe, jedyną osobą po trzydziestce, która tu pracuje jest Asia. Na pewno nie ma tu żadnego starszego od niej faceta.
  - Ale ja tu byłam i widziałam go. Rozmawiałam z nim tak jak z Panią teraz – upierała się Diana.
 - A może była Pani w innym miejscu?
  - Nie, byłam tutaj, ja mieszkam w tym domu – mówiąc to pokazała na swój blok. Na pewno byłam tu w tej restauracji.
  - Przykro mi ale nie mogę pani pomóc. Przepraszam, muszę wracać do pracy. – i dziewczyna odeszła, pokazując koleżankom, że kobieta stojąca przy kasie jest niespełna rozumu.
Zrezygnowana Diana wyszła na ulicę, zastanawiała się co to wszystko znaczy. Była pewna, że parę dni temu rozmawiała z człowiekiem, którego podobno nie było. Jak to jest możliwe? Co się dzieje? Może zachorowała na jakiś rodzaj choroby psychicznej? Może to są jej przywidzenia? No i ten rzekomy pradziadek. Nie no jakiś koszmar, jak w najgorszym śnie.  Jeżeli jeszcze nie oszalała to za chwilę na pewno jej się to uda. Postanowiła, że pójdzie do parku, może spotka tę tajemniczą starszą kobietę. Ta postać też wydawała się bardzo zagadkowa. Może uda się coś wyjaśnić. Nie upłynęło więcej niż dziesięć minut i już zbliżała się do ławki na której spotkała poprzednio dziwną postać. Nikogo jednak na niej nie było. Popatrzyła na zegarek, chyba jest jeszcze za wcześnie, dopiero jedenasta, a może w niedzielę ta kobieta tu nie przychodzi? Postanowiła, że posiedzi sobie i w spokoju przemyśli całą swoją sytuację. Niematerialny pradziadek, a może to oszust jakiś, przecież nie sprawdziła czy był materialny, nie spróbowała go dotknąć. No tak trzeba było go dotknąć i wszystko byłoby jasne. No cóż może następnym razem, jeżeli taki w ogóle będzie.
 - Witam Cię moja droga – usłyszała nagle nad głową.
Nie mogła uwierzyć, jednak starsza pani przyszła punktualnie o dwunastej.
  - Czy przyszłaś spotkać się ze mną? – Zapytała.
  - Tak. Chciałam z Panią porozmawiać.
  - Bardzo się cieszę. O czym chcesz rozmawiać?
  - Mam wrażenie, że pani wie co się wokół mnie ostatnio dzieje.
  - Nie wiem o czym mówisz, dziecko.
  - Na pewno pani wie, jestem tego pewna. Otaczają mnie ostatnio dziwne osoby, których nie ma, albo takie, które już dawno umarły.
 - Jak to możliwe?
  - Właśnie chciałam o to zapytać. Dlatego tu jestem.
  - Obawiam się, że niewiele będę mogła Ci pomóc.
  - Nie będzie pani mogła, czy nie będzie pani chciała?
  - I jedno i drugie.
  - Jak to, jedno i drugie? To znaczy, że pani coś wie?
  - Niezupełnie jest tak jak myślisz. Pytaj, jak będę znała odpowiedź to ją poznasz.
  - Czy wie pani kto to jest, raczej był Stefan Dolniak?
  - Tak.
  - Powie mi Pani?
  - Nie wiem czy jesteś gotowa, żeby poznać prawdę.
 - Jestem i jeżeli jej nie poznam to zaraz zwariuję.
  - Spokojnie.
  - Nie mogę być spokojna, zaraz zacznę wyć. No więc, kim był Stefan Dolniak?
  - Przygotuj się, bo odpowiedź jest szokująca. Stefan Dolniak był moim synem.
  - Co?!!! Nie, no chyba rzeczywiście zwariowałam. – w tym momencie Diana wpadła na szalony pomysł i rzuciła się na siedzącą obok staruszkę. Jeszcze chwila a złapie ją za gardło i chyba udusi. Już, już miała dosięgnąć pomarszczonej szyi, ale ta rozpłynęła się gdzieś w powietrzu. Niebywałe, jak mogło się to stać. Stała z rozwianym włosem zaciskając kurczowo ręce na czymś czego nie było.
Widząc zdziwione spojrzenia siedzących obok ludzi, poprawiła włosy i z powrotem usiadła na ławce próbując się opanować. Ciekawe czy inni ludzie w parku też widzieli tę kobietę. Sądząc po ich minach to chyba jednak, nie. Postanowiła, że posiedzi jeszcze parę minut i pójdzie.
  - A widzisz, mówiłam Ci, że nie jesteś jeszcze gotowa, by usłyszeć prawdę. Nie chciałam Ci tego jeszcze mówić.
  Diana odwróciła się w kierunku z którego dochodził głos, ale i tak nie miała wątpliwości kto do niej mówi.
  - Kim Ty jesteś? – wydusiła.
  - Już Ci powiedziałam, jestem matką Stefana Dolniaka, czyli Twoją praprababką. Masz imię po mnie, Diana.
 - Już to gdzieś słyszałam.
  - Na pewno od Stefana. Wiem, że macie kontakt.
  - Jak to możliwe, że widzę Was i słyszę skoro Wy nie żyjecie od dawna?
  - Teraz nie żyjemy, ale dostaliśmy następną szansę, dlatego nas widzisz. Czekamy na nasze nowe ciała.  Niektórzy mogą sobie wybrać matkę. Stefan wybrał Ciebie. Ja zresztą też.
  - O czym Ty mówisz kobieto?!!
  - Jak to o czym? Nie wiesz, że prawie wszystkie dusze wracają na Ziemię?
  - Ty masz duszę żony Stefana, Elżbiety. Ponieważ nie mógł wcielić się w duszę Twojego przyszłego męża, postanowił być Twoim dzieckiem. On bardzo kochał Elżbietę, ale niestety umarł za późno.
  - Jak to umarł za późno? Czy można umrzeć za późno? Chyba można umrzeć za wcześnie.
  - Nic nie rozumiesz, dusza może być poddana reinkarnacji najwcześniej po 20 latach od dnia śmierci, ale nie później niż po 50. Później traci swoją szansę na zawsze, jeżeli nie zdąży już nigdy nie wróci do świata żywych. Oczywiście nikt nie wie tego w chwili śmierci.
  - Ja już będę wiedziała.
  - Nie, wszystko zostanie wymazane z Twojej pamięci.
  - Niemożliwe. Kto mi to wymaże? Ależ to wszystko jest nierealne. Słyszałam o reinkarnacji, ale do tej pory wkładałam to  między bajki. Zdaje się, że hindusi wierzą, że dusze odradzają się na nowo w nowym ciele.
  -  Nie tylko hindusi i nie jest to tylko wiara, ale fakt. Mój syn Stefan nie mógł powrócić na Ziemię w tym samym czasie co jego żona Elżbieta, bo ich czas się rozszedł.
  - Czas się rozszedł?
  - Tak, ona musiała wracać a on jeszcze nie mógł. Dzięki Tobie znowu będziemy wszyscy razem.
  - Wszyscy razem? W jaki sposób?
   - Będziesz miała czworo dzieci, które będą miały dusze: Stefana, moją, mojego wnuka i wnuczki.
  - Fajna bajka, może kiedyś opowiem ją moim dzieciom, jeżeli oczywiście będę je miała.
  - Zapewniam Cię, że będziesz miała. To już jest zapisane w gwiazdach.
  - A więc w gwiazdach? Nie w niebie?
  - Gwiazdy to niebo.  Nie uciekniesz od tego to jest twoje przeznaczenie.
  - Przeznaczenie? Czworo dzieci? Czy znam pozostałą dwójkę?
  - Tak. Mężczyzna z Mc’Donalds’a to mój przedwcześnie zmarły wnuk a  kobieta ze sklepu z butami , to wnuczka.
  - Coraz bardziej pachnie to bajką, niewyobrażalną bajką. Sama bym tego chyba nie wymyśliła. Niebywałe, widziałam tych dwoje  na cmentarzu. Czyżby odwiedzali swój grób? Byłam nawet w Mc’Donalds’e.
  - No i co? – zapytała z widocznym triumfem stara kobieta.
  - No, dziwna sprawa, nikt nigdy, oprócz mnie nie widział tego faceta.
  - Czy to nie daje Ci do myślenia?
 - Daje, ale moje myśli idą w zupełnie innym kierunku niż Twoje „praprababciu” – powiedziała z przekąsem Diana.
  - Miło mi słyszeć te słowa, szkoda tylko, że mówisz to z taką drwiną.
  - A jak mam mówić, przecież to  wszystko jest nielogiczne.
  - Nielogiczne jest tylko dla tych, którzy nie mają wiedzy na ten temat. Ale w sumie to śmieszne, ja Twoja praprababka będę mówiła do Ciebie niedługo „mamo” i nie będę niczego świadoma, zresztą Ty też.
  - To jakie imiona będą miały moje dzieci, dwoje znam, a reszta?
 - Tak jak powiedziałam, najstarsza córka będzie miała na imię tak jak Ty i ja, czyli Diana, starszy syn, Stefan, młodszy Andrzej i najmłodsza córka Eliza, bo takie imiona  miały w poprzednim życiu ich dusze i takie wybrały na następne wcielenie.
  - Czy to znaczy, że rodzice nie wybierają imion dla swoich dzieci, tylko ich dusze?
  - Tak.
  - Bez sensu. Ja na pewno sama je wybiorę dla swoich dzieci. Co ja mówię, dzieci. Jedno dziecko, jedno! Nie chcę mieć ich więcej i na pewno nie będę miała.
  - Tak Ci się tylko wydaje. Szkoda, że nie będę mogła powiedzieć: a nie mówiłam? Bo będzie dokładnie tak jak mówię. Myślę, że obydwie wiemy już wystarczająco dużo i możemy się rozstać. Nie sądziłam, że tak szybko powiem Ci całą prawdę. Wymusiłaś to na mnie. Zostawiam Cię, bo widzę, że właśnie nadchodzi Twój przyszły mąż, January. Do zobaczenia, bądź dobrą mamą.
 - Mój mąż? Co to znowu za dowcip? Powiedz coś więcej. Czy ojca też sobie wybraliście?
  - Tak, ojca też wybraliśmy.
  - Niesamowite, chyba napiszę o tym książkę. Kiedy się znowu zobaczymy?
 - Jak zostaniesz mamą, ale żadna z nas nie będzie pamiętała o naszych poprzednich spotkaniach. Zatem żegnaj moja droga.
  - Poczekaj, mam jeszcze mnóstwo pytań.
Ale tego starsza kobieta już nie usłyszała, bo tak jak poprzednio rozpłynęła się gdzieś w przestrzeni.
  - Dobrze się pani czuje? – jakiś mężczyzna podszedł do niej nieco zaniepokojony.
  - Tak, dziękuję. Dlaczego pan pyta?
 - Przez dłuższy czas rozmawiała pani z jakimś niewidzialnym rozmówcą. – odparł.
 - Z niewidzialnym rozmówcą? A nie, jestem aktorką i właśnie przepowiadałam sobie tekst na dzisiejszy spektakl. – szybko odpowiedziała, chociaż tak naprawdę nie wiedziała jakim cudem znalazła się dzisiaj w parku, nie miała wcześniej takich planów.
 - Może jednak odprowadzę panią do domu, bo wygląda pani na bardzo zmęczoną.
  - Proszę się nie fatygować – odpowiedziała na uprzejmą propozycję i dopiero teraz przyjrzała się stojącemu przed nią mężczyźnie. Wysoki brunet, nieprawdopodobnie przystojny. Niebieskie wciąż śmiejące się oczy. Gdy tak patrzyła zrobiło się jej ciepło w okolicy serca. Uśmiechnęła się.
  - Będę jednak nalegał i odprowadzę panią do domu. Może najpierw się przedstawię, January Brocki. Jestem mechatronikiem. Czy jeszcze podać jakieś dane, np. numer buta czy kołnierzyka, żeby pozwoliła się pani odprowadzić?
  - Chyba to mi wystarczy, szczególnie istotna była informacja o numerze buta, bez niej chyba nie mogłabym się zgodzić. – powiedziała Diana śmiejąc się do łez. Nie wiedziała jednak dlaczego to imię zrobiło na niej takie wrażenie. Może dlatego, że było to bardzo rzadkie imię.


Dziesięć lat później.
  - Mamo, mamo, Stefan ciągnie mnie za włosy. – Do Diany podbiegła mała dziewczynka ze łzami w oczach
  - Stefan! Uspokój się w tej chwili. Dlaczego bez przerwy dokuczasz Elizie?
  - To nie ja , to Diana ją szarpie. – odpowiedział obrażony może siedmioletni chłopiec.
  - Diana, czy to prawda?
  - Tak, zobacz co zrobiła z moim zeszytem do matematyki. – w progu stała ciemnowłosa drobna dziewczynka ściskając w ręku coś co w małym stopniu przypominało w tej chwili zeszyt.
  - To nie ja, to Andrzej. – zawołała mała Eliza.
  - January! – zawołała udręczona Diana. – Czy mógłbyś przeprowadzić dochodzenie w sprawie zeszytu Diany? Jeżeli ja się tym zajmę to obiad będzie na kolację.
  - Oczywiście, zaraz zatrudnimy małego detektywa i wszystko będzie jasne. – usłyszała z głębi domu odpowiedź.
  - Dzieci! Proszę wszyscy do salonu, do taty.
Uf! Odetchnęła z ulgą. Bardzo nie lubiła rozstrzygać sporów między dziećmi, a January świetnie sobie z nimi radził. Teraz mogła zająć się wykończeniem obiadu. Popatrzyła na zegar i wpadła w panikę. Za godzinę będą jej i Januarego rodzice, nie wie czy się wyrobi. Po piętnastu minutach w drzwiach kuchni ukazała się uśmiechnięta twarz jej najprzystojniejszego na świecie męża:
  - Pomóc Ci w czymś, kochanie?
  - Dzięki, chętnie skorzystam.
Zdążyli. Gdy o wyznaczonej godzinie do furtki ich willi zadzwonił dzwonek wszystko było gotowe na przyjęcie gości.
Dzieciaki rzuciły się na dziadków z wesołymi pokrzykiwaniami, bo jak zwykle zostały przez nich sowicie obdarowane.
Wtedy do Diany podeszła jej mama i nieoczekiwanie powiedziała:
 - Wiesz córeczko, jestem bardzo szczęśliwa. Myślałam, że nigdy nie wyjdziesz za mąż i nie będziesz miała dzieci, zawsze nas tym straszyłaś. A tymczasem mamy czworo wspaniałych wnuków. Często zastanawiam się czy to nie sen.
  - Mamo, wierz mi ja też tego nie mogę zrozumieć, ale taka jest rzeczywistość. Może to było moje przeznaczenie?
 










poniedziałek, 27 maja 2013

TAJEMNICZE ZNIKNIĘCIE
5 grudnia 1945 roku.
Pięć amerykańskich samolotów torpedowo bombowych Grumman TBF Avenger  wyrusza z bazy Lauderdale na Florydzie o godzinie 14.05, pod dowództwem porucznika Taylora. Był to lot ćwiczebny, mający trwać około dwóch godzin.  Po godzinie lotu, dowódca klucza, zgłosił się do bazy i poinformował, że zawracają i za godzinę będą lądować.
- Halo, baza. Słyszycie mnie? Prosimy o zgodę na lądowanie.
- Tu baza, macie zgodę na lądowanie.
Kontroler lotów nie zdążył dokończyć,  gdy w słuchawkach  usłyszał przerażony głos porucznika Taylora.
- Halo baza. Dzieje się coś niedobrego, nasze przyrządy zwariowały. Nie możemy określić  swojego położenia.  Wszystkie samoloty straciły możliwość określenia położenia. Halo słyszycie mnie?
- Słyszymy. Taylor, uspokój się i powiedz spokojnie co się dzieje.
- Baza? Słyszycie mnie? Wlatujemy w jakąś cholerną mgłę, może mleczną wodę nie wiem, nic nie widać. Halo baza! Halo Baza! – wrzeszczał do mikrofonu. W jego głosie można było wyczuć  ogromne przerażenie. W słuchawkach rozległ się dziwny trzask i po chwili wszystko umilkło.
—Halo Taylor, słyszysz mnie? Halo Taylor……
Mimo wielokrotnego wywoływania, porucznik Taylor nie zgłosił się już więcej. Natychmiast zorganizowano ekipę ratunkową. Z bazy wyleciał hydroplan  Martin Mariner typu PBM, pilotowany przez porucznika  Coney’a. Wyruszyły też jednostki pływające. Przeszukano wybrzeże o powierzchni ponad pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych, bez rezultatu. Po dwudziestu minutach lotu samolot porucznika Coney’a nie odezwał się już więcej. On również zaginął. Poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów. W końcu uznano, że był to po prostu wypadek, chociaż nie znaleziono żadnych dowodów w postaci części samolotów. Poszukiwania zakończono po miesiącu.

- Halo baza! Halo baza!....  Na próżno porucznik Taylor  wywoływał bazę, nikt go nie słyszał. Sytuacja stawała się bardzo niebezpieczna. Nie wiedzieli gdzie są i dokąd lecą i nie mieli możliwości tego sprawdzić. Do tego ta potworna mgła, albo nie mgła. Widoczność, zero. Nie wiedział gdzie są  pozostałe Avengery?  Wyczuwał je po ryku silników. Miał nadzieję, że nie dojdzie do przypadkowego zderzenia. Po godzinie lotu, mgła nagle ustąpiła a przyrządy zaczęły normalnie działać. Wskazania  Taylora mówiły, że znajdują się prawie nad lotniskiem macierzystym.
- Halo baza! – porucznik podjął próbę wywołania  kontrolera, ale bezskutecznie.
- Panowie ma ktoś może kontakt z bazą? – zapytał, nie usłyszał jednak potwierdzenia.
- Wobec tego lądujemy bez potwierdzenia. – zdecydował.
- Poruczniku, nie widać lotniska, tam ciągle utrzymuje się spora mgła . – usłyszał  w słuchawkach.
- Widać początek pasa, dalej sobie poradzimy. Lądujemy w kolejności ustalonej przy starcie. Zaczynaj William.
Po kolei zaczęli schodzić do lądowania.  Ostatni dowódca, czyli porucznik Taylor. Gdy wylądował i wyszedł z kabiny, zupełnie stracił orientację. Nie wiedział zupełnie gdzie się znajduje. To nie była jego macierzysta baza, ale gdzie wobec tego wylądowali? Według przyrządów byli w bazie, ale żaden z nich nie rozpoznał miejsca w którym się znaleźli. Skupili się w jednym miejscu i zaczęli obserwować otoczenie. Nigdzie żywej duszy. Tak, teraz byli pewni to nie była ich baza. Tylko gdzie się znaleźli? Co to za miejsce? Były tu pasy startowe, widać bardzo dawno nieużywane, ale jednak pasy. Wylądowali bezpiecznie. Jakieś stare zabudowania, częściowo zburzone.  W pewnej chwili wydało im się, że poznają wieżę lotów w której była dyspozytornia. Nie to chyba niemożliwe. Postanowili wejść do starego opuszczonego hangaru.
Z wielkim trudem otworzyli zardzewiałe drzwi  i oniemieli.  To był ich hangar, poznali go po wielkim malunku na głównej ścianie, który przedstawiał  brytyjskiego Hurricane, jednomiejscowego, jednosilnikowego dolnopłata, który był używany na wielu frontach II wojny światowej. Miał widać w bazie swojego wielkiego fana, bo którejś nocy pojawił się niespodziewanie na ścianie hangaru nie wiadomo skąd. Nigdy , nikt nie dowiedział się kto uwiecznił go na wprost wejścia.  Nie było tez rozkazu do osunięcia jego wizerunku., dlatego został i prawie całą wojnę towarzyszył pilotom i mechanikom w ich pracy.
- Słuchajcie, chyba w czasie naszej nieobecności baza została zniszczona, tylko przez kogo?
- Może ktoś nas zbombardował? – rzucił któryś z pilotów.
- Żartujesz, tu i teraz zbombardował?  Niby  kto? Zapomniałeś, że wojna się już skończyła.  Musiało wydarzyć się coś niezwykłego . Tylko co? – zaoponował ktoś inny.
- Chodźcie do wieży kontroli lotów może tam coś znajdziemy.- zaproponował porucznik.
Tak zrobili. Podchodząc do drzwi, już wiedzieli, że wieża została opuszczona w pośpiechu. Wewnątrz poniewierały się niezliczone ilości dokumentów. Wszędzie leżały porozrzucane kartki pożółkłego papieru. Pożółkłego? – pomyślał porucznik. Dlaczego papier pożółkł tak szybko, a głośno dodał.
- Nic ciekawego tu nie ma, nie można  stwierdzić co się tu wydarzyło, o jest jakieś urządzenie podobne do radia, może uda się je uruchomić.
- Może się uda, skoczę po akumulator do samolotu.- powiedział Robert i wybiegł z hangaru. Po paru minutach był z powrotem, taszcząc ogromny akumulator. Prawie godzinę męczył się żeby go podłączyć, wreszcie po przekręceniu gałki usłyszeli trzaski w głośniku, zaczęli przeszukiwać stacje, wreszcie usłyszeli głos spikera: Dzisiaj zginęło sześciu żołnierzy amerykańskich w Afganistanie.
- Co? Jak to zginęło? Przecież wojna się skończyła.- zawołał Will.
- Cicho - zganił go dowódca. – Słyszeliście? W Afganistanie? Co to ma znaczyć? Gdzie my jesteśmy?
- Nie gdzie tylko, kiedy wylądowaliśmy w naszej bazie? Zobaczcie tu leży gazeta, a data na jej nagłówku to 12 czerwca 2015 roku. – Robert trzymał w ręku jakiś papier.
- Pokaż.-  Kilka rąk sięgnęło po trzymany przez niego przedmiot.
Jeden przez drugiego odczytywali datę.
- To musi być jakiś żart. Tylko kto nam go zrobił? – zastanawiali się .
W tym momencie usłyszeli pod wieżą jakieś glosy. Wyjrzeli przez okno i zobaczyli grupę dzieciaków z opiekunem, który coś im tłumaczył. Szybko zbiegli po schodach i stanęli oko w oko ze zdumionymi , dziwnie ubranymi  dzieciakami, tylko opiekun nie wydawał się zdziwiony. Odwrócił się do dzieci i powiedział:
- Macie niebywałe szczęście, właśnie trafiliśmy na plan zdjęciowy. Na pewno kręcą tu film z czasów drugiej wojny światowej. Obejrzyjcie mundury a później pójdziemy obejrzeć samoloty.

Pięciu lotników stało nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, a rozwrzeszczane dzieciaki dotykały ich mundurów, obchodziły dookoła i śmiały się patrząc na ich stroje. W końcu opiekun, nie pytając ich o zgodę,  dał sygnał do oglądania samolotów. Dzieciaki rzuciły się do pięciu Avenger’ów stojących przed hangarem, zostawiając osłupiałych pilotów u stóp wieży……

czwartek, 23 maja 2013


                        KIEDYŚ TU BYŁEM
         Wstał, otrzepał się z kurzu i piasku i dokładnie rozejrzał dookoła. Przez chwilę zastanawiał się gdzie jest i jak się tu znalazł. Mimo ogromnego skupienia nie mógł sobie przypomnieć, nawet tego kim jest i jak się nazywa.  Wszędzie piasek , piasek i tylko piasek. Na horyzoncie zobaczył jakieś góry, a może to nie góry? Może to tylko przywidzenie. Może to fatamorgana?  Senny miraż?
- Trzeba logicznie pomyśleć, to nie może być jawa. To na pewno sen, ale bardzo realny, aż za bardzo. – całym jego ciałem, mimo nieprawdopodobnego upału,  wstrząsnął bardzo silny dreszcz. Powoli zaczynał przyzwyczajać się do panujących warunków. Przetarł oczy. Popatrzył na swój strój i nagle przypomniał sobie, że jest fizykiem i pilotem oblatywaczem i,  że pracuje w bazie lotniczej w Texasie. Chyba opracowywał projekt urządzenia, które miało przenosić ludzi w czasie. Tak naprawdę był to samolot, który poruszał się z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Teraz sobie przypomniał, że to on był wyznaczony na pierwszego oblatywacza. Czyżby ten pierwszy lot już się odbył? A to czego doświadcza to wynik tej  próby? Chyba eksperyment się nie udał, bo nie miał pojęcia gdzie jest i jak tu trafił? A gdzie miał trafić? Chyba jednak nie tu. A gdzie samolot? W tym momencie zauważył, że ma na sobie uprząż spadochronu. O nie! Czyżby się katapultował? To znaczy, że samolot się rozbił, a patrząc dalej, znaczy, że on Jakub Rylski nigdy już nie wróci do dawnego życia. Istnieje mała szansa, że ten wehikuł którym podróżował, nie odbył żadnej podróży w czasie, a tylko w przestrzeni. Musi to sprawdzić, ale jak? W tej chwili nie miał jeszcze żadnego pomysłu. Usiadł na gorącym piasku i  znieruchomiał. Siedział tak do momentu gdy na horyzoncie zaczęły gromadzić się ogromne burzowe chmury. W pewnym momencie powiał bardzo silny wiatr i to chyba on ocucił Jakuba. Gwałtownie wstał i spojrzał w kierunku czarnych chmur, które prawie zakrywały góry na horyzoncie.
- Trzeba jak najszybciej dotrzeć do tych gór. – powiedział do siebie.
Niewiele się zastanawiając ruszył w wyznaczonym przez siebie kierunku. Jednak marsz sprawiał mu o wiele więcej trudności niż mógł się spodziewać. Przez chwilę zastanawiał się czy nie zdjąć kombinezonu pilota w który był ubrany, ale szybko porzucił ten pomysł, obawiał się poparzenia skóry. Kombinezon chronił go przed tym niebezpieczeństwem. Szkoda, że nie był biały. Tak rozmyślając , bardzo powoli posuwał się do przodu, czyli szedł w kierunku widocznych w oddali gór. Po godzinie marszu był już tak wyczerpany, że przez chwilę pomyślał o poddaniu się. Ale szybko porzucił ten pomysł. Nie tak był szkolony. Będzie walczył do końca. Musi przynajmniej dowiedzieć się czy eksperyment podróży w czasie powiódł się. W kieszeni spodni  miał dwie butelki wody mineralnej. Otworzył jedną i wypił duży łyk. Przez chwilę zastanawiał się czy może sobie pozwolić na drugi, ale gdy spojrzał w kierunku celu swojej podróży, zrezygnował , zakręcił butelkę i  schował do kieszeni spodni.
- Muszę oszczędzać wodę, bo nie wiem ile czasu zajmie mi dotarcie do tych gór.  Będę pił jeden łyk na godzinę– pomyślał
Niechętnie ruszył dalej. Następna godzina  udręki i znowu łyk wody. I następna i znowu łyk. W końcu jedna butelka była pusta, a wydawało się, że nie zbliżył się do celu ani o kilometr.   Odpoczął kilka minut i poszedł dalej. Następna godzina zaliczona, nie wie ile jeszcze da radę. Tym razem odpoczywał dłużej, tak długo że nie chciało mu się wstać. Zastanawiał się czy jest jakiś sens w tym co robi. Czy ma chociaż minimalną szansę dotrzeć do tych koszmarnych gór? Tak rozmyślając zasnął. Gdy się obudził poczuł na twarzy dziwny chłód, jakby liźnięcie ogromnym chłodnym językiem. Otworzył oczy i znieruchomiał. Nie leżał już na pustyni tylko w jakiejś pieczarze, być może w górach do których z takim uporem starał się dojść. Leżał na mchu a jakiś wielki , być może gad, pochylał się nad nim i gapił się mu przenikliwie prosto w twarz. Ohyda.   Gorączkowo zaczął zastanawiać się co robić, ale w końcu doszedł do wniosku, że lepiej będzie nie robić nic, nie ruszać się, prawie nie oddychać. Powoli jego wzrok przyzwyczajał się do półmroku panującego w jaskini. Przyjrzał się zwierzęciu, które stało nad nim i z wielkim zaciekawieniem próbowało zidentyfikować intruza. Im dłużej Jakub przyglądał się stworowi, tym bardziej był przerażony. W pewnej chwili zdał sobie sprawę, że tym wielkim stworem, który chyba go tu przyniósł, jest przedpotopowy dinozaur. Tak był pewien, że to dinozaur, ale na jego szczęście roślinożerny, bo chyba już by nie żył.
- Matko! Tak to jest dinozaur. – pomyślał. – znaczy, że eksperyment się udał, ale chyba nikt się o tym nie dowie, bo on nigdy już nie wróci do swojego czasu. Mimo beznadziejnego położenia, zaczął się zastanawiać jak mógłby dać znać swoim kolegom z bazy i instytutu, że eksperyment się udał. Na razie nic nie przychodziło mu do głowy. Musi coś wymyślić, to może mieć wielkie znaczenie dla nauki dwudziestego pierwszego wieku. Podróże w czasie są możliwe. Już wie, zostawi w tej pieczarze jakiś charakterystyczny przedmiot, może za kilkanaście milionów lat a może kilkaset ta pieczara nadal tu będzie i ludzie znajdą  to co tu zostawi. Tylko co ma przy sobie takiego co mogłoby przetrwać tyle lat? Gdy tak intensywnie myślał ogromny gad odwrócił się i wyszedł. Wtedy Jakub usiadł i zaczął gorączkowo przeszukiwać  ogromne kieszenie kombinezonu, znalazł mały termos z kawą. Z czego był zrobiony? Środek na pewno ze srebrzonego szkła, a część zewnętrzna z jakiegoś sztucznego tworzywa, podobno odpornego na wodę i ogień. Ale czy odpornego na upływ czasu?  No ale srebrzone szkło powinno przetrwać bardzo długo. Czy wystarczająco  długo? Na wszelki wypadek postanowił włożyć do termosu  swoją obrączkę ślubną,  złoto na pewno przetrwa miliony lat. Jeżeli znajdą ją w jego czasach to Eliza na pewno ją rozpozna. Jak postanowił tak zrobił, porządnie zamknął termos i już miał go wrzucić w szczelinę w skale, gdy dosłownie przed jego nosem wyrósł ogromny dinozaur, porwał termos i połknął go. Przy okazji popchnął tak silnie Jakuba, że ten wpadł w jakąś rozpadlinę i zaklinował się w niej nie mogąc ruszyć ani ręką ani nogą.
- To już koniec. – pomyślał, zaczął się dusić, jeszcze chwila a straci przytomność. W ostatnich sekundach swojego życia zobaczył jak ogromny gad spada w przepaść razem z jego termosem w brzuchu.
Gdy się przebudził chciało mu się okropnie pić. Podniósł rękę? Jak to podniósł rękę? Przecież gdy tracił przytomność miał unieruchomione wszystkie kończyny. Sprawdził, tak był pewien, jakimś cudem miał wolne ręce i  nogi. Nagle usłyszał:
- Doktorze, chyba się wybudza.
Gdy otworzył oczy, zobaczył kilkanaście twarzy pochylających się nad nim. Tak twarzy, nie paszczy dinozaura.
- Co tu się dzieje? Gdzie jestem?
- Jak to gdzie jesteś? W naszej bazie w Texasie.
- W bazie, w Texasie? To ja nie brałem udziału w próbnym locie, programu Pętla czasu?
- Brałeś.
- To znaczy, że zginąłem wiele milionów lat temu w jakiejś pieczarze. Skąd więc ….
- Skąd się tu wziąłeś? Polecieliśmy po Ciebie gdy zorientowaliśmy się, że rozbiłeś samolot.
- Chyba mi się to wszystko śni bo niby skąd wiedzieliście gdzie mnie szukać?
- Pięć lat temu wykopano w Tanzanii ogromnego dinozaura, który w brzuchu miał bardzo dobrze zachowany termos z twoją obrączką.
- Jak to pięć lat przecież ja wtedy nie wiedziałem jeszcze, że będę podróżował w czasie. Jak to możliwe? Czy czas jest aż tak elastyczny?
- Okazuje się, że my jeszcze bardzo mało wiemy o czasie. Czas prawdopodobnie jest pętlą, która czasami się ze sobą przecina. W takim właśnie przecięciu musiałeś wylądować w erze dinozaurów. Poza tym dopiero parę dni temu przy dokładnym badaniu tego dinozaura odkryto zawartość jego żołądka. A wtedy Ciebie już tu nie było. Ogłosili oczywiście tę sensację natychmiast, a my domyśliliśmy się od razu, że chodzi o ciebie. Zbadaliśmy całą sprawę no i jesteś tu z nami.
- Dlaczego nie dowiedzieliśmy się o tym odkryciu pięć lat temu?
- Bo pewnie to też była pętla czasowa.
- A od kiedy o tym wiecie?
- My dowiedzieliśmy się o tym dopiero wczoraj, jak nie wróciłeś, obejrzeliśmy termos i obrączkę i byliśmy pewni, że gdzieś utknąłeś i w ten sposób dałeś nam znać gdzie cię szukać. Ustaliliśmy dokładny czas i polecieliśmy tam. Byliśmy tam prawie razem z tobą, ale nie zdążyliśmy  do Ciebie dotrzeć wcześniej i dlatego szukaliśmy cię w tej jaskini,. Widzieliśmy jak się katapultowałeś bo samolot się palił i jak ten ogromny gad zaciągnął Cię do pieczary, a później wyciągnęliśmy ze szczeliny w której byłeś zaklinowany. No teraz wiesz już chyba wszystko. Pamiętaj, że obowiązuje Cię tajemnica, nikomu nie możesz powiedzieć co się wydarzyło.
- Znaczy, że program działa. Podróżowaliśmy w czasie.
- Na to wygląda. Ale jeszcze dużo pracy przed nami.  To niestety nie jest jeszcze dopracowana technologia. Lecąc po ciebie nie mieliśmy pewności czy wrócimy, ale jak widać opłaciło się zaryzykować.
- Ile czasu mnie nie było?
- Siedem dni. Możesz spokojnie wracac do domu, ale nie mów o swojej przygodzie nikomu.
- A co mam powiedzieć żonie? Nie było mnie przecież kilka dni.
- Nic, ona wiedziała przecież, że lecisz z tajną misją i nie wiadomo kiedy wrócisz. Po prostu wyszedłeś do pracy w poniedziałek a wróciłeś w następnym tygodniu we  wtorek. Przecież jest do tego przyzwyczajona.
- A co z moją obrączką?
- Masz ją na palcu.
- Na palcu?
Podniósł prawą rękę i nie wierząc w to co widzi, zerwał się z łóżka na którym leżał i wybiegł z pokoju. Następnego dnia przyszedł normalnie do pracy jak gdyby nigdy nic. Z nikim nie rozmawiał o wydarzeniach z poprzedniego dnia, w końcu nie wytrzymał. Poszedł do Pawła, szefa lotów i zapytał:
- Paweł, czy moglibyśmy polecieć do Tanzanii, tam gdzie znaleziono termos?
- Możemy, nawet jutro leci tam ekipa badawcza, poszukują więcej dowodów na to, że byłeś tam miliony lat temu. Jeszcze nie do końca wierzą, że podróże w czasie są możliwe aż na taką skalę.
- Ale przecież udało się to dwukrotnie, mnie i wam, kiedy po mnie lecieliście.
- Tak, ale dla nich to wciąż za mało dowodów. Myślą, że wszystko było ukartowane. Poczekaj chwilę, zaraz zadzwonię do szefa wyprawy i załatwię ci miejsce w ekipie.
Okazało się, że nie było z tym żadnego problemu, nawet chętnie dołączono go do ekipy. Podejrzewali, że Jakub wniesie coś do prowadzonych  badań.
Polecieli.
Jakub nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy okolicę. Wreszcie zobaczył góry, no góry jak góry nic szczególnego nie zaobserwował. Rozejrzał się wokoło, ani śladu pustyni. No tak przez tyle lat mogła zniknąć, albo przemieścić się gdzieś dalej. Nagle zobaczył wielki krater, na dnie którego krzątało się kilkanaście osób.
- Schodzimy? Gotowy? – zapytał szef ekipy badawczej.
- To tu? – zapytał z niedowierzaniem.
- Tak. Idziesz?
- Idę, idę, po to tu przyjechałem. Ale to chyba nie tu. Tam była ogromna pustynia.
- Chyba nie myślałeś, że wszystko będzie wyglądało tak samo jak to zapamiętałeś?
- No, na pewno nie tak samo, ale to chyba nie to miejsce.
- Poczekaj, najpierw zobacz. Upłynęły  przecież setki milionów lat.
Dalej szli już w milczeniu. Właściwie nie szli a zsuwali się po stromym zboczu  krateru. Gdy wreszcie doszli na samo dno, Jakub zobaczył w ścianie rozpadliny wielki otwór. Dalej rozciągała się wielka pieczara. Znieruchomiał. Wejść czy nie? Wszedł. Poczuł dziwne mrowienie w całym ciele. Zimno i ciemno. Ktoś podał mu latarkę. Generalnie jaskinia wyglądała inaczej niż to zapamiętał. Była dużo mniejsza i miała inny kształt.  Ale kolor skał był identyczny. Teraz zauważył, że to kwarc połyskuje między innymi minerałami. Stał tak dłuższą chwilę, nic nie czuł. To chyba nie tu, pomyślał, to na pewno nie to miejsce. I wtedy stała się rzecz niebywała. Przez chwilę leżał na zimnej skale, a coś ogromnego lizało mu twarz wielkim chłodnym  jęzorem.  Krzyknął. Podbiegło do niego kilka zaniepokojonych osób, chyba na chwilę przeniósł się do czasów prehistorycznych. Tak teraz był pewien, był tu. Głośno powiedział: - Tak, to tu. Byłem tu kiedyś….

wtorek, 14 maja 2013


     POWROTY Z  ZA …..?
Zauważył ją gdy schylała się by zawiązać but maleńkiemu chłopczykowi w śmiesznej czapeczce z trzema pomponikami. Nawet tak prozaiczna czynność w jej wykonaniu sprawiała wrażenie czegoś wzniosłego. Jej ruchy były niezwykle płynne i jednocześnie bardzo dystyngowane. Mogła to być tylko bogini . Im dłużej ją obserwował tym bardziej był pewien, że ta krucha istota nie pochodziła  z tego świata. Gdyby był artystą natychmiast utrwaliłby to piękno na płótnie, jeżeli oczywiście byłoby to możliwe. Nigdy nie widział tak pięknego zjawiska.
  Zawiązała bucik i podniosła głowę. Ich oczy spotkały się, a ciała wstrząsnął jakiś dziwny dreszcz. Uważny obserwator z pewnością by to zauważył, tak silne było ich doznanie. Oboje wiedzieli, że wydarzyło się coś niezwykłego. Długą chwilę stali nieruchomo jakby zahipnotyzowani. Ani jedno , ani drugie nie wiedziało jak się dalej zachować. Z tego w sumie przyjemnego odrętwienia wyrwał ich cienki głosik:
  - Mamo, chodźmy już. Zimno mi. – chłopczyk złapał ją za rękę i pociągnął w stronę stojącego przy krawężniku samochodu. Widać było, że z wielką niechęcią oderwała wzrok od stojącego na przystanku autobusowym mężczyzny, podeszła do samochodu, wsiadła za kierownicę i odjechała.
 Jeszcze pół godziny później, Marcel, bo tak miał na imię ów mężczyzna, stał w tym samym miejscu i patrzył w kierunku w którym zniknął jej samochód.
  W pewnej chwili biegnący z ogromnym psem chłopak wpadł na niego, smycz zaplątała się wokół jego nóg i obaj leżeli na oblodzonym chodniku. Upłynęło dobrych kilka minut zanim udało im się wyplątać z pułapki i wstać.
  - Bardzo pana przepraszam, mój pies jest bardzo niezdyscyplinowany. Do tego waży chyba więcej ode mnie i nie zawsze udaje mi się nad nim panować. Teraz zobaczył swoją ulubioną suczkę i pociągnął mnie z ogromną siłą.
  - Nic się nie stało, ja też nie jestem bez winy. Stałem na środku chodnika.
  - Nic się panu nie stało?
 - Nie, najwyżej będę miał kilka siniaków.
  - Jeszcze raz przepraszam. Dowidzenia panu.
  - Dowidzenia. – odpowiedział, chociaż nie pragnął następnego spotkania.
Chłopak odszedł, a właściwie odbiegł, bo jego pies nie zrezygnował ze spotkania ze swoją miłością.
Miłość – pomyślał Marcel. Ciekawe czy zwierzęta jej doświadczają? Być może, tak. Przypomniało mu się, że kiedyś czytał o  łabędziach, podobno dobierają się w pary raz na całe życie i gdy jeden z ptaków zdechnie, drugi do końca życia pozostaje samotny. A ludzie? Często wdowa czy wdowiec powtórnie zawierają związki małżeńskie. Może zwierzęta bardziej się do siebie przywiązują? A może to tylko łabędzie dochowują wierności partnerowi nawet po jego śmierci? A jak będzie w jego przypadku? Do tej pory nigdy nie czuł do nikogo tego co poczuł niecałą godzinę temu do nieznajomej kobiety. Wiedział, że ona poczuła to samo. Czy spotka ją jeszcze kiedyś? Miała syna, czy była mężatką? Postanowił, że musi ją odnaleźć. Nie wiedział jeszcze jak to zrobi, ale na pewno odnajdzie ją. Szkoda, że nie zapamiętał numeru rejestracyjnego jej samochodu wtedy łatwiej by ją zidentyfikował. Postanowił, że codziennie będzie przyjeżdżał w to miejsce o tej samej porze, może nie była tu przypadkiem.
Cały następny tydzień pojawiał się przed wejściem na basen, czekał godzinę, czasami dwie, ale na próżno. Jego wymarzona piękność nie pojawiła się. Z kolei  następny tydzień przeleżał w łóżku, zmogła go wyjątkowo wredna grypa.
Długą chwilę Anna stała przed wejściem na basen. Rozglądała się nerwowo jakby kogoś szukała.
  - Mamo, chodźmy już do domu. Dlaczego tu stoimy – obok Anny stał mały śliczny chłopczyk i szarpał ją za brzeg płaszcza.
  - Jeszcze chwilkę Michałku, jeszcze małą chwilkę. Możemy jeszcze chwilkę poczekać? – poprosiła.
  - A na co mamy czekać? – zapytał mocno zniecierpliwiony mały. – Nie chcę już czekać, chcę do domu! – teraz już właściwie wrzeszczał.
  -Dobrze, już dobrze, chodźmy. – wzięła go za rękę i poprowadziła do samochodu, cały czas rozglądając się na boki. Ciągle jeszcze miała nadzieję, że za chwilę ujrzy  roześmianą delikatną twarz nieznajomego. Niestety… Czy jeszcze  kiedyś go zobaczy? Czy dowie się kim był ten mężczyzna, który tak bardzo ją zafascynował? A może to coś więcej niż fascynacja? Nie, nie wolno jej tak myśleć. Jest przecież szczęśliwą żoną i matką. Rozmyślając tak rozpłakała się. Teraz wiedziała, że nigdy nie była szczęśliwa. Postanowiła, że codziennie, aż do wyjazdu z mężem na placówkę dyplomatyczną, będzie tu przychodziła. Bardzo chciałaby dowiedzieć się kim był ten mężczyzna, który wprowadził tak wielki zamęt do jej duszy.
Nie spotkała go przez cały następny tydzień….
Dopiero we wtorek…. Jeszcze nie wysiadła z samochodu gdy przez chwilę mignęła jej znajoma twarz. Tak to był on! Szybko zaparkowała, nie patrzyła wcale czy w dozwolonym miejscu czy nie, bała się, że go zgubi. Wysiadła w szalonym tempie, niemalże wyciągnęła Michała z tylnego siedzenia i zdyszana stanęła na drodze mężczyzny.  Znowu to samo uczucie mrowienia za mostkiem, wiedziała, że on czuje dokładnie to samo. Przez długą chwilę stali bez słowa. W końcu Marcel odezwał się pierwszy:
  - Nie jesteś jednak wytworem mojej wyobraźni, Ty naprawdę istniejesz, już myślałem, że sobie Ciebie wymyśliłem.
  - Jestem jak najbardziej rzeczywista, mam na imię Anna. – mówiąc to wyciągnęła do niego rękę, którą on z wielkim namaszczeniem uścisnął a potem przyłożył do ust. Może zbyt długo ją trzymał, bo mały zaoponował.
  - Nie rusz mojej mamy! Puść ją w tej chwili! – oboje zawstydzili się. Anna szybko wyrwała rękę i przedstawiła syna. Teraz on poczuł, że powinien się przedstawić.
  - Jestem Marcel.
 - Ale śmiesznie, Marcel, Marcel. – przedrzeźniał go mały.
  - Przepraszam, chyba Michał nigdy nie słyszał tego imienia. – tu zwróciła się do syna – Przeproś pana.
  - Nie chcę, nie lubię go! Chcę popływać, chodźmy, powiedz mu, żeby sobie poszedł.
  - Jesteś bardzo niegrzeczny. Nie dostaniesz dziś swojego ulubionego batonika.
  - Nie chcę Twojego batonika, chodźmy pływać.
  - Dzisiaj będziesz pływał sam z trenerem. Ja się źle czuję.
  - Bardzo dobrze, mogą pływać sam.
  - Chodźmy. – wzięła go za rękę i zniknęła za szklanymi drzwiami hali basenu. Marcel wiedział, że zaraz wróci. Nie pomylił się .Po dziesięciu minutach była już z powrotem. Długo stali wpatrując się w siebie. W końcu Marcel zaproponował, żeby usiedli w kawiarence przy basenie. Tak też zrobili. Nie mieli zbyt dużo czasu, bo Anna musiała dopilnować Michała, żeby się wykąpał i wysuszył. Na koniec  powiedziała, że pojutrze wyjeżdża do Wenezueli, bo jej mąż został tam ambasadorem.
  - Na jak długo wyjeżdżacie? – zapytał przerażony Marcel.
  - Minimum na pięć lat. – mówiąc to miała łzy w oczach.
 - Czy będziesz czasami bywała w kraju? Na jakieś wakacje?
  - Nie, najwcześniej przyjadę tu za pięć lat, a może później. Wszystko zależy od tego jak długo mój mąż będzie ambasadorem.
  - Nie mogę w to uwierzyć. Ledwo się odnaleźliśmy, a już musimy się żegnać. Co za ironia losu. Dlaczego zdarzyło się to właśnie nam?
  - Może to i lepiej. Nie będziemy mieli szansy zrobić czegoś, czego moglibyśmy żałować do końca życia. Do zobaczenia Marcelu. Pewnie nie zobaczymy się już nigdy, ale wiedz, że zawsze będziesz miał swoje miejsce w moim sercu. Szkoda, że nie spotkaliśmy się parę lat wcześniej. Teraz już nic nie możemy na to poradzić, żegnaj.
  - Nie mogę w to uwierzyć, nie odchodź.  Jak mogę się z Tobą kontaktować?
  - Nie zatrzymuj mnie, proszę. Nie utrudniaj tego co i tak jest nie do zniesienia. Nie możemy się kontaktować. Może urodzimy się na nowo i wtedy dostaniemy swoją szansę.
 - Chyba nie wierzysz w to co mówisz, nie będziemy mieli już nigdy żadnej szansy. Wiesz, że to niemożliwe. Nawet nie wiemy ile tracimy, jesteś pewna, że tak musi być?
  - Jestem pewna, żegnaj. Nie zapomnij o mnie. – szybko odbiegła w stronę otwierających się drzwi hali w której mieścił się basen. Przez chwilę stał i zastanawiał się czy powinien biec za nią. Pobiegł, ale odwróciła się i zatrzymała go ruchem ręki. Wiedziała, że pobiegnie. Czuła to, a może ona na jego miejscu też by pobiegła? Zatrzymał się, odwrócił i schował za rogiem, żeby móc ją obserwować jak będzie wracała z synem do samochodu. Zanim wyszła upłynęło chyba z pół godziny. Może mu się wydawało, ale chyba była zapłakana. Patrzył jak wsiada do samochodu i wolno odjeżdża. Nie zanotował numeru rejestracyjnego samochodu, może lepiej nie wiedzieć jak się nazywała, skoro postanowiła, że nigdy się już nie spotkają. Czuł, że ogarnia go bezsilna rozpacz. Najgorsze było to, że już teraz wiedział jak bardzo będzie nieszczęśliwy przez resztę swojego życia.  Miał wrażenie, że stracił coś bardzo cennego.
  - Dlaczego pan płacze?- przechodząca kobieta zauważyła łzy na jego twarzy i zaniepokoiła się. – Potrzebuje pan pomocy? – stanowczo była za troskliwa.
  - Nie, dziękuję Pani, przepraszam, poradzę sobie. To chyba z zimna. – skłamał.
  - Na pewno nie potrzebuje Pan pomocy? – dopytywała.
  - Na pewno, bardzo Pani dziękuję za zainteresowanie.
Kobieta odeszła, ale jeszcze kilka razy odwracała się, jakby chciała sprawdzić czy na pewno  nic mu nie jest. Rzeczywiście płakał, ale zupełnie nad tym nie panował. Ostatni raz zdarzyło mu się płakać jak zdechł jego ukochany chomik, miał chyba wtedy pięć lat. Mama kupiła  innego chomika łagodząc znacznie ból, wypełniając w ten sposób powstałą pustkę. Wiedział, że teraz nie będzie to takie łatwe. Tak długo stał w miejscu, że dopiero później poczuł, że nogi mu zdrętwiały z zimna. Trzeba iść do domu. W tym momencie przypomniał sobie tekst z Nieboskiej komedii Dantego: Wy, którzy wchodzicie, zostawcie nawet nadzieję! Co za ironiczne przesłanie, on też musi pogrzebać nadzieję……
Całą drogę do domu Anna płakała, co bardzo zaniepokoiło jej syna Michała.
  - Dlaczego płaczesz Mamo, czy coś Cię boli? Nie chcę, żebyś płakała. Mamo!
  - Nic mi nie jest Michałku, zaraz mi przejdzie. Zobacz nie płaczę. –popatrzyła na syna wymuszając na sobie uśmiech. Mały odwzajemnił uśmiech, ale nie był do końca przekonany czy wszystko jest w porządku.
          Pięćdziesiąt lat później…..
Przed wejściem na basen zatrzymał się siwiuteńki mężczyzna. Wpatrywał się w oszkloną ścianę i obrotowe drzwi, które bez przerwy były w ruchu.
  - Zupełnie inaczej to dzisiaj wygląda. Po ostatnim remoncie cały kompleks wygląda bardzo okazale i nowocześnie. Podobno jest tam pływalnia spełniająca wymogi olimpijskie. No cóż , świat idzie do przodu. – pomyślał dziadek. Baczny obserwator poznałby go od razu, przecież od wielu, wielu lat przychodził tu niemal codziennie i stale o tej samej porze. Stał oparty na cienkiej eleganckiej laseczce i uporczywie wpatrywał się w obrotowe drzwi pływalni. Wyglądało na to, że na kogoś czeka, ale sprawiał wrażenie, że nie spodziewa się nikogo spotkać. Postał jeszcze chwilę i bez pośpiechu podreptał w stronę pobliskiego postoju taksówek.
  - Ciekawe jak długo będę miał siłę, żeby tu przyjeżdżać. Czy jest jeszcze nadzieja na spotkanie Anny? – chyba powiedział to zbyt głośno, bo wsiadając do taksówki usłyszał.
  - Proszą powtórzyć adres, bo niedosłyszałem.
  - Wiśniowa 5, poproszę.
  - Już się robi proszę szanownego pana. – Taksówka ruszyła i gdy mijała wejście na pływalnię zobaczył starą kobietę, której widok przyprawił go o szybsze bicie serca.
 - Proszę się zatrzymać! Muszę coś sprawdzić.
Otworzył drzwi taksówki i zawołał:
  - Anno! Anno!
Kobieta stanęła jak wryta a następnie odwróciła się w stronę skąd dobiegało wołanie.
  - Marcel? Marcel czy to Ty? – nie mogła uwierzyć. Wysiadł z taksówki, zapłacił i podszedł do kobiety.
  - Wiesz, że dzisiaj upływa  pięćdziesiąt lat od naszego spotkania? Właściwie jedynego spotkania. Dlaczego tu przyszłaś? Czyżbyś chodziła na basen? – zarzucił ją  gradem pytań.
  - A Ty co tu robisz? – odpowiedziała pytaniem.
  - No ja to przychodzę tu prawie codziennie od wielu, wielu lat. Do naszego ostatniego spotkania doliczyłem pięć lat i czekam na Ciebie.
  - Niebywałe. Ja też od trzech lat przychodzę tu dosyć często. Dlaczego spotykamy się dopiero teraz?
  - Nie wiem, ale mamy to już za sobą. Może pójdziemy gdzieś usiąść? Nie jestem w zbyt dobrej formie.
  - Może do tej kawiarenki, w której byliśmy pięćdziesiąt lat temu?
  - A jeszcze istnieje?
  - Istnieje, ale pod innym szyldem. No to chodźmy.
Bardzo długo siedzieli opowiadając o swoim życiu. Ona od trzydziestu lat była wdową, syn mieszkał na stałe w Wenezueli. Od trzech lat była w kraju i intensywnie Go szukała.
On nigdy się nie ożenił, nie miał żadnej rodziny, wierzył, że kiedyś się spotkają. Jego wiara została wystawiona na ciężką próbę, ale w końcu jego upór przyniósł efekt.  Byli razem. Postanowili, że od tego dnia będą spotykali się codziennie, oboje byli już na emeryturze.
  - Wezmę taksówką i odwiozę Cię do domu. –powiedział w końcu Marcel widząc, że Anna ziewa ukradkiem.
  - Nie, dziękuję, to raczej ja Cię odwiozę, mam tu za rogiem samochód.
  - Radzisz sobie jeszcze z kierownicą? – zapytał z niedowierzaniem.
 - Mam dopiero 77 lat, jeszcze jestem całkiem sprawna fizycznie.
  - Zazdroszczę Ci, ja już nie mogę prowadzić, mam początki Parkinsona.
  - Zaopiekuję się Tobą, niczym nie musisz się już martwić.
  - Nie chcę żebyś się mną opiekowała, radzę sobie całkiem dobrze.
  - Przepraszam nie chciałam Cię urazić, powiedziałam tak, bo chciałabym być blisko Ciebie. Straciliśmy całe życie, może jeszcze uda się coś uratować.
  - Może, ale chyba niewiele. Jestem poważnie chory i na pewno nie pozwolę na to żeby być dla Ciebie ciężarem. Już Ci powiedziałem, że radzę sobie całkiem nieźle, zresztą wynająłem pomoc domową. Mam wszystko czego mi potrzeba.
  - Jeszcze raz Cię przepraszam. Ja po prostu chciałabym byś blisko Ciebie. Często żałowałam, że wyjechałam wtedy do Wenezueli, wiem, że straciliśmy oboje przez to bardzo wiele. Było między nami coś niepowtarzalnego, nie każdy może tego doświadczyć. Uratujmy te resztki, które nam zostały. Nie jesteśmy już młodzi jak wtedy, ale ja ciągle czuję to samo.
  - Ja też. Masz rację nie róbmy sobie wyrzutów, bo i tak nie cofniemy czasu. Spróbujmy skorzystać z tego co nam jeszcze zostało.
  - No to chodź, odwiozę Cię do domu.
Zanim wyszli, Marcel wyjął jakiś notes i coś w nim zapisywał. Gdy skończył, uśmiechnął się tajemniczo, zapłacił rachunek i wyszedł za Anną na ulicę. Wsiedli do jej samochodu i odjechali. Oboje mieszkali poza miastem, ale po przeciwnych stronach. Marcel na północnym krańcu, a Anna na południowym. Wyjechali na trasę szybkiego ruchu i już mieli skręcić w lewo w ulicę Marcela, gdy nagle zobaczyli ogromną ciężarówkę, która widocznie wpadła w poślizg i nie dając im szans staranowała mercedesa Anny wbijając go w przydrożny słup wysokiego napięcia.
Trzymali się za ręce nie rozumiejąc co się stało.
  - Boli Cię coś? Jesteś cała? – zapytał bez emocji Marcel.
-- Nic mi nie jest, nic nie czuję. Właściwie nie wiem co się stało. Była jakaś ciężarówka. Czy my się z nią zderzyliśmy?
  - Takie miałem wrażenie, no ale skoro nic nam nie jest, to znaczy, że to się nam tylko wydawało.
  - Jak to nic się nie stało? Zobacz! Jesteś cały pokrwawiony. Dlaczego się nie ruszasz? Marcel! O Boże! Ja też tam leżę. My nie żyjemy. Jak to się mogło stać?
  - Jak to nie żyjemy? Przecież rozmawiamy. Anno, o Boże! Boże dlaczego nam to zrobiłeś? Dlaczego? Dlaczego?
- Bo chcę Wam dać drugą szansę. – usłyszeli.
- Kto chce nam dać drugą szansę? –Anna była przestraszona.
- Czyżbym się przesłyszał? Wzywaliście mnie przecież.
W tym momencie przed ich oczami ukazała się ogromna chmura, która zaczęła przybierać ludzkie kształty, aż w końcu przekształciła się w białą postać starca z długimi włosami i brodą.
- Czyż nie pytaliście: Boże dlaczego nam to zrobiłeś?
- Pytaliśmy, ale nie wiedzieliśmy czy dostaniemy odpowiedź na to pytanie. Nic nie rozumiemy. Czy my nie żyjemy? – dopytywał Marcel.
- Nie żyją Wasze ciała, ale dusze nie umrą nigdy. Popatrzcie w dół. –usłyszeli odpowiedź.
- Nie wiem czy chcemy.
- Nie bójcie się, nie będziecie już odczuwali żadnych emocji.
Spojrzeli. Rzeczywiście, nic nie czuli, ani strachu ani żalu.
- Czy to znaczy, że odtąd zawsze będziemy razem? – zapytała Anna.
-Nie, powiedziałem Wam na początku, że otrzymacie drugą szansę. Ale nie obiecałem, że będziecie razem. Od Was zależy czy ją wykorzystacie.
- Zrobimy wszystko, żeby być razem. Co mamy zrobić? Jesteśmy gotowi na wszystko. Prawda Anno?
- Tak, jesteśmy gotowi. – potwierdziła.
- Widzę, że bardzo jesteście zdeterminowani. Wiedzcie jednak, że udaje się to raz na ponad milion przypadków.
- Nam na pewno się uda – zawołali niemal jednocześnie.
- Zatem słuchajcie: za chwilę ze świadomości waszych dusz zostaną wymazane wszelkie informacje. Po tym zabiegu już się nie rozpoznacie.
- Boże!!! –wykrzyknęli z rozpaczą.
- To znaczy, Wasze dusze się nie rozpoznają. Trafią do Raju, ale przyjdzie taki czas, że wrócą na Ziemię. I to jest Wasza szansa. Znajdziecie się  tam w jednym czasie i miejscu. Jeżeli się odnajdziecie, będziecie razem. Przygotujcie się, bo za chwilę stracicie swoją dotychczasową osobowość. Pożegnajcie się.
- Do zobaczenia Anno!
- Do zobaczenia. Mam nadzieję, że do zobaczenia.
Nagle ogarnęła ich nicość. Nie było już Anny ani Marcela……..


          50 lat później…..
Gdzieś w Europie…
- Uwaga! Uwaga! Proszę kierować się do wyjścia 23. Ostatni samolot odleci o 12.30. Powtarzam, wyjście ….. – nadawał w kółko miły kobiecy głos.
- Chyba nie dostanę się do tego samolotu, jestem za daleko. Do tego ta okropna walizka, po co zabrałem tyle rzeczy i tak nie wiem czy jeszcze kiedyś mi się przydadzą. Szkoda, że nie posłuchałem Adama i nie poleciałem z nim wczoraj. Nie było jeszcze takiej histerii jak dziś. Podobno jutro już nic nie odleci. –pomyślał mężczyzna stojący w tłumie kłębiącym się na lotnisku.
Gdy tak stał i zastanawiał się co dalej robić, zauważył w tłumie filigranową kobietkę szarpiącą się z ogromnym kufrem. Stał zafascynowany, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Niewiele się zastanawiając, zaczął przedzierać się przez tłum w jej kierunku. Nie od razu go zauważyła, mimo, że stał w odległości nie większej niż pół metra.
- Pomóc Pani? – zapytał, może zbyt nieśmiało.
- Będę bardzo wdzięczna. Dziękuję.- spojrzała na niego i poczuła dziwne ciepło.
- Jestem Mikołaj. –przedstawił się sięgając po jej kufer.
- A ja Samanta. Nie wie pan, kiedy odlatuje następny samolot?
- O 12.30, przed chwilą ogłaszali, ale chyba nie uda nam się do niego wsiąść. Widzi pani co się dzieje. Chętnych jest chyba ze sto razy więcej niż miejsc.
- To co zrobimy? – zapytała.
- Będziemy musieli poszukać innego środka transportu. – dziwne, że użyła słowa „my”.
- Nie będzie to chyba łatwe, a poza tym ogłaszali, że transport drogą lądową jest niemożliwy ze względu na duże skażenie terenu. A może jutro nam się uda?
- Jutro nie będzie już żadnego lotu, ten jest ostatni. Nie wiem czy uda nam się przeżyć do jutra. – W tym momencie Mikołaj uświadomił sobie, że może są to ostatnie chwile jego życia. Dobrze, że jest z nim Samanta. Czuł, że jest mu bardzo bliska.
- Jak to przeżyć do jutra? – zaczęła szlochać.
Podszedł do niej bliżej i mocno przytulił.  Stali tak dłuższą chwilę. Wreszcie Samanta powiedziała przez łzy.
- Przynajmniej tyle dobrze, że się odnaleźliśmy.
Dlaczego to powiedziała? Jak to odnaleźliśmy? Zadając sobie te pytania Mikołaj zrozumiał, że czuje to samo. Tylko dlaczego odnaleźli się w tak dramatycznych okolicznościach. Czy będą mieli szansę nacieszyć się sobą?
- Nie martw się na zapas, może uda nam się jakoś stąd wydostać.
- Nie pocieszaj mnie, nie jestem dzieckiem. Wiem, że nie mamy żadnych szans.
 - To co robimy? – poczuł jak bardzo jest bezradny.
- Zostawmy te kufry i walizy i chodźmy do mnie. Postaramy się nie zmarnować ostatnich naszych chwil. Idziesz?
Na ulicach miasta było prawie pusto. Około 12.15 byli na miejscu.
- Za piętnaście minut odlatuje ostatnia nadzieja. – powiedział smutno Mikołaj.
- Nie myśl o tym. Ważne, że jesteśmy razem. Wiesz mam takie uczucie, że mieliśmy się spotkać. Szkoda tylko, że mamy tak mało czasu. Błagam Cię, nie traćmy go. Przygotujmy coś do zjedzenia.  Może obejrzymy jakiś film?
- Wszystko, Królowo. - Sam nie wiedział dlaczego poczuł się bardzo rozluźniony i prawie szczęśliwy.
- Chodźmy do kuchni.
Zjedli pyszny obiad, włączyli wideo i rozłożyli się na wygodnej kanapie. Oglądali film o niespełnionej miłości, bo ONA zmarła na białaczkę. Gdy film się skończył, telewizor przełączył się automatycznie na antenę. Podawali właśnie aktualne wiadomości.
- Ciekawe, że nadajniki i anteny działają. Przy takim promieniowaniu jest to prawie niemożliwe. – Mikołaj nie mógł uwierzyć.
- To chyba nasza lokalna telewizja nadaje, widać jeszcze nie doszła do nas fala. Wyłącz. – Samanta nie chciała tego słuchać.
- Poczekaj chwilkę. Słyszysz co mówią? Nikt nie przeżyje, cała Ziemia ulegnie  silnemu skażeniu radioaktywnemu. Podobno doszło do nowych wybuchów. Eksplodowały składy broni jądrowej na Florydzie. Zniszczyliśmy naszą Planetę no i oczywiście siebie.
- Proszę Cię wyłącz to i chodź do mnie.
Około 23 zasnęli, by się nigdy nie obudzić w tym świecie. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieli.

Na pewno już raz to przeżyli, byli tego pewni. Stali trzymając się za ręce, a nad nimi kłębiła się biała chmura, która powoli przeistoczyła się w starca z białymi włosami i długą brodą. Już kiedyś GO spotkali. Na pewno.
- Spotykamy się po raz drugi. Powinniście sobie teraz to przypomnieć.
Przytaknęli.
- Jak widać nie dane Wam było żyć razem długo i szczęśliwie. Ale to nie moja wina. Istoty ludzkie unicestwiły się same.  JA już dawno przestałem się wtrącać w Wasze sprawy. No i zobaczcie do czego to doprowadziło? Na waszej Ziemi nie ma już życia.
- Czy jeszcze kiedyś  na nią wróci?
- Na pewno, ale będzie to inne życie. Zadziwiliście mnie , powiem, że nawet bardzo. Odnaleźliście się, chociaż było to bardzo trudne, dlatego w nagrodę dam Wam jeszcze jedną szansę. Jeszcze nikt nie dostał jej dwa razy. Jak tylko będzie to możliwe wrócicie na Ziemię i już zawsze będziecie razem.
Teraz pozostaje Wam tylko cierpliwie czekać.

Ziemia sto lat później.
Pewne miasto w dawnej Australii. Widać, że czasy świetności miało dawno za sobą. Ruiny pokryte grubym pyłem wskazują na to, że od dawna nie jest zamieszkane. Nie widać nigdzie żywej duszy. Cisza. Nie słychać ptaków ani owadów.  Roślinność bardzo uboga. Ani jednej oznaki życia.
Nagle na kawałku betonowej płyty pojawiły się dwa karaluchy. Wesoło baraszkując zatrzymały się. Bardzo czule dotykały się czułkami, pocierały skrzydełkami.  W pewnej chwili można by usłyszeć, że rozmawiają.
- Chodź kochanie, poszukamy czegoś do jedzenia.- powiedział większy z nich.
- Nie musimy się spieszyć, nikt nam nie przeszkodzi. Oprócz nas nikt nie przeżył tego kataklizmu. Tylko my okazaliśmy się odporni na promieniowanie radioaktywne. Jeszcze bardzo długo będziemy jedynymi mieszkańcami  tej planety. Ale Ci ludzie byli głupi…..
Tak rozmawiając nie zauważyli, że na szarym niebie pojawiła się śnieżnobiała chmura. Bardzo powoli zaczęła przekształcać się w starca z siwymi włosami i bardzo długą brodą. Z zadowoleniem popatrzył na owady, uśmiechnął się. Widać, że bardzo był z czegoś zadowolony.
- A jednak im się udało…….