INNA
Tego dnia Diana nigdzie nie mogła znaleźć sobie miejsca.
Bardzo dziwnie się czuła, tak jakby to nie ona była w swojej skórze. Jakby ktoś
inny siedział w jej wnętrzu i sterował jej zachowaniem. Bardzo dziwne uczucie.
Nawet jej ulubieniec kot Belzebub dziwnie się jej przyglądał, pomiaukiwał i
uciekał od wyciągniętej ręki ze swoim ulubionym przysmakiem. To coś nowego i
niespotykanego. Może nie był głodny, a może ona dziwnie się zachowuje i wzbudza
w nim nieufność. No cóż. Podobno koty są nieprzewidywalne, może chwilowo ma
jakąś fobię. Już mu się to kilka razy zdarzyło. Nie ma się czym przejmować jak
zgłodnieje to sam do niej przyjdzie i będzie się przymilał.
- Chyba pójdę na spacer - pomyślała – świeże powietrze mnie
ocuci, może pozbędę się tego uczucia obcości w swoim ciele.
Wyszła na ulicę i prawie od raz tego pożałowała, przed jej
domem stała ogromna śmieciarka roztaczając wokoło bardzo nieprzyjemną woń.
- Mam swoje świeże i rześkie powietrze, fu ale śmierdzi.
Nigdy jeszcze nie czułam takiego smrodu, a może dopiero teraz zwróciłam na to
uwagę. Trzeba szybko stąd uciekać. Dobrze, że zamknęłam okno od strony ulicy,
bo miałabym ten zapaszek w całym mieszkaniu…. Ale jestem głodna, chyba wstąpię
do McDonalds’a, ostatnio byłam tu chyba dwa lata temu. Zobaczę co się zmieniło,
może dają trochę smaczniej jeść- pomyślała.
Weszła.
- Zapach się nie zmienił – zauważyła nie bez rozczarowania.
Podeszła do punktu
zamawiania posiłków wczytując się w spis dań i różnych zestawów niby to
obiadowych.
- Słucham Panią – usłyszała miły męski głos. Przeniosła wzrok
na twarz człowieka, który stał przed nią. Spodziewała się młodszej osoby,
nieczęsto spotyka się w takich miejscach ludzi po trzydziestce.
- Właściwie to nie jestem zdecydowana co zjeść, może Pan mi
coś doradzi.
- A może zje Pani to co ostatnim razem? – zapytał.
- Ostatnim razem? Ostatnio byłam tu jakieś dwa lata temu.
Musiał mnie Pan pomylić z kimś innym.
- Na pewno nie pomyliłem. Wiem, że była Pani u nas w czerwcu,
tak prawie dwa lata temu, mam dobrą pamięć do twarzy. Jadła pani wtedy kurczaka,
frytki i sałatkę grecką, a na deser ciastko z jabłkiem.
- Niewiarygodne, chyba rzeczywiście to jadłam, ale jak Pan
może to pamiętać skoro ja dopiero teraz zaczynam sobie bardzo mgliście to
przypominać?
- Nie wiem jak to możliwe, ale jak widać prawdziwe. To co? Podać
to co ostatnim razem?
- Tak, proszę.
Po chwili siedziała przy stoliku, na którym stała taca z
jedzeniem. Prawie odechciało jej się jeść. Dziwne, jak mógł ją zapamiętać
człowiek, który widział ją raz w życiu i do tego dwa lata temu. No ale może ma
jakieś nadprzyrodzone zdolności, a może to ona tak niepospolicie wygląda?...
Chyba zdarzają się
jeszcze bardziej cudaczne zjawiska. Bez
entuzjazmu zjadła i wyszła na zatłoczoną ulicę. Postanowiła, że pójdzie do
parku dwie przecznice dalej. Nie była tam już chyba z rok. Albo nie ma czasu
albo jej się po prostu nie chce. Szła bardzo powoli, przystawała przy wystawach
sklepów. W jednym zauważyła nawet fajne buty. Może sobie je kupi, ale nie
dzisiaj. Dzisiaj nie miała ochoty z nikim rozmawiać, nawet ze sprzedawcą w
sklepie.
No wreszcie doszła, ale się zmęczyła. Poszuka jakiejś
ławeczki. O tamta w cieniu na uboczu będzie w sam raz. Nie zdążyła do niej
dojść, bo jakby spod ziemi wyrosła jakaś zakochana para. Rozsiedli się wygodnie
nie widząc nic wokoło. Trzeba poszukać czegoś innego. Rozejrzała się, nic
żadnej wolnej ławki, chyba zrezygnuje. Już miała zawrócić, gdy usłyszała
wołanie: Proszę pani, proszę, tu jest wolna ławka w cieniu.
Spojrzała w kierunku z którego dochodził głos. O nie! Tylko
nie to. Jakaś starsza kobieta machała do niej przyjaźnie ręką, zachęcając ją by usiadła obok niej. Nie chcąc wyjść na
kompletną chamkę, podeszła do ławki, usiadła i podziękowała. Nie można
powiedzieć, żeby była zachwycona, tym bardziej, że starsza kobieta ciągle coś
mówiła. Nie słuchała, nie po to tu przyszła, żeby wysłuchiwać jakiejś starej
nudziary. Postanowiła, że posiedzi jakieś pięć minut i odejdzie. Już miała
wstać i odejść gdy wydarzyło się coś dziwnego.
- Dziecko, dlaczego tak rzadko tu przychodzisz? – zapytała w
pewnej chwili kobieta.
- Rzadko? Pani mnie zna? – zapytała kompletnie zaskoczona.
- Tak znam Cię i Ty też mnie znasz.
- Jestem pewna, że widzę panią pierwszy raz.
- Mylisz się moja droga. Poznałyśmy się tu na tej samej ławce
15 maja prawie dwa lata temu. Nie pamiętasz?
- Nie, nic nie pamiętam.
- Byłaś bardzo smutna, nawet płakałaś, bo porzucił Cię
narzeczony, chyba miał na imię Bartek.
- Rzeczywiście w maju prawie dwa lata temu, rozstałam się z
Bartkiem, ale nie pamiętam żebym o tym rozmawiała z kimś obcym.
- Pamiętasz, miałaś na sobie taki śliczny beżowy płaszczyk.
- Mam go jeszcze.
- No widzisz, znamy się. A nawet nie tylko się znamy.
- Co to ma znaczyć: Nie tylko się znamy?
- Jeżeli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, wpadaj tu
czasem. Jestem codziennie między dwunastą i szesnastą, chyba, że leje deszcz. A
teraz wybacz muszę już iść.
I poszła zostawiając Dianę w niemałym osłupieniu.
- Nieprawdopodobne – pomyślała – kim była ta kobieta i skąd
ją znała? Swoją drogą miała coś dziwnego w swoim wyglądzie, tak jakby
znajomego, widać, że w młodości była piękną kobietą. No i z całą pewnością
musiały się już kiedyś widzieć, rzeczywiście, Diana ma beżowy płaszcz, ale już
dawno go nie nosiła. Przyjdzie tu w sobotę i spróbuje wyjaśnić tę zagadkę.
Posiedziała jeszcze parę minut i powoli powlokła się do domu, rozmyślając o tym
co jej się dziś przytrafiło. Najpierw facet z Mc’Donalds’a, później ta dziwna
stara kobieta. Naprawdę nie pamiętała, żeby kiedykolwiek z którymś z nich
rozmawiała. A może jest tak bardzo przemęczona, że nie może sobie tego przypomnieć. Jednego była pewna, ona nigdy nikogo nie
zapamiętałaby po jednym spotkaniu, tak, żeby go rozpoznać po kilku latach. No ale cóż różne dziwne rzeczy się zdarzają i
nie wszystkie dają się racjonalnie wytłumaczyć. Chyba nie warto o tym dłużej
myśleć. Postanowiła, że za parę dni pójdzie znowu do tego Mc’Donalds’a i
sprawdzi, czy ten miły facet znowu ją rozpozna. W każdym razie na dzisiaj miała
dosyć atrakcji, postanowiła wrócić do domu , położyć się i poczytać coś
ciekawego. Miała spore zaległości w lekturach. Nie poszła jednak od razu do
domu, bo buty na wystawie sklepowej bardzo ją kusiły i tak jakby mówiły: kup
nas, jesteśmy dla Ciebie stworzone. Wstąpiła więc i od razu tego pożałowała.
Jeszcze drzwi się za nią nie zamknęły, a już były przy niej dwie młode
dziewczyny i bez przerwy paplały. Chyba widać było po niej, że ma zamiar coś
kupić, bo każda z nich chciała być tą, która zapisze sobie na koncie udaną
transakcję sprzedaży.
- Przepraszam Panie,
nie potrzebuję rady, już wybrałam buty, które chcę kupić, o poproszę rozmiar 38
z tego modelu. – mówiąc to podeszła do półki i pokazała wzór, który przyciągnął
jej uwagę na wystawie.
Jedna z dziewczyn oddaliła się na zaplecze sklepu, a druga,
farbowana blondyna, bezczelnie się jej
przyglądała żując gumę. Co jakiś czas przed jej twarzą pojawiał się obleśny
balon wydmuchiwany z wielkim namaszczeniem. Obrzydlistwo, fu. – pomyślała
Diana.
- O te buty kupiła Pani na Złotej jakieś
dziewięć miesięcy temu. Pamiętam, to ja je sprzedałam. Pamięta Pani? –
powiedziała w pewnej chwili miłośniczka balonów.
- Przepraszam, nie
pamiętam. Być może kupiłam je na Złotej.
- Jak to pani nie
pamięta? To niemożliwe. Miała Pani na sobie taki piękny nietypowy beżowy
płaszczyk.
- Możliwe. - Poddała
się. Dziwne, nawet bardzo. Już druga osoba tego dnie wspomina jej beżowy
płaszcz, a trzecia, która ją zapamiętała. Niesamowite. Dziewczyna chciała
jeszcze coś powiedzieć, ale z zaplecza wynurzyła się jej koleżanka z pudełkiem
w ręku.
Diana usiadła.
Przymierzyła buty i wstała, żeby się przejść. Chciała sprawdzić czy są takie
wygodne na jakie wyglądają. Podobały się
jej bardzo, więc decyzję podjęła szybko i już po chwili wychodziła ze sklepu z
wielką plastikową torbą, w którą sprzedawczyni zapakowała jej zakup. Zrobiło
się jej bardzo wesoło, nie wie dlaczego uśmiechała się do wszystkich
napotkanych ludzi. Nie wiadomo dlaczego,
ale większość z nich wydawała się jej znajoma.
- Dzień dobry Pani. –
jakiś starszy pan ukłonił się jej szarmancko.
- Dzień dobry Panu. –
odpowiedziała z czarującym uśmiechem.
- O! Widzę, że
dzisiaj poznaje mnie Pani.
- Nie. Nie poznaję.
-Jak to? A ten
czarujący uśmiech? Czyżby nie był przeznaczony dla mnie? – zmartwił się
staruszek.
- Oczywiście, że był
dla Pana, chociaż się nie znamy. To już nie wolno uśmiechnąć się do nikogo
bezinteresownie.
- Oczywiście, że
wolno, ale my się przecież bardzo długo znamy, chyba ze trzy lata, a dopiero
teraz zobaczyłem pani prześliczny uśmiech.
- My się znamy?
- Tak, to dziwne, że
Pani tego nie pamięta. Spotykamy się raz w tygodniu, tu na tej ulicy, ale
dzisiaj po raz pierwszy ze sobą rozmawiamy. Dzisiaj po raz pierwszy
odpowiedziała mi Pani „dzień dobry”.
- Jak to? To ja do
tej pory byłam tak bardzo nieuprzejma?
- Nie określiłbym tego
w ten sposób, po prostu chodzi pani z głową w chmurach. Widać, że myśli Pani o
czymś bardzo absorbującym. Jeżeli będzie pani chciała to porozmawiamy o tym
innym razem, bo teraz muszę się już pożegnać, dochodzi dziewiętnasta, jestem umówiony z kimś
bardzo ważnym. Do zobaczenia za tydzień.
Zanim zdążyła odpowiedzieć rozpłynął się w tłumie, tak
właśnie rozpłynął się. Stała dłuższą chwilę zastanawiając się nad niewytłumaczalnością tego co ją dziś
spotkało, gdy nagle z tłumu wyłoniła się jej mama. Tylko ona miała zdolność
materializowania się w najmniej odpowiednim czasie i miejscu.
- Gdzie się
podziewasz? Czekam już dobrą godzinę. Chyba nie zapomniałaś, że byłyśmy
umówione?
- Och! Przepraszam
Cię bardzo, zapomniałam.
- Nic Ci nie jest?
Chyba nie jesteś chora?
- Ja, chora? A, nie,
nie. Po prostu wyleciało mi z głowy.
- Jak to wyleciało Ci
z głowy? Przecież rozmawiałyśmy wczoraj wieczorem. To chyba niezbyt odległy
termin?
- No może niezbyt
odległy, ale jakoś nie mogę się dzisiaj na niczym skupić.
- To zauważyłam.
Zanim do Ciebie podeszłam odniosłam wrażenie, że rozmawiasz sama ze sobą.
- Nie rozmawiałam ze
sobą. Nie widziałaś tego starszego pana, który odszedł dosłownie kilka sekund
przed twoim pojawieniem się?
- Nikogo nie
widziałam. Jestem pewna, że nikogo tam nie było.
- Dziwne, bo on tam
był z całą pewnością. Zresztą nieważne, był czy nie był. Chodźmy do domu. Masz
te stare albumy rodzinne?
- Oczywiście,
przecież umówiłyśmy się, że dzisiaj
posegregujemy stare zdjęcia i umieścimy w nich fotografie w jakimś porządku chronologicznym.
- Daj tę torbę, bo
chyba jest ciężka.
- Nawet bardzo. Targam
przez całe miasto z piętnaście kilogramów.
- O matko! Ależ to
ciężkie. Trzeba było powiedzieć, że masz tego aż tyle, przyjechałabym po Ciebie
samochodem.
- Jak widzisz dałam
sobie jakoś radę. No nie marudźmy już i nie traćmy czasu.
Gdy znalazły się w mieszkaniu Diany, mama zrobiła herbatę i
wyjęła swoje śliwkowe ciasto. Chwilę porozmawiały o życiu codziennym, po
czym zabrały się do przeglądania starych
rodzinnych fotografii. Okazało się, że niektóre zdjęcia mają przeszło sto lat.
- Wiesz mamo, chyba
rzeczywiście była pora, żeby zrobić z tym porządek. Straszny tu galimatias.
Zobacz to są moje zdjęcia z dzieciństwa a obok nich są zdjęcia taty ze studiów.
Kto tu tak namieszał?
- Twój brat, wtedy
kiedy wybierał niektóre swoje. Wiesz przecież jaki z niego bałaganiarz.
- O matko! Dużo
wziął? Mam nadzieję, że nie pozwoliłaś mu na rabunek naszego dobra rodzinnego.
- Nie martw się wziął
tylko kilka takich, które były podwójne.
- Mamo, mamo! Kto
jest na tym zdjęciu? – zawołała w pewnym momencie Diana podtykając jakieś
pożółkłe zdjęcie matce pod nos.
- Nie krzycz tak.
Pokaż. Zaraz, zaraz, niech no dobrze się przyjrzę. Nie jestem pewna, chyba to
jest dziadek Twojego ojca, ze strony mamy. Tak , to jest ojciec mojej
teściowej. Zaraz, jak on miał na imię? Poczekaj, zaraz sobie przypomnę…… Mam,
Stefan. Tak na pewno. Teraz sobie przypominam, Stefan. Wiesz, że ja Go
pamiętam. Wyglądał trochę inaczej niż na tym zdjęciu, bo jak Go ostatni raz
widziałam miał 98 lat.
- O matko! Ile miał
lat? 98? To ile miał lat jak umarł?
- Chyba 101. Możemy to
sprawdzić.
- Jak?
- Wiem gdzie jest
grób rodzinny Dolniaków. Możemy się kiedyś tam wybrać. Oczywiście jak będziesz
miała ochotę, bo wiem jak bardzo nie lubisz chodzić na cmentarz.
- Może pójdziemy tam
jutro?
- Jutro? Dlaczego tak
Ci się spieszy? Nigdy nie byłaś na grobie dziadków i pradziadków, a teraz
raptem, jutro. No dobrze już, dobrze. Pójdziemy jutro jak chcesz.
- Dziękuję Ci mamo.
Umówiły się o dziesiątej pod bramą cmentarza. Diana była
grubo przed wyznaczoną godziną. Prawie całą noc nie spała z emocji. Spacerowała
sobie przed wejściem nie mogąc doczekać się przybycia matki. Wreszcie zobaczyła
ją w oddali. Podbiegła niecierpliwie.
- Dobrze, że jesteś.
Chyba zaraz będzie padać. Mam nadzieję, że zdążymy przed deszczem.
- Dlaczego jesteś
taka niecierpliwa. Nie poznaję Cię. Przecież przyszłam piętnaście minut
wcześniej, a Ty patrzysz na mnie z takim wyrzutem jakbym spóźniła się kilka
godzin.
- Przepraszam. To ja
przyszłam za wcześnie i czas mi się dłużył. Możemy już iść?
- Idziemy, przecież
po to tu przyszłyśmy.
Poszły, ale nie od razu udało im się odnaleźć miejsce
wiecznego spoczynku rodziny ojca. Dopiero po czterdziestu minutach poszukiwań
osiągnęły cel wyprawy. Diana stanęła przed ogromnym granitowym pomnikiem i
głośno zaczęła czytać:
- Pierwsza została
pochowana Elżbieta Dolniak z domu Jasny, później jej syn, córka, synowa,
teściowa a na końcu mąż, Stefan. To ten pradziadek?
- Tak, zobacz zmarł w
1980 roku w wieku 101 lat.
- Tu są zdjęcia
niektórych osób. Chyba to jest pradziadka. – Diana pokazała jedno ze zdjęć.
- Tak to pradziadek
na krótko przed śmiercią. Właśnie tak wyglądał. Przyjemny staruszek, prawda?
- Nawet bardzo
przyjemny. Wiesz, wydaje mi się, że go poznałam osobiście.
- Nie pleć głupstw,
przecież urodziłaś się pięć lat po jego śmierci. Nie mogłaś go poznać.
- Wczoraj rozmawiałam
z kimś bardzo podobnym, na ulicy na krótko przed spotkaniem z Tobą.
- No, dobrze mówisz,
z kimś bardzo podobnym, ale z całą pewnością nie z pradziadkiem. Wiesz
przecież, że każdy może mieć swojego sobowtóra. Pewnie widziałaś kogoś bardzo do niego
podobnego.
- Pewnie tak było,
nawet bardzo podobnego. Gdybym nie wiedziała, że pradziadek nie żyje, to
byłabym pewna, że to był on, wiesz wczoraj na ulicy. A kto to? Ta kobieta w
koronkowej bluzce? – Diana pokazała zdjęcie bardzo dystyngowanej młodej
kobiety. – Czy to jest właśnie prababcia?
- Tak, widzisz przecież,
że zdjęcie jest przy jej nazwisku.
- Ale młodo umarła.
Zaledwie czterdzieści dwa lata. To niesprawiedliwe, pradziadek żył 101 lat o
jego żona tylko 42. Prawie sześćdziesiąt lat był wdowcem.
- Nie, wdowcem był
niecałe 50 lat, po śmierci żony nigdy się już nie ożenił. Zawsze sobie
żartował, że nie można drugi raz popełnić tego samego błędu, ale tak naprawdę,
to nigdy nie pogodził się ze stratą żony.
Wiesz co mi się rzuciło teraz w oczy?
- Nie wiem i nie będę
wiedziała jeżeli mi nie powiesz.
- Popatrz na zdjęcie
prababki.
- Patrzę. I co mam
zobaczyć? Bardzo ładna kobieta, ale trochę smutna. Czyżby nie była w życiu
szczęśliwa?
- Nie o to mi chodzi.
Zobacz jak bardzo jesteś do niej podobna.
- Nie wydaje mi się.
- Przyjrzyj się
dokładnie. Te same oczy, usta i nos.
Nawet masz tak samo kręcone włosy w tym samym kolorze.
- Ja nie widzę
żadnego podobieństwa, no może włosy. Rzeczywiście włosy są identyczne, ale to
chyba nic niezwykłego, w końcu to moja prababka.
- Nie tylko włosy,
nie wiem czy mamy jakieś zdjęcie prababki w domu. Jak przyjrzysz się dokładnie
to sama znajdziesz to podobieństwo. Ale
jak mówisz to rzeczywiście nie jest nic niezwykłego, w rodzinach zdarzają się
takie podobieństwa.
- No właśnie. Jak
znajdziemy jakieś zdjęcie prababki to sama poszukam podobieństw.
- Poszukaj, wszystkie
zdjęcia zostały wczoraj u Ciebie. Wpadniesz do nas na obiad? Tata by się
ucieszył.
- Mamo, nie dzisiaj.
Miałam już dawno zaplanowany ten dzień, a przez ten cmentarz trochę mi się zawalił.
Ale dziękuję za zaproszenie.
- Sama chciałaś tu
dzisiaj przyjść.
- Mówisz tak jakbym
miała do Ciebie pretensję. Wiem dobrze, że to ja chciałam tu przyjść. Podwieźć
Cię do domu?
- Nie, dziękuję. Nie
spieszy mi się tak bardzo, ojciec gra w szachy z sąsiadem. Pewnie szybko nie
skończą. Przejdę się trochę. Obiad mam gotowy.
- To do zobaczenia,
mamo. Dziękuję Ci za ten spacer po cmentarzu.
- No to pa, do
zobaczenia. – i mama oddaliła się.
Dianie zrobiło się smutno. Została sama przed bramą cmentarza. Powoli ruszyła w
kierunku swojego czerwonego „polo”, jednak w połowie drogi zawróciła i
zdecydowanym krokiem poszła z powrotem do grobu rodzinnego Dolniaków. Stanęła
przed monumentalnym pomnikiem i w skupieniu zaczęła jeszcze raz czytać napisy i
oglądać zdjęcia. Zmęczona usiadła na ławeczce. Wpatrywała się w zdjęcie
pradziadka, tak intensywnie, że w pewnej chwili wydało się jej, że obok niej na
ławeczce siedzi starszy pan, którego spotkała wczoraj na ulicy przed swoim
domem. Odwróciła głowę, tak ten staruszek jest bardzo podobny do jej
pradziadka. Uśmiechnęła się przyjaźnie, a on odwzajemnił ten uśmiech i
przemówił:
- Witaj Diano! Bardzo
długo na Ciebie czekałem, ale wreszcie jesteś. Mam Ci tyle do powiedzenia.
- Pan mnie zna? Czy
to z panem spotkałam się wczoraj na ulicy?
- Tak. Oczywiście, że
Cię znam być może lepiej niż Ty sama znasz siebie.
- Przepraszam, ale
nic nie rozumiem.
- Przyjdzie czas, że
zrozumiesz. Tymczasem przyjrzyj się fotografiom nagrobnym.
- Już się przyjrzałam
i niczego nadzwyczajnego nie zauważyłam.
- Ale Twoja mama
zauważyła.
- Skąd Pan wie? Był
Pan tu wtedy gdy byłyśmy razem z mamą?
- Oczywiście, zawsze tu
jestem. Nie każdy jednak może mnie zobaczyć.
- No teraz to już
chyba Pan przesadził ze swoją tajemniczością.
- W tym co mówię nie
ma nic tajemniczego. Przeczytaj napisy, jeden z nich mówi, że jest to miejsce
wiecznego spoczynku Stefana Dolniaka, czyli moje.
- To jakiś żart? Czy
wyglądam na naiwną albo wręcz niedorozwiniętą?
- Dlaczego myślisz,
że to żart? Czy wierzysz w reinkarnację?
- Prawdę mówiąc nigdy
się nad tym nie zastanawiałam.
- To może przyszła
pora, żeby się nad tym zastanowić?
- Przepraszam, ale
mam dużo innych spraw do przemyślenia. Nie wydaje mi się, żeby zagadnienie
reinkarnacji było w tej chwili moim najważniejszym problemem.
- Przyjrzyj się
zdjęciu mojej żony Elżbiety. Nie widzisz uderzającego podobieństwa?
- Do kogo? Może do
mnie?
- Naprawdę nie
widzisz?
- Nie!
- Nie krzycz.
- Ja krzyczę?
- A co może ja?
Uspokój się, popatrz na zdjęcie Elżbiety.
- Patrzę.
- Nie patrzysz
wystarczająco uważnie. Gdybyś spojrzała bardziej wnikliwie zobaczyłabyś, że
jesteście prawie identyczne.
- Moja mama też
widziała jakieś podobieństwo, ale ja nic nie widzę.
- A widzisz, mama też
widziała. Czy nie zastanawia Cię to ani trochę?
- Sama już nie wiem
co o tym myśleć. Jednak jest to możliwe
i naturalne. Mogę być podobna do swojej prababki.
- No nareszcie jakieś
mądre słowa.
- Mogę być, ale nie
znaczy, że muszę.
- Oczywiście, nie
musisz. Musisz jednak wiedzieć, że imię masz po mojej matce, Diana, nie masz
pojęcia jaka to była piękna i mądra kobieta, jest tu też pochowana, ale nie ma
jej zdjęcia. Szkoda. – zamyślił się na
chwilę starszy pan.
- Chyba pójdę już do
domu, jestem jakoś dziwnie zmęczona i nie chcę już słuchać tych bzdur.
Reinkarnacja, kto to wymyślił? Muszę się położyć. Do widzenia.
- Do widzenia.
Przyjdziesz tu jeszcze kiedyś?
- Nie wiem, być może.
I odeszła bardzo zdecydowanym krokiem. W bramie cmentarza
minęła faceta z Mc’ Donalds’a z dziewczyną ze sklepu z obuwiem, przynajmniej
tak jej się wydawało, ale upewniła się gdy oboje ukłonili się jej bardzo
uprzejmie.
- Dziwne co oni tu
robią? Właśnie wtedy kiedy ja tu jestem? Czy to tylko zbieg okoliczności? –
zadawała sobie całe mnóstwo pytań na które nie znała odpowiedzi. Postanowiła,
że jutro pójdzie do tego Mc’Donalds’a i zapyta
gościa czy ma jakichś krewnych na tym cmentarzu.
Jak postanowiła tak zrobiła. Następnego ranka weszła do
restauracji i zaczęła się rozglądać za znanym jej mężczyzną. Ale nigdzie go nie
było. Podeszła do jednej z dziewczyn wydających posiłki i zapytała:
- Na którą zmianę
przychodzi dzisiaj taki miły facet w wieku około czterdziestki?
- Tu nikt taki nie
pracuje. – odpowiedziała dziewczyna.
- Jak to, nie
pracuje? Byłam tu chyba przedwczoraj i właśnie on mnie obsługiwał.
- Niemożliwe, jedyną
osobą po trzydziestce, która tu pracuje jest Asia. Na pewno nie ma tu żadnego
starszego od niej faceta.
- Ale ja tu byłam i
widziałam go. Rozmawiałam z nim tak jak z Panią teraz – upierała się Diana.
- A może była Pani w
innym miejscu?
- Nie, byłam tutaj,
ja mieszkam w tym domu – mówiąc to pokazała na swój blok. Na pewno byłam tu w
tej restauracji.
- Przykro mi ale nie
mogę pani pomóc. Przepraszam, muszę wracać do pracy. – i dziewczyna odeszła,
pokazując koleżankom, że kobieta stojąca przy kasie jest niespełna rozumu.
Zrezygnowana Diana wyszła na ulicę, zastanawiała się co to
wszystko znaczy. Była pewna, że parę dni temu rozmawiała z człowiekiem, którego
podobno nie było. Jak to jest możliwe? Co się dzieje? Może zachorowała na jakiś
rodzaj choroby psychicznej? Może to są jej przywidzenia? No i ten rzekomy
pradziadek. Nie no jakiś koszmar, jak w najgorszym śnie. Jeżeli jeszcze nie oszalała to za chwilę na
pewno jej się to uda. Postanowiła, że pójdzie do parku, może spotka tę tajemniczą
starszą kobietę. Ta postać też wydawała się bardzo zagadkowa. Może uda się coś
wyjaśnić. Nie upłynęło więcej niż dziesięć minut i już zbliżała się do ławki na
której spotkała poprzednio dziwną postać. Nikogo jednak na niej nie było.
Popatrzyła na zegarek, chyba jest jeszcze za wcześnie, dopiero jedenasta, a
może w niedzielę ta kobieta tu nie przychodzi? Postanowiła, że posiedzi sobie i
w spokoju przemyśli całą swoją sytuację. Niematerialny pradziadek, a może to
oszust jakiś, przecież nie sprawdziła czy był materialny, nie spróbowała go
dotknąć. No tak trzeba było go dotknąć i wszystko byłoby jasne. No cóż może
następnym razem, jeżeli taki w ogóle będzie.
- Witam Cię moja droga
– usłyszała nagle nad głową.
Nie mogła uwierzyć, jednak starsza pani przyszła punktualnie
o dwunastej.
- Czy przyszłaś
spotkać się ze mną? – Zapytała.
- Tak. Chciałam z
Panią porozmawiać.
- Bardzo się cieszę.
O czym chcesz rozmawiać?
- Mam wrażenie, że
pani wie co się wokół mnie ostatnio dzieje.
- Nie wiem o czym
mówisz, dziecko.
- Na pewno pani wie,
jestem tego pewna. Otaczają mnie ostatnio dziwne osoby, których nie ma, albo
takie, które już dawno umarły.
- Jak to możliwe?
- Właśnie chciałam o
to zapytać. Dlatego tu jestem.
- Obawiam się, że
niewiele będę mogła Ci pomóc.
- Nie będzie pani
mogła, czy nie będzie pani chciała?
- I jedno i drugie.
- Jak to, jedno i
drugie? To znaczy, że pani coś wie?
- Niezupełnie jest
tak jak myślisz. Pytaj, jak będę znała odpowiedź to ją poznasz.
- Czy wie pani kto to
jest, raczej był Stefan Dolniak?
- Tak.
- Powie mi Pani?
- Nie wiem czy jesteś
gotowa, żeby poznać prawdę.
- Jestem i jeżeli jej
nie poznam to zaraz zwariuję.
- Spokojnie.
- Nie mogę być
spokojna, zaraz zacznę wyć. No więc, kim był Stefan Dolniak?
- Przygotuj się, bo
odpowiedź jest szokująca. Stefan Dolniak był moim synem.
- Co?!!! Nie, no
chyba rzeczywiście zwariowałam. – w tym momencie Diana wpadła na szalony pomysł
i rzuciła się na siedzącą obok staruszkę. Jeszcze chwila a złapie ją za gardło
i chyba udusi. Już, już miała dosięgnąć pomarszczonej szyi, ale ta rozpłynęła
się gdzieś w powietrzu. Niebywałe, jak mogło się to stać. Stała z rozwianym
włosem zaciskając kurczowo ręce na czymś czego nie było.
Widząc zdziwione spojrzenia siedzących obok ludzi, poprawiła
włosy i z powrotem usiadła na ławce próbując się opanować. Ciekawe czy inni
ludzie w parku też widzieli tę kobietę. Sądząc po ich minach to chyba jednak,
nie. Postanowiła, że posiedzi jeszcze parę minut i pójdzie.
- A widzisz, mówiłam
Ci, że nie jesteś jeszcze gotowa, by usłyszeć prawdę. Nie chciałam Ci tego
jeszcze mówić.
Diana odwróciła się w
kierunku z którego dochodził głos, ale i tak nie miała wątpliwości kto do niej
mówi.
- Kim Ty jesteś? –
wydusiła.
- Już Ci powiedziałam, jestem matką Stefana
Dolniaka, czyli Twoją praprababką. Masz imię po mnie, Diana.
- Już to gdzieś
słyszałam.
- Na pewno od
Stefana. Wiem, że macie kontakt.
- Jak to możliwe, że
widzę Was i słyszę skoro Wy nie żyjecie od dawna?
- Teraz nie żyjemy,
ale dostaliśmy następną szansę, dlatego nas widzisz. Czekamy na nasze nowe
ciała. Niektórzy mogą sobie wybrać
matkę. Stefan wybrał Ciebie. Ja zresztą też.
- O czym Ty mówisz
kobieto?!!
- Jak to o czym? Nie
wiesz, że prawie wszystkie dusze wracają na Ziemię?
- Ty masz duszę żony
Stefana, Elżbiety. Ponieważ nie mógł wcielić się w duszę Twojego przyszłego
męża, postanowił być Twoim dzieckiem. On bardzo kochał Elżbietę, ale niestety
umarł za późno.
- Jak to umarł za
późno? Czy można umrzeć za późno? Chyba można umrzeć za wcześnie.
- Nic nie rozumiesz,
dusza może być poddana reinkarnacji najwcześniej po 20 latach od dnia śmierci,
ale nie później niż po 50. Później traci swoją szansę na zawsze, jeżeli nie
zdąży już nigdy nie wróci do świata żywych. Oczywiście nikt nie wie tego w
chwili śmierci.
- Ja już będę
wiedziała.
- Nie, wszystko
zostanie wymazane z Twojej pamięci.
- Niemożliwe. Kto mi
to wymaże? Ależ to wszystko jest nierealne. Słyszałam o reinkarnacji, ale do
tej pory wkładałam to między bajki.
Zdaje się, że hindusi wierzą, że dusze odradzają się na nowo w nowym ciele.
- Nie tylko hindusi i nie jest to tylko wiara,
ale fakt. Mój syn Stefan nie mógł powrócić na Ziemię w tym samym czasie co jego
żona Elżbieta, bo ich czas się rozszedł.
- Czas się rozszedł?
- Tak, ona musiała
wracać a on jeszcze nie mógł. Dzięki Tobie znowu będziemy wszyscy razem.
- Wszyscy razem? W
jaki sposób?
- Będziesz miała
czworo dzieci, które będą miały dusze: Stefana, moją, mojego wnuka i wnuczki.
- Fajna bajka, może
kiedyś opowiem ją moim dzieciom, jeżeli oczywiście będę je miała.
- Zapewniam Cię, że
będziesz miała. To już jest zapisane w gwiazdach.
- A więc w gwiazdach?
Nie w niebie?
- Gwiazdy to niebo. Nie uciekniesz od tego to jest twoje
przeznaczenie.
- Przeznaczenie?
Czworo dzieci? Czy znam pozostałą dwójkę?
- Tak. Mężczyzna z
Mc’Donalds’a to mój przedwcześnie zmarły wnuk a kobieta ze sklepu z butami , to wnuczka.
- Coraz bardziej
pachnie to bajką, niewyobrażalną bajką. Sama bym tego chyba nie wymyśliła.
Niebywałe, widziałam tych dwoje na
cmentarzu. Czyżby odwiedzali swój grób? Byłam nawet w Mc’Donalds’e.
- No i co? – zapytała
z widocznym triumfem stara kobieta.
- No, dziwna sprawa,
nikt nigdy, oprócz mnie nie widział tego faceta.
- Czy to nie daje Ci
do myślenia?
- Daje, ale moje myśli
idą w zupełnie innym kierunku niż Twoje „praprababciu” – powiedziała z
przekąsem Diana.
- Miło mi słyszeć te
słowa, szkoda tylko, że mówisz to z taką drwiną.
- A jak mam mówić,
przecież to wszystko jest nielogiczne.
- Nielogiczne jest
tylko dla tych, którzy nie mają wiedzy na ten temat. Ale w sumie to śmieszne,
ja Twoja praprababka będę mówiła do Ciebie niedługo „mamo” i nie będę niczego
świadoma, zresztą Ty też.
- To jakie imiona
będą miały moje dzieci, dwoje znam, a reszta?
- Tak jak
powiedziałam, najstarsza córka będzie miała na imię tak jak Ty i ja, czyli
Diana, starszy syn, Stefan, młodszy Andrzej i najmłodsza córka Eliza, bo takie
imiona miały w poprzednim życiu ich
dusze i takie wybrały na następne wcielenie.
- Czy to znaczy, że
rodzice nie wybierają imion dla swoich dzieci, tylko ich dusze?
- Tak.
- Bez sensu. Ja na
pewno sama je wybiorę dla swoich dzieci. Co ja mówię, dzieci. Jedno dziecko,
jedno! Nie chcę mieć ich więcej i na pewno nie będę miała.
- Tak Ci się tylko
wydaje. Szkoda, że nie będę mogła powiedzieć: a nie mówiłam? Bo będzie
dokładnie tak jak mówię. Myślę, że obydwie wiemy już wystarczająco dużo i
możemy się rozstać. Nie sądziłam, że tak szybko powiem Ci całą prawdę.
Wymusiłaś to na mnie. Zostawiam Cię, bo widzę, że właśnie nadchodzi Twój
przyszły mąż, January. Do zobaczenia, bądź dobrą mamą.
- Mój mąż? Co to znowu
za dowcip? Powiedz coś więcej. Czy ojca też sobie wybraliście?
- Tak, ojca też
wybraliśmy.
- Niesamowite, chyba
napiszę o tym książkę. Kiedy się znowu zobaczymy?
- Jak zostaniesz mamą,
ale żadna z nas nie będzie pamiętała o naszych poprzednich spotkaniach. Zatem
żegnaj moja droga.
- Poczekaj, mam
jeszcze mnóstwo pytań.
Ale tego starsza kobieta już nie usłyszała, bo tak jak
poprzednio rozpłynęła się gdzieś w przestrzeni.
- Dobrze się pani
czuje? – jakiś mężczyzna podszedł do niej nieco zaniepokojony.
- Tak, dziękuję.
Dlaczego pan pyta?
- Przez dłuższy czas
rozmawiała pani z jakimś niewidzialnym rozmówcą. – odparł.
- Z niewidzialnym
rozmówcą? A nie, jestem aktorką i właśnie przepowiadałam sobie tekst na
dzisiejszy spektakl. – szybko odpowiedziała, chociaż tak naprawdę nie wiedziała
jakim cudem znalazła się dzisiaj w parku, nie miała wcześniej takich planów.
- Może jednak
odprowadzę panią do domu, bo wygląda pani na bardzo zmęczoną.
- Proszę się nie
fatygować – odpowiedziała na uprzejmą propozycję i dopiero teraz przyjrzała się
stojącemu przed nią mężczyźnie. Wysoki brunet, nieprawdopodobnie przystojny.
Niebieskie wciąż śmiejące się oczy. Gdy tak patrzyła zrobiło się jej ciepło w
okolicy serca. Uśmiechnęła się.
- Będę jednak nalegał
i odprowadzę panią do domu. Może najpierw się przedstawię, January Brocki.
Jestem mechatronikiem. Czy jeszcze podać jakieś dane, np. numer buta czy
kołnierzyka, żeby pozwoliła się pani odprowadzić?
- Chyba to mi
wystarczy, szczególnie istotna była informacja o numerze buta, bez niej chyba
nie mogłabym się zgodzić. – powiedziała Diana śmiejąc się do łez. Nie wiedziała
jednak dlaczego to imię zrobiło na niej takie wrażenie. Może dlatego, że było
to bardzo rzadkie imię.
Dziesięć lat później.
- Mamo, mamo, Stefan
ciągnie mnie za włosy. – Do Diany podbiegła mała dziewczynka ze łzami w oczach
- Stefan! Uspokój się
w tej chwili. Dlaczego bez przerwy dokuczasz Elizie?
- To nie ja , to
Diana ją szarpie. – odpowiedział obrażony może siedmioletni chłopiec.
- Diana, czy to
prawda?
- Tak, zobacz co
zrobiła z moim zeszytem do matematyki. – w progu stała ciemnowłosa drobna
dziewczynka ściskając w ręku coś co w małym stopniu przypominało w tej chwili
zeszyt.
- To nie ja, to
Andrzej. – zawołała mała Eliza.
- January! – zawołała
udręczona Diana. – Czy mógłbyś przeprowadzić dochodzenie w sprawie zeszytu
Diany? Jeżeli ja się tym zajmę to obiad będzie na kolację.
- Oczywiście, zaraz zatrudnimy
małego detektywa i wszystko będzie jasne. – usłyszała z głębi domu odpowiedź.
- Dzieci! Proszę
wszyscy do salonu, do taty.
Uf! Odetchnęła z ulgą. Bardzo nie lubiła rozstrzygać sporów
między dziećmi, a January świetnie sobie z nimi radził. Teraz mogła zająć się
wykończeniem obiadu. Popatrzyła na zegar i wpadła w panikę. Za godzinę będą jej
i Januarego rodzice, nie wie czy się wyrobi. Po piętnastu minutach w drzwiach
kuchni ukazała się uśmiechnięta twarz jej najprzystojniejszego na świecie męża:
- Pomóc Ci w czymś, kochanie?
- Dzięki, chętnie
skorzystam.
Zdążyli. Gdy o wyznaczonej godzinie do furtki ich willi
zadzwonił dzwonek wszystko było gotowe na przyjęcie gości.
Dzieciaki rzuciły się na dziadków z wesołymi pokrzykiwaniami,
bo jak zwykle zostały przez nich sowicie obdarowane.
Wtedy do Diany podeszła jej mama i nieoczekiwanie
powiedziała:
- Wiesz córeczko,
jestem bardzo szczęśliwa. Myślałam, że nigdy nie wyjdziesz za mąż i nie
będziesz miała dzieci, zawsze nas tym straszyłaś. A tymczasem mamy czworo
wspaniałych wnuków. Często zastanawiam się czy to nie sen.
- Mamo, wierz mi ja
też tego nie mogę zrozumieć, ale taka jest rzeczywistość. Może to było moje
przeznaczenie?