środa, 17 lipca 2013

         CZAROWNICA

          Ta lekcja historii stanowczo była za długa i za nudna. Do tego Barnaba był bardzo irytujący ze swoim „azaliż” „aczkolwiek”. Patrzyła bezmyślnie na ścianę nad tablicą, po której w tę i z powrotem spacerował jakiś dziwny robal z wyłupiastymi, granatowymi oczami i nieskończoną liczbą nóg. Kursował tak od ponad dwudziestu minut między portretem Mieszka I i jego syna Bolka jakiegoś tam. W końcu zatrzymał się i zaczął ostentacyjnie ziewać, rozdziawiając swoją ogromną paszczę. Jak widać, Barnaba potrafi zanudzić nawet takie małe, niewinne stworzenie. W tej chwili robal wydał jej się nawet bardzo sympatyczny. Poczuła, że między nimi jest jakaś więź.
-         Zuzanno!
Podskoczyła przerażona.
-         Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Czego ten dziwny, śmieszny człowiek chce ode mnie? – pomyślała.
-         Zuzanno, proszę powiedz o czym mówiłem przed chwilą. – na twarzy pana Barnaby malowało się zniecierpliwienie.
Czuła, że jeszcze chwila a ta lekcja skończy się dla niej tragicznie. No, ale nic na to nie mogła poradzić, nie miała pojęcia, o czym ten nudziarz truł tyle czasu.
-         Zuzanno, czekam. – ponaglał.
-         No i co z tego, niczego się nie doczekasz – powtarzała sobie w myślach.
-         Nie przejmuj się – usłyszała, ale nie miała pojęcia, kto to powiedział. O nie! Będzie chyba musiała iść do psychiatry!
Robal ze ściany uśmiechał się szeroko i jej głosem recytował jakieś historyczne bzdury a jej usta poruszały się w rytm głosu. Barnaba oniemiał. Zadawał dodatkowe pytania, a jej głos płynnie opowiadał ze szczegółami o jakichś bardzo odległych w czasie wydarzeniach, a jej wydawało się, że przeżyła to wszystko osobiście i na pewno nie była pozytywną postacią. Inkwizycja, czarownice, stos, dym... Nagle zaczęła się dusić. Dym wdzierał się do płuc, drażnił oczy, jeszcze chwila i zemdleje. Zaczęła kasłać.
-         No dobrze, usiądź, starczy. No nie zmuszaj się już do kaszlu.
Siadając spojrzała na ścianę, robal dalej tam był. Mało tego, robił jeszcze dziwne miny, pokazywał język panu Barnabie i przewracał oczami. Spojrzała na zegar. Jeszcze 15 minut tej historycznej męki. Chcę, żeby to się już skończyło. Dzwoń – pomyślała intensywnie. Jak na rozkaz wskazówki zegara zmieniły położenie i w tym samym momencie zadzwonił dzwonek. Wybawienie!
-         Co ta lekcja taka krótka? – zaniepokojony Barnaba spojrzał na zegar, ale
widocznie zobaczył właściwą godzinę. Wzruszył tylko ramionami, ogłosił koniec lekcji i wyszedł. Tymczasem robal jakimś cudem znalazł się na jej zeszycie. Chciała go strzepnąć, ale się nie dało.
-         Co tak walisz tym zeszytem o ławkę? - zapytała Kaśka.
-         Chcę zrzucić z niego tego obleśnego robala.
-         Pokaż, nic na nim nie ma.
-         Jak to nie ma?
Teraz zrozumiała, że jest z nią coś nie tak. Widzi rzeczy, których nie ma i słyszy głosy, których nie słychać. Zrezygnowana schowała zeszyt do plecaka. Robala też, tak, była pewna, że siedzi teraz u  niej w plecaku. Co to za paskudztwo!
Co? Teraz ma być chemia? Jak to? Zamiast w-fu chemia? Nie, ona się na to nie zgadza. Mimo protestów całej klasy zamiast w-fu zaczęła się chemia. Trzeba się jakoś ukryć, ale jak? O! Usiądzie tu – pomyślała – za Bartkiem, jest taki potężny, że na pewno ją zasłoni. Świetnie usiadła. Będzie miała święty spokój. Siedziała i bezmyślnie gryzmoliła dziwne esy – floresy. Nagle poczuła jakiś boski zapach. Przyjemnie drażnił nozdrza i wnikał do płuc. Przymknęła oczy i rozkoszowała się chwilą.
-         Zuzanno! Co ty robisz? Zachowujesz się jak narkomanka! – pani profesor
kipiała ze złości.
-         Dlaczego? Coś tak pięknie pachnie.
-         Pięknie pachnie? Przecież to strasznie śmierdzi! To siarka!
-         Siarka?
-         Tak, gorąca siarka.
Wciągnęła jeszcze raz głęboko powietrze do płuc i teraz poczuła.
Och! Fu! Rzeczywiście okropnie śmierdzi.
Zatkała nos.
-         No, teraz zachowujesz się normalnie. – uspokoiła się pani profesor.
Teraz była pewna. Coś nie jest z nią w porządku. Na pewno czuła zapach, który bardzo jej się podobał i wyzwalał w niej dziwne uczucia. Nigdy go nie zapomni. Nie wie, dlaczego później czuła wstrętny zapach siarki, duszący, doprowadzający do mdłości.
Rozmyślając o tym, co spotkało ją dzisiaj w szkole, dotarła do domu. Nie zdejmując kurtki i butów weszła do swojego pokoju, rzuciła się na łóżko i włączyła telewizor. Nie umiała żyć bez telewizora, oczywiście włączonego. Nie ważne, czy oglądała, czy nie. Musiał być i musiał być włączony. Robiło się wtedy tak swojsko, przytulnie i ciepło.
Nie wie, ile czasu leżała gapiąc się bezmyślnie w szklany ekran. Nie wie nawet, co oglądała. Trzeba wstać, zdjąć kurtkę  i buty. Przewróciła się na bok, żeby wstać i poczuła, że jakieś ogromne, granatowe oczy gapią się na nią z dziwnym błyskiem.
-         No nie – pomyślała – znowu te halucynacje. Czy to ten sam robal?
Wygląda tak samo, ale jest większy. Może jej się to wszystko śni? A może po prostu jest bardzo zmęczona. Tak, chyba jest bardzo zmęczona, prześpi się trochę i koszmary znikną.
-         Zuzanno! – O nie! Znowu wydaje jej się, że robal mówi do niej.
-         Daj mi spokój, dlaczego mnie prześladujesz?
-         Zuzanno, nadeszła pora, abyś dowiedziała się o sobie kilku ciekawych rzeczy. W sobotę kończysz 18 lat i wejdziesz w nowe, prawdziwe życie. Nie jesteś zwyczajną dziewczyną.
-         Co ty opowiadasz?
-         Dzisiaj pożegnam się już z tobą, muszę lecieć, przygotować dla ciebie godne przyjęcie. Przylecę w sobotę  o godzinie 23.00. Czekaj na mnie, a teraz otwórz okno.
Zrobiła to, o co prosił. Zanim się zorientowała, wyleciał jak mały samolot i zniknął. Długo stała wpatrując się w dal za oknem, zastanawiając się, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy tylko w jej wyobraźni.
Postanowiła, że nie będzie o tym myślała, bo i tak nic nie wymyśli. Poczeka do soboty, na pewno nic się nie wydarzy a ona będzie mogła spokojnie zapomnieć o tym dziwnym robalu, o bardzo mądrych, rozumnych, granatowych oczach. Ale musiała to przyznać, że oczy miał wspaniałe, trochę ją onieśmielały, jednak miały w sobie dużo ciepła i tajemniczości.
Chciałaby mieć takie duże, granatowe oczy, może wtedy chłopaki patrzyliby na nią jak na dziewczynę, a nie tak jak patrzy się na kumpla. Rozmyślając o tym, czego nie ma, a co chciałaby mieć, zasnęła.
Śniło jej się, że jest piękną, zgrabną dziewczyną z ogromnymi granatowymi oczami, która oczarowała wszystkich chłopców, nie tylko w klasie i szkole, ale w całym mieście, a może i na całym świecie. Bardzo to było przyjemne. Szkoda, że trwało tak krótko, bo właśnie wróciła mama i już od progu wołała:
-         Zuzanno, dlaczego nie umyłaś naczyń? O! Widzę, że nie obrałaś ziemniaków na obiad. Co to ma znaczyć?
Zerwała się z tapczanu i pobiegła do kuchni, musi jakoś uspokoić mamę.
-         Przepraszam, ale zasnęłam – wymamrotała – zaraz obiorę ziemniaki a potem pozmywam.
-         Lepiej weź się za zmywanie, a ja zrobię resztę. Tak będzie szybciej.
- Dobrze mamo, już zmywam.
Podeszła do zlewu, odkręciła wodę i nie spiesząc się zbytnio myła szklankę po szklance, talerz po talerzu. Dziwne jak dużo naczyń było brudnych po jednym śniadaniu trzyosobowej rodziny. No chyba wreszcie koniec, zakręciła kran.
- Jeszcze tu stoją  – mama podała jej dwie szklanki ze stołu.
Znowu odkręciła wodę, wzięła pierwszą i chyba za mocno ścisnęła, bo szklanka z wielkim trzaskiem pękła, a szkło posypało się na metalowe dno zlewu. Patrzyła bezmyślnie jak krew ścieka do sitka. Wewnątrz dłoni było brzydkie, głębokie  rozcięcie.
- No na pewno się skaleczyłaś. Pokaż - rozkazała mama.
Już miała wyjąć rękę ze zlewu i pokazać mamie, gdy stała się rzecz niebywała. Rana zaczęła się zasklepiać, aż zniknęła bez śladu. Nigdzie nie było widać ani kapki krwi.
- Nie, nie skaleczyłam się.
- Daj zobaczę. – mama oglądała jej rękę ze wszystkich stron. – Dałabym sobie głowę uciąć, że widziałam krew.
- Ja też – pomyślała Zuzanna.
- Dobrze, że nic się nie stało. Nie skalecz się przy wyjmowania szkła ze zlewu.
- Będę uważała –powiedziała i bardzo ostrożnie wyrzuciła rozbitą szklankę do wiadra pod zlewem.
- No ziemniaki już się gotują. Dobrze, że tata wraca dziś trochę później, nie będzie czekał na obiad.
- A co za sprawę miał do załatwienia we wtorek. Przecież we wtorki zawsze gra z sąsiadami w bilard. Co było ważniejsze od jego ulubionej rozrywki? – to było dla Zuzanny niezrozumiałe.
Wreszcie tata przyszedł. Zjedli spóźniony obiad. Tata wstał i podszedł do drzwi.
- Chodźcie dziewczyny coś Wam pokażę. – i wyszedł do garażu.
Posłusznie poszły za nim.
- Co to? Gdzie twój mercedes? – zawołała Zuzanna. Zamiast mercedesa w garażu stał czerwony garbus, taki o jakim zawsze marzyła.
- Mercedes stoi przed domem, a to jest prezent od nas dla ciebie na osiemnaste urodziny. Taki miał być? Czerwony? – dopytywał tata.
- Tak, tak. Jesteście wspaniali! Dziękuję! Bardzo dziękuję. – jeszcze w to nie wierzyła.- Czy mogę się przejechać?
- No chyba pierwszy raz pojedziesz z tatą. Musisz poznać ten samochód. To nie jest nowoczesny pojazd tak jak wszystkie , którymi do tej pory trochę jeździłaś. – mama jak zwykle przezorna.
- Tato, pojedziemy?- zapytała, ale już wiedziała, że pojadą. Jak to dobrze, że udało jej się zrobić prawo jazdy w wieku 17-tu lat, zanim zmieniono przepisy.
- Może najpierw ja usiądę za kierownicą i wszystko ci pokażę? – zaproponował nieśmiało tata, ale jego mina mówiła, że był przygotowany na odmowę. Nie pomylił się.
- Tato, daj spokój. Co tu pokazywać. Poradzę sobie, zobaczysz. Chodź już, bo dłużej nie wytrzymam.
Wsiedli i pojechali, zostawiając mamę na ulicy przed domem. Ku ogromnemu zdziwieniu ojca Zuzanna radziła sobie nad wyraz dobrze. Chwilami wydawało się, że ten stary samochód jest z nią sprzężony. Tak jakby rozumieli się bez słów, a raczej bez gestu.
Może po godzinie, podjechali pod dom. Mama wybiegła bardzo przejęta.
- No i jak sobie radzi? Może już sama jeździć.
- Moim zdaniem radzi sobie wspaniale. Sam jestem zdumiony, bo chyba radzi sobie z tym zabytkiem lepiej ode mnie.
- Tato nie obrażaj mojej super maszyny. Czy mogę teraz przejechać się sama?
- Wolałabym żebyś została w domu, może na dziś wystarczy. – mama jak zwykle za ostrożna.
- Tato! Przekonaj mamę. Przecież kiedyś musi być ten pierwszy raz. Obiecuję, że będę uważać. Proszę.
- No dobrze, masz tu dokumenty. Jedź ostrożnie. – dobrze, że tata jest taki wyrozumiały.
- Będę za pół godziny. –i już jej nie było.
Niemalże od razu po ruszeniu, poczuła się wolna i lekka jak piórko. Wydawało się, że samochód słucha każdego jej polecenia, nawet słownego. Było wspaniale. Podjechała pod najbliższy sklep, bo zauważyła, że stoją tam jej koledzy. Chciała się od razu pochwalić. Tak jak się spodziewała, jej czerwony garbus wywołał niemałą sensację. Chwilę pogadała ze znajomymi i postanowiła wrócić do domu, żeby nie stresować rodziców. I teraz stała się rzecz straszna, zawracając zahaczyła zderzakiem o kant budynku. Na białym tynku powstała duża czerwona smuga, a na błyszczącym zderzaku i częściowo na błotniku widniały wyraźne białe smugi. Jak to się mogło stać? Ten mur był stanowczo za blisko jej pięknego garbusa.
- Nic się nie stało. – pocieszali ja koledzy. – To można łatwo wypolerować i nie będzie po tym śladu.
- Możliwe – powiedziała bez przekonania i pojechała do domu.
Tata wybiegł przed dom i oczywiście od razu zauważył ślady otarcia.
- Gdzie byłaś? – zapytał.
- Przed sklepem. – odpowiedziała bez entuzjazmu.
- A widzę, że przywiozłaś nam jego kawałek, ale nie przejmuj się,
 to nic takiego zaraz to zlikwidujemy. Może dobrze się stało, teraz będziesz ostrożniejsza. Nie mówmy o tym mamie, żeby jej nie denerwować. No chodź do domu, później to wypolerujemy.
- Dzięki tato.
- No dobrze już, idź odrobić lekcje. Jak skończysz to zajmiemy się tym otarciem na zderzaku.
- Tato, dziś mam mało zadane, może najpierw zajmijmy się tym polerowaniem, bo później zrobi się ciemno.
- No jak masz mało, to szybko zrobisz i będziemy mieli czas do kolacji.
Niestety nie udało się przekonać ojca i chcąc nie chcąc, poszła do swojego pokoju i zabrała się za najbardziej znienawidzone zajęcie. O dziwo zrobiła wszystko szybciej niż się spodziewała. Natychmiast pobiegła do salonu.
- O nie! - Ojciec spał na swoim ulubionym rozkładanym fotelu i głośno chrapał. Zaczęła intensywnie myśleć: Tato obudź się, tato obudź się. Chyba się uda, bo chrapanie ucichło, a następnie otworzyło się jedno oko a później drugie.
- Długo tu stoisz? Odrobiłaś lekcje? – grad pytań.
- Odrobiłam, nie stoję długo. – odparła.
- Dobrze, daj mi pięć minut, zaraz będę gotowy. Idź tymczasem do garażu i przygotuj jakieś szmaty, zaraz do ciebie dołączę.
- Biegnę. – i już jej nie było.   
Rzeczywiście wszystko zniknęło ze zderzaka, wyglądał jak nowy i wcale nie zajęło to zbyt dużo czasu.
- Tato, będę mogła pojechać nim  jutro do szkoły? – zapytała nieśmiało.
- Myślę, że tak, ale musimy jeszcze uzgodnić to z mamą. Nie martw się na pewno ją przekonamy.
Oczywiście nie było tak łatwo jak się tacie wydawało, ale po złożeniu obietnicy, że nie będzie przekraczała nigdzie dozwolonej prędkości i da znać jak tylko dojedzie do szkoły i jak wróci do domu, mama uległa.
Rano tata ostrzegł ją, żeby nie woziła na razie nikogo z kolegów i nie pozwalała nikomu usiąść za kierownicą. Po zapewnieniu, że zastosuje się do sugestii rodziców, odjechała spod domu. Bez większych trudności dojechała do Wisłostrady. Momentami wydawało się jej, że ten samochód z nią współpracuje, pomaga się prowadzić. Czuła się cudownie. Postanowiła, że sprawdzi jakie przyspieszenie ma jej silnik. Nadepnęła gaz i stała się rzecz niewiarygodna. Samochód odmówił dalszej jazdy, silnik zgasł. Wykorzystując resztę pędu zjechała na pobocze. Co jest? Spróbowała zapalić, ale silnik nie miał zamiaru zaskoczyć.
Chyba trzeba będzie  zadzwonić do taty. Sięgnęła do torby po telefon i już miała wybrać numer, gdy usłyszała czyjś, bardzo sympatyczny głos:
- Nie musisz dzwonić, zaraz mogę uruchomić silnik, wystarczy, że będziesz rozsądna i będziesz dotrzymywała złożonych rodzicom obietnic.
- Słucham? Kto do mnie mówi? Jakich obietnic?
- Jak to jakich? Przekroczyłaś prędkość  i to bardzo znacznie, wtedy wyłączyłem silnik.
- Kto wyłączył silnik? Ty to znaczy kto?
- Ja czyli Twój samochód.
- No nie, dzwonię po ojca.
- Nie dzwoń, nie fatyguj go nie jest nam potrzebny.
- Nam? Nam nie jest potrzebny?
- Tak, nam. Zaraz może być po kłopocie. Nie zastanawiaj się dłużej bo spóźnisz się do szkoły.
- Nad czym mam się nie zastanawiać?
- Nad przyrzeczeniem, że nie będziesz więcej przekraczała prędkości.
- Komu mam obiecać?
- Mnie.
- Czyli bezdusznej maszynie? Co ja gadam?
- No właśnie , co ty gadasz? Maszynie ,tak, ale dlaczego bezdusznej?
- Dobrze już, włącz silnik, nie przekroczę  prędkości.
- Włączam, ale wiedz, że w każdej chwili mogę go wyłączyć.
- Dobrze już dobrze, włączaj.
Niebywałe, silnik zapalił bez problemu. Tego dnia nie miała już żadnych problemów z samochodem. Po przyjeździe do szkoły zadzwoniła do mamy. Oczywiście nie powiedziała jej o swojej przygodzie, bo właściwie tak do końca nie rozumiała tego co ją spotkało.   Przemyśli wszystko jak wróci do domu. O dziwo nie dostała żadnej pały. Ostatnio rzadko jej się to zdarzało. Wróciła do domu bardzo zadowolona. Znowu powiadomiła mamę o swoim szczęśliwym powrocie i poszła do kuchni pozmywać naczynia.   Nastawiła zupę, obrała ziemniaki do drugiego dania i poszła odrabiać lekcje. Rodzice nie kryli zdumienia i zadowolenia, że wszystko było zrobione. Po obiedzie usłyszała jak mama mówi do taty:
- Chyba miałeś rację, ten samochód ją bardzo odmienił. Tylko nie wiadomo na jak długo.
- Mam nadzieję, że na zawsze. – odparł tata z nadzieją w głosie.
Tato obiecuję, że się nie zawiedziesz, pomyślała.
Wreszcie , sobota. Prawie zapomniała o robalu. Po dosyć hucznych rodzinnych urodzinach, postanowiła się położyć i właśnie wtedy przypomniała sobie o śmiesznym stworzeniu, gadającym ludzkim głosem i dostała histerycznego śmiechu. Śmiała się tak głośno, że aż mama zajrzała do niej, pytając czy wszystko w porządku.  
Jednak śmiech nie trwał długo. Około godziny 23.30 usłyszała pukanie w okno. Niebywałe po drugiej stronie na parapecie siedział znajomy robal. Przez chwilę zastanawiała się czy otworzyć, wreszcie postanowiła jednak otworzyć i dowiedzieć się czego może od niej chcieć ten śmieszny stworek. Od razu przystąpił do rzeczy.
- Ubieraj się , lecimy.
- Dokąd?
- Dowiesz się na miejscu.
- Nigdzie nie polecę, dokąd nie dowiem się dokąd. Jak to polecę? Czym?
- Niczym, umiesz latać.
- Muszę chyba być bardzo zmęczona, bo słyszę jakieś brednie.
- Nie brednie, spróbuj. Powiedz sobie: latam, a zaraz uniesiesz się w górę.
- No mówię: Latam.
No i stała się rzecz niebywała. Prawie natychmiast uniosła się do góry, czuła się lekka jak piórko.
- Widzisz, umiesz latać. Niebawem dowiesz się ile jeszcze ciekawych rzeczy umiesz o których zwykli śmiertelnicy mogą tylko pomarzyć.
- Zaczyna mnie to intrygować.
- To co lecimy?
- Dokąd?
- Jak to na Łysą Górę. Dziś odbywa się tam sabat czarownic. Właśnie tam zostaniesz wprowadzona w dorosłe życie. Pospiesz się bo dokładnie o 23.55 skończysz 18 lat i o tej godzinie musisz tam być, bo inaczej nigdy nie zostaniesz czarownicą. Chcesz lecieć czy nie?
- Chcę.
- To lecimy.
Polecieli. Po kilku minutach byli na miejscu. Cała góra była oświetlona i ubrana w piękne kwiaty. Wszędzie krzątały się jakieś kobiety w niczym nie przypominające czarownic. W pewnym momencie usłyszała gong. Który wybił 18 uderzeń. Gdy przebrzmiało ostatnie uderzenie, tak jakby spod ziemi pojawiła się przed nią piękna kobieta która odezwała się:
- Zuzanno witaj w naszym gronie, od dzisiaj jesteś 123 czarownicą zrzeszoną w naszym Klubie. Dostaniesz za chwilę przewodnik po czarach z którego będziesz korzystała ściśle według wskazówek, które są w nim zawarte. Jeżeli złamiesz zasady zostaniesz wykluczona z klubu. Co miesiąc spotykamy się tu na narady lub w celu przyjęcia nowej członkini. Masz dar czynienia czarów, ale musisz go wykorzystywać tylko w słusznej sprawie. Jeżeli nie masz do mnie pytań zapraszam do udziału w naradzie.
- Mam jedno pytanie. Po kim odziedziczyłam ten dar?
- Po swojej matce.
- Jak to? Przecież ona nie jest czarownicą.
- Nie jest bo w dniu swoich osiemnastych urodzin, odmówiła pozostania nią. Ty nie odmówiłaś i dlatego bardzo się cieszymy, że jesteś z nami.
- Czy ona to pamięta?
- Nie, wszystko zostało wymazane z jej pamięci. Jeszcze coś?
- Ni, dziękuję już wszystko jest dla mnie jasne.
Narada trwała około dwóch godzin. Później wszystkie kobiety zaczęły znikać. Zuzanna postanowiła, że na nią już czas i wtedy prawie natychmiast znalazła się w swoim pokoju. Postanowiła, że poczyta sobie przewodnik po czarach. Znalazła tam dużo ciekawych rzeczy. Czyżby rzeczywiście umiała robić to wszystko? Postanowiła, że będzie stopniowo to sprawdzała. Z tym postanowieniem usnęła.




piątek, 5 lipca 2013

Albatrea

                                            ALBATREA

Albatrea, to wyspa na środkowym Pacyfiku, zamieszkała przez garstkę ludzi, uprawiających zboża, len bawełnę, owoce i warzywa. Hodują tu niewielką liczbę trzody chlewnej i bydła. Łowią też ryby i inne owoce morza. Praktycznie są samowystarczalni. Wyspa swoją nazwę zawdzięcza albatrosom,  obecnie największym ptakom żyjącym na Ziemi. Do dziś zakładają  one kolonie na północy wyspy, tam gdzie nie ma osiedli ludzkich.
Prawie wszyscy mieszkańcy wyspy to biedacy, żyjący praktycznie z dnia na dzień. Mieszka tam też bardzo bogaty przemysłowiec, będący właścicielem wielkiego koncernu samochodowego. Wraz z rodziną uciekł od zgiełku współczesnego świata i osiedlił się na wyspie,  która wydała mu się rajem. Ma on sześcioletniego syna i półroczną córeczkę. Na wyspie żyje około pięciuset osób w tym  prawie setka dzieci, które w przeciwieństwie do syna przemysłowca nigdy nie opuściły swojej wioski. Nie znają innego świata, nie mają telewizji, ani komputerów. Jednak syn bogacza miał wszystko, ale nie utrzymywał kontaktów z rówieśnikami z wyspy. Pogardzał nimi, tak jak jego ojciec.
Ludzie na wyspie żyli bardzo skromnie, ale byli szczęśliwi, jedynie dzieci zazdrościły synowi przemysłowca, który miał wszystko, jadał wykwintne dania i latał helikopterem na kontynent. Często przechwalał się swoim bogactwem.
Pewnego razu przyglądał się bawiącym rówieśnikom trzymając w ręce kawał pachnącej kiełbasy. Jej zapach zwabił wszystkie okoliczne dzieciaki. Stały z otwartymi buziami przełykając łakomie ślinę. Jeden z nich poprosił:
- Daj kawałek. W odpowiedzi usłyszał:
- Nie dla psa kiełbasa.
Usłyszawszy taką odpowiedź rozpłakał się i pobiegł do domu, a reszta dzieciaków za nim.
Życie na wyspie toczyło się spokojnie, do czasu wielkiej klęski nieurodzaju. Brakowało dosłownie wszystkiego. Piekarz nie miał mąki, bo były kiepskie zbiory zbóż. Wypiekał zaledwie połowę chleba. Nie obrodziły też warzywa, bawełna i len, nie było czy karmić zwierząt. Wtedy mieszkańcy wyspy postanowili udać się po ratunek do przemysłowca, który nie odczuł żadnych braków, bo wszystko przywoził z odległego lądu.
Przedstawili mu swoją trudną sytuację i poprosili o pożyczkę i pomoc w zakupie niezbędnych towarów.
Piekarz poprosił o mąkę.
- Panie nie mam z czego piec chleba, nie utrzymam rodziny.
- A co mnie obchodzi twój chleb i twoja rodzina, trzeba  było być przewidującym. Nic nie dam.
I tak kolejno odmówił pomocy wszystkim, którzy go o nią prosili.

Wrócili do domów i postanowili, że będą sprawiedliwie dzielili wszystko co mają, żeby przetrwać te ciężkie chwile. Wtedy stała się rzecz niebywała. Prawdopodobnie na skutek burzy magnetycznej na Słońcu, wszystkie urządzenia elektroniczne przestały nagle działać.  Bogacz został uwięziony na wyspie, bo ani helikopter, ani łódź motorowa nie chciały odpalić. Im dłużej ta sytuacja trwała, tym bardziej dramatyczna stawała się  sytuacja  jego rodziny. Mieszkańcy wyspy prawie nie zauważyli, że coś się dzieje, bo nie używali żadnych urządzeń elektronicznych. Gdy głód zajrzał w oczy przemysłowcowi, postanowił  wybrać się do wioski żeby kupić trochę jedzenia. Najpierw poszedł do piekarni.
- Poproszę cztery bochenki chleba.
- Nie ma chleba. – odpowiedział piekarz.
- Jak to nie ma? Przecież widzę, że leży na półce.
- Ten bochenek jest dla szewca, ten dla stolarza, ten dla rybaka…… - po kolei wymieniał wszystkich dla których był przeznaczony chleb.
- Sprzedaj mi natychmiast chleb, zapłacę dziesięć razy tyle ile wynosi jego cena.
- Co mi po twoich pieniądzach? Nimi dzieci nie nakarmię, nie mogę sprzedać tobie chleba przeznaczonego dla innych.
 Wściekły bogacz udał się następnie do właściciela krowy.
- Sprzedaj mi dwa litry mleka dla mojej małej córeczki.
- Nie ma mleka. – odparł mleczarz.
- Jak to nie ma. Masz przecież całe wiadro.
- To jest mleko dla syna piekarza, córki szewca, bliźniaków rybaka….- tak wymienił chyba pół wsi.
- Zapłacę ci dziesięć razy więcej.
- A cóż mi po twoich pieniądzach?
- Moja córeczka nie ma co jeść, błagam sprzedaj mi mleko.
- Nie mogę. Jak sprzedam tobie to inne dziecko nie dostanie mleka. Dlaczego twoja córka ma być ważniejsza niż dziecko mojego sąsiada? Czy dlatego, że jesteś bogaty a on biedny?  Kiedy my byliśmy w potrzebie, ty nam odmówiłeś pomocy, mówiąc, że nie obchodzi cię nasz los. Dlaczego nas ma obchodzić twój i twojej rodziny?
Poszedł bogacz do domu, już nie próbował dalej szukać pomocy, bo przypomniał sobie jak potraktował mieszkańców wyspy gdy przyszli go prosić o pożyczkę. Zrobiło mu się bardzo wstyd. No ale cóż nie mógł już cofnąć czasu. W domu czekała na niego zrozpaczona żona i dwoje głodnych dzieci, ale on przyszedł z pustymi rękami. Ich sześcioletni syn wybiegł z płaczem z domu. Poszedł w miejsce gdzie zawsze bawiły się miejscowe dzieciaki. Przyglądał się im z zazdrością patrząc jak zajadają się świeżym chlebem z masłem. Stał przełykając  ślinę i płakał. Wtedy podszedł do niego syn piekarza, ten który poprosił go kiedyś o kawałek kiełbasy i w wyciągniętej ręce podał mu pajdę chleba grubo posmarowaną masłem. Oddał mu swój posiłek. Mały rzucił się na jedzenie jak wygłodzony wilk.
Zauważył to jego ojciec i zawstydził się. On odmówił pomocy ojcu chłopca. Wieczorem mieszkańcy wyspy zebrali się na specjalnym zebraniu. Długo się naradzali. Nazajutrz zapukali do drzwi przemysłowca, każdy przyniósł część swoich zapasów.
- Dzielimy się z wami tym co mamy, jest to skromny dar, ale może pomoże waszej rodzinie przetrwać te trudne czasy.
- Ile się za to wszystko należy?
- To nie jest na sprzedaż . Nie wszystko można kupić.
- Nie wiem jak mam się Wam odwdzięczyć?
- Niczego nie oczekujemy. Będziemy szczęśliwi mogąc pomóc.
I tak codziennie przychodzili do domu przemysłowca, dostarczając mu żywność. Po dwóch miesiącach burza magnetyczna się skończyła i wszystko minęło. Helikopter został uruchomiony i cała rodzina bogacza poleciała na ląd. Nie było ich chyba pół roku a mieszkańcy wyspy zastanawiali się czy nie wyprowadzili się na dobre.
Pewnego wrześniowego dnia na wyspie wylądowały dwa helikoptery. Z jednego wysiadł przemysłowiec z rodziną a z drugiego zaczęto wynosić stosy różnych paczek, które po kolei  roznoszono do domów biedaków na wyspie.  Mieszkańcy wyspy byli bardzo zdziwieni, nie chcieli przyjąć darów od bogacza, zbyt byli dumni, ale on ich przekonał.
- To jest podziękowanie za naukę, którą od Was dostałem. Teraz wiem, ze dzielenie się tym co mamy z innymi, może przynieść wiele radości. Byłem egoistą, ale dzięki Wam już nim nie jestem . Was było stać na to aby podzielić się ze mną tym co mieliście, chociaż mieliście niewiele i uratowaliście moją rodzinę od śmierci głodowej. Na zawsze  pozostanę waszym dłużnikiem.
Każde mieszkające na wyspie dziecko dostało komputer, a każde gospodarstwo domowe telewizor. Bogacz uruchomił na wyspie sieć energetyczną. Od tego czasu każda rodzina na wyspie dostawała co tydzień zapas jedzenia. Na wyspę sprowadzono nauczycieli i założono szkołę. Syn bogacza bawił się razem z dziećmi z wyspy, a ojciec stale mu powtarzał, żeby przy wyborze przyjaciół kierował się, nie ich zamożnością ale szlachetnością.