CZAROWNICA
Ta lekcja
historii stanowczo była za długa i za nudna. Do tego Barnaba był bardzo
irytujący ze swoim „azaliż” „aczkolwiek”. Patrzyła bezmyślnie na ścianę nad
tablicą, po której w tę i z powrotem spacerował jakiś dziwny robal z
wyłupiastymi, granatowymi oczami i nieskończoną liczbą nóg. Kursował tak od
ponad dwudziestu minut między portretem Mieszka I i jego syna Bolka jakiegoś tam.
W końcu zatrzymał się i zaczął ostentacyjnie ziewać, rozdziawiając swoją
ogromną paszczę. Jak widać, Barnaba potrafi zanudzić nawet takie małe, niewinne
stworzenie. W tej chwili robal wydał jej się nawet bardzo sympatyczny. Poczuła,
że między nimi jest jakaś więź.
-
Zuzanno!
Podskoczyła
przerażona.
-
Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Czego ten dziwny,
śmieszny człowiek chce ode mnie? – pomyślała.
-
Zuzanno, proszę powiedz o czym mówiłem przed chwilą. –
na twarzy pana Barnaby malowało się zniecierpliwienie.
Czuła, że
jeszcze chwila a ta lekcja skończy się dla niej tragicznie. No, ale nic na to
nie mogła poradzić, nie miała pojęcia, o czym ten nudziarz truł tyle czasu.
-
Zuzanno, czekam. – ponaglał.
-
No i co z tego, niczego się nie doczekasz – powtarzała
sobie w myślach.
-
Nie przejmuj się – usłyszała, ale nie miała pojęcia,
kto to powiedział. O nie! Będzie chyba musiała iść do psychiatry!
Robal ze
ściany uśmiechał się szeroko i jej głosem recytował jakieś historyczne bzdury a
jej usta poruszały się w rytm głosu. Barnaba oniemiał. Zadawał dodatkowe
pytania, a jej głos płynnie opowiadał ze szczegółami o jakichś bardzo odległych
w czasie wydarzeniach, a jej wydawało się, że przeżyła to wszystko osobiście i
na pewno nie była pozytywną postacią. Inkwizycja, czarownice, stos, dym...
Nagle zaczęła się dusić. Dym wdzierał się do płuc, drażnił oczy, jeszcze chwila
i zemdleje. Zaczęła kasłać.
-
No dobrze, usiądź, starczy. No nie zmuszaj się już do
kaszlu.
Siadając
spojrzała na ścianę, robal dalej tam był. Mało tego, robił jeszcze dziwne miny,
pokazywał język panu Barnabie i przewracał oczami. Spojrzała na zegar. Jeszcze
15 minut tej historycznej męki. Chcę, żeby to się już skończyło. Dzwoń –
pomyślała intensywnie. Jak na rozkaz wskazówki zegara zmieniły położenie i w
tym samym momencie zadzwonił dzwonek. Wybawienie!
-
Co ta lekcja taka krótka? – zaniepokojony Barnaba
spojrzał na zegar, ale
widocznie
zobaczył właściwą godzinę. Wzruszył tylko ramionami, ogłosił koniec lekcji i
wyszedł. Tymczasem robal jakimś cudem znalazł się na jej zeszycie. Chciała go
strzepnąć, ale się nie dało.
-
Co tak walisz tym zeszytem o ławkę? - zapytała Kaśka.
-
Chcę zrzucić z niego tego obleśnego robala.
-
Pokaż, nic na nim nie ma.
-
Jak to nie ma?
Teraz
zrozumiała, że jest z nią coś nie tak. Widzi rzeczy, których nie ma i słyszy
głosy, których nie słychać. Zrezygnowana schowała zeszyt do plecaka. Robala
też, tak, była pewna, że siedzi teraz u
niej w plecaku. Co to za paskudztwo!
Co? Teraz
ma być chemia? Jak to? Zamiast w-fu chemia? Nie, ona się na to nie zgadza. Mimo
protestów całej klasy zamiast w-fu zaczęła się chemia. Trzeba się jakoś ukryć,
ale jak? O! Usiądzie tu – pomyślała – za Bartkiem, jest taki potężny, że na
pewno ją zasłoni. Świetnie usiadła. Będzie miała święty spokój. Siedziała i
bezmyślnie gryzmoliła dziwne esy – floresy. Nagle poczuła jakiś boski zapach.
Przyjemnie drażnił nozdrza i wnikał do płuc. Przymknęła oczy i rozkoszowała się
chwilą.
-
Zuzanno! Co ty robisz? Zachowujesz się jak narkomanka!
– pani profesor
kipiała ze
złości.
-
Dlaczego? Coś tak pięknie pachnie.
-
Pięknie pachnie? Przecież to strasznie śmierdzi! To
siarka!
-
Siarka?
-
Tak, gorąca siarka.
Wciągnęła
jeszcze raz głęboko powietrze do płuc i teraz poczuła.
Och! Fu!
Rzeczywiście okropnie śmierdzi.
Zatkała
nos.
-
No, teraz zachowujesz się normalnie. – uspokoiła się
pani profesor.
Teraz była
pewna. Coś nie jest z nią w porządku. Na pewno czuła zapach, który bardzo jej
się podobał i wyzwalał w niej dziwne uczucia. Nigdy go nie zapomni. Nie wie,
dlaczego później czuła wstrętny zapach siarki, duszący, doprowadzający do
mdłości.
Rozmyślając
o tym, co spotkało ją dzisiaj w szkole, dotarła do domu. Nie zdejmując kurtki i
butów weszła do swojego pokoju, rzuciła się na łóżko i włączyła telewizor. Nie
umiała żyć bez telewizora, oczywiście włączonego. Nie ważne, czy oglądała, czy
nie. Musiał być i musiał być włączony. Robiło się wtedy tak swojsko, przytulnie
i ciepło.
Nie wie,
ile czasu leżała gapiąc się bezmyślnie w szklany ekran. Nie wie nawet, co
oglądała. Trzeba wstać, zdjąć kurtkę i
buty. Przewróciła się na bok, żeby wstać i poczuła, że jakieś ogromne,
granatowe oczy gapią się na nią z dziwnym błyskiem.
-
No nie – pomyślała – znowu te halucynacje. Czy to ten
sam robal?
Wygląda tak
samo, ale jest większy. Może jej się to wszystko śni? A może po prostu jest
bardzo zmęczona. Tak, chyba jest bardzo zmęczona, prześpi się trochę i koszmary
znikną.
-
Zuzanno! – O nie! Znowu wydaje jej się, że robal mówi
do niej.
-
Daj mi spokój, dlaczego mnie prześladujesz?
-
Zuzanno, nadeszła pora, abyś dowiedziała się o sobie
kilku ciekawych rzeczy. W sobotę kończysz 18 lat i wejdziesz w nowe, prawdziwe
życie. Nie jesteś zwyczajną dziewczyną.
-
Co ty opowiadasz?
-
Dzisiaj pożegnam się już z tobą, muszę lecieć,
przygotować dla ciebie godne przyjęcie. Przylecę w sobotę o godzinie 23.00. Czekaj na mnie, a teraz
otwórz okno.
Zrobiła to,
o co prosił. Zanim się zorientowała, wyleciał jak mały samolot i zniknął. Długo
stała wpatrując się w dal za oknem, zastanawiając się, czy to wszystko dzieje
się naprawdę, czy tylko w jej wyobraźni.
Postanowiła,
że nie będzie o tym myślała, bo i tak nic nie wymyśli. Poczeka do soboty, na
pewno nic się nie wydarzy a ona będzie mogła spokojnie zapomnieć o tym dziwnym
robalu, o bardzo mądrych, rozumnych, granatowych oczach. Ale musiała to
przyznać, że oczy miał wspaniałe, trochę ją onieśmielały, jednak miały w sobie
dużo ciepła i tajemniczości.
Chciałaby
mieć takie duże, granatowe oczy, może wtedy chłopaki patrzyliby na nią jak na
dziewczynę, a nie tak jak patrzy się na kumpla. Rozmyślając o tym, czego nie
ma, a co chciałaby mieć, zasnęła.
Śniło jej
się, że jest piękną, zgrabną dziewczyną z ogromnymi granatowymi oczami, która
oczarowała wszystkich chłopców, nie tylko w klasie i szkole, ale w całym
mieście, a może i na całym świecie. Bardzo to było przyjemne. Szkoda, że trwało
tak krótko, bo właśnie wróciła mama i już od progu wołała:
-
Zuzanno, dlaczego nie umyłaś naczyń? O! Widzę, że nie
obrałaś ziemniaków na obiad. Co to ma znaczyć?
Zerwała się
z tapczanu i pobiegła do kuchni, musi jakoś uspokoić mamę.
-
Przepraszam, ale zasnęłam – wymamrotała – zaraz obiorę
ziemniaki a potem pozmywam.
-
Lepiej weź się za zmywanie, a ja zrobię resztę. Tak
będzie szybciej.
-
Dobrze mamo, już zmywam.
Podeszła
do zlewu, odkręciła wodę i nie spiesząc się zbytnio myła szklankę po szklance,
talerz po talerzu. Dziwne jak dużo naczyń było brudnych po jednym śniadaniu
trzyosobowej rodziny. No chyba wreszcie koniec, zakręciła kran.
-
Jeszcze tu stoją – mama podała jej dwie
szklanki ze stołu.
Znowu
odkręciła wodę, wzięła pierwszą i chyba za mocno ścisnęła, bo szklanka z
wielkim trzaskiem pękła, a szkło posypało się na metalowe dno zlewu. Patrzyła
bezmyślnie jak krew ścieka do sitka. Wewnątrz dłoni było brzydkie, głębokie rozcięcie.
-
No na pewno się skaleczyłaś. Pokaż - rozkazała mama.
Już
miała wyjąć rękę ze zlewu i pokazać mamie, gdy stała się rzecz niebywała. Rana
zaczęła się zasklepiać, aż zniknęła bez śladu. Nigdzie nie było widać ani kapki
krwi.
-
Nie, nie skaleczyłam się.
-
Daj zobaczę. – mama oglądała jej rękę ze wszystkich stron. – Dałabym sobie
głowę uciąć, że widziałam krew.
-
Ja też – pomyślała Zuzanna.
-
Dobrze, że nic się nie stało. Nie skalecz się przy wyjmowania szkła ze zlewu.
-
Będę uważała –powiedziała i bardzo ostrożnie wyrzuciła rozbitą szklankę do
wiadra pod zlewem.
-
No ziemniaki już się gotują. Dobrze, że tata wraca dziś trochę później, nie
będzie czekał na obiad.
-
A co za sprawę miał do załatwienia we wtorek. Przecież we wtorki zawsze gra z
sąsiadami w bilard. Co było ważniejsze od jego ulubionej rozrywki? – to było
dla Zuzanny niezrozumiałe.
Wreszcie
tata przyszedł. Zjedli spóźniony obiad. Tata wstał i podszedł do drzwi.
-
Chodźcie dziewczyny coś Wam pokażę. – i wyszedł do garażu.
Posłusznie
poszły za nim.
-
Co to? Gdzie twój mercedes? – zawołała Zuzanna. Zamiast mercedesa w garażu stał
czerwony garbus, taki o jakim zawsze marzyła.
-
Mercedes stoi przed domem, a to jest prezent od nas dla ciebie na osiemnaste
urodziny. Taki miał być? Czerwony? – dopytywał tata.
-
Tak, tak. Jesteście wspaniali! Dziękuję! Bardzo dziękuję. – jeszcze w to nie
wierzyła.- Czy mogę się przejechać?
-
No chyba pierwszy raz pojedziesz z tatą. Musisz poznać ten samochód. To nie
jest nowoczesny pojazd tak jak wszystkie , którymi do tej pory trochę
jeździłaś. – mama jak zwykle przezorna.
-
Tato, pojedziemy?- zapytała, ale już wiedziała, że pojadą. Jak to dobrze, że
udało jej się zrobić prawo jazdy w wieku 17-tu lat, zanim zmieniono przepisy.
-
Może najpierw ja usiądę za kierownicą i wszystko ci pokażę? – zaproponował
nieśmiało tata, ale jego mina mówiła, że był przygotowany na odmowę. Nie
pomylił się.
-
Tato, daj spokój. Co tu pokazywać. Poradzę sobie, zobaczysz. Chodź już, bo
dłużej nie wytrzymam.
Wsiedli
i pojechali, zostawiając mamę na ulicy przed domem. Ku ogromnemu zdziwieniu
ojca Zuzanna radziła sobie nad wyraz dobrze. Chwilami wydawało się, że ten
stary samochód jest z nią sprzężony. Tak jakby rozumieli się bez słów, a raczej
bez gestu.
Może
po godzinie, podjechali pod dom. Mama wybiegła bardzo przejęta.
-
No i jak sobie radzi? Może już sama jeździć.
-
Moim zdaniem radzi sobie wspaniale. Sam jestem zdumiony, bo chyba radzi sobie z
tym zabytkiem lepiej ode mnie.
-
Tato nie obrażaj mojej super maszyny. Czy mogę teraz przejechać się sama?
-
Wolałabym żebyś została w domu, może na dziś wystarczy. – mama jak zwykle za
ostrożna.
-
Tato! Przekonaj mamę. Przecież kiedyś musi być ten pierwszy raz. Obiecuję, że
będę uważać. Proszę.
-
No dobrze, masz tu dokumenty. Jedź ostrożnie. – dobrze, że tata jest taki
wyrozumiały.
-
Będę za pół godziny. –i już jej nie było.
Niemalże
od razu po ruszeniu, poczuła się wolna i lekka jak piórko. Wydawało się, że
samochód słucha każdego jej polecenia, nawet słownego. Było wspaniale.
Podjechała pod najbliższy sklep, bo zauważyła, że stoją tam jej koledzy.
Chciała się od razu pochwalić. Tak jak się spodziewała, jej czerwony garbus
wywołał niemałą sensację. Chwilę pogadała ze znajomymi i postanowiła wrócić do
domu, żeby nie stresować rodziców. I teraz stała się rzecz straszna, zawracając
zahaczyła zderzakiem o kant budynku. Na białym tynku powstała duża czerwona
smuga, a na błyszczącym zderzaku i częściowo na błotniku widniały wyraźne białe
smugi. Jak to się mogło stać? Ten mur był stanowczo za blisko jej pięknego
garbusa.
-
Nic się nie stało. – pocieszali ja koledzy. – To można łatwo wypolerować i nie
będzie po tym śladu.
-
Możliwe – powiedziała bez przekonania i pojechała do domu.
Tata
wybiegł przed dom i oczywiście od razu zauważył ślady otarcia.
-
Gdzie byłaś? – zapytał.
-
Przed sklepem. – odpowiedziała bez entuzjazmu.
-
A widzę, że przywiozłaś nam jego kawałek, ale nie przejmuj się,
to nic takiego zaraz to zlikwidujemy. Może
dobrze się stało, teraz będziesz ostrożniejsza. Nie mówmy o tym mamie, żeby jej
nie denerwować. No chodź do domu, później to wypolerujemy.
-
Dzięki tato.
-
No dobrze już, idź odrobić lekcje. Jak skończysz to zajmiemy się tym otarciem
na zderzaku.
-
Tato, dziś mam mało zadane, może najpierw zajmijmy się tym polerowaniem, bo
później zrobi się ciemno.
-
No jak masz mało, to szybko zrobisz i będziemy mieli czas do kolacji.
Niestety
nie udało się przekonać ojca i chcąc nie chcąc, poszła do swojego pokoju i
zabrała się za najbardziej znienawidzone zajęcie. O dziwo zrobiła wszystko
szybciej niż się spodziewała. Natychmiast pobiegła do salonu.
-
O nie! - Ojciec spał na swoim ulubionym rozkładanym fotelu i głośno chrapał.
Zaczęła intensywnie myśleć: Tato obudź się, tato obudź się. Chyba się uda, bo
chrapanie ucichło, a następnie otworzyło się jedno oko a później drugie.
-
Długo tu stoisz? Odrobiłaś lekcje? – grad pytań.
-
Odrobiłam, nie stoję długo. – odparła.
-
Dobrze, daj mi pięć minut, zaraz będę gotowy. Idź tymczasem do garażu i
przygotuj jakieś szmaty, zaraz do ciebie dołączę.
-
Biegnę. – i już jej nie było.
Rzeczywiście
wszystko zniknęło ze zderzaka, wyglądał jak nowy i wcale nie zajęło to zbyt
dużo czasu.
-
Tato, będę mogła pojechać nim jutro do
szkoły? – zapytała nieśmiało.
-
Myślę, że tak, ale musimy jeszcze uzgodnić to z mamą. Nie martw się na pewno ją
przekonamy.
Oczywiście
nie było tak łatwo jak się tacie wydawało, ale po złożeniu obietnicy, że nie
będzie przekraczała nigdzie dozwolonej prędkości i da znać jak tylko dojedzie
do szkoły i jak wróci do domu, mama uległa.
Rano
tata ostrzegł ją, żeby nie woziła na razie nikogo z kolegów i nie pozwalała
nikomu usiąść za kierownicą. Po zapewnieniu, że zastosuje się do sugestii
rodziców, odjechała spod domu. Bez większych trudności dojechała do Wisłostrady.
Momentami wydawało się jej, że ten samochód z nią współpracuje, pomaga się
prowadzić. Czuła się cudownie. Postanowiła, że sprawdzi jakie przyspieszenie ma
jej silnik. Nadepnęła gaz i stała się rzecz niewiarygodna. Samochód odmówił
dalszej jazdy, silnik zgasł. Wykorzystując resztę pędu zjechała na pobocze. Co
jest? Spróbowała zapalić, ale silnik nie miał zamiaru zaskoczyć.
Chyba
trzeba będzie zadzwonić do taty.
Sięgnęła do torby po telefon i już miała wybrać numer, gdy usłyszała czyjś,
bardzo sympatyczny głos:
-
Nie musisz dzwonić, zaraz mogę uruchomić silnik, wystarczy, że będziesz
rozsądna i będziesz dotrzymywała złożonych rodzicom obietnic.
-
Słucham? Kto do mnie mówi? Jakich obietnic?
-
Jak to jakich? Przekroczyłaś prędkość i
to bardzo znacznie, wtedy wyłączyłem silnik.
-
Kto wyłączył silnik? Ty to znaczy kto?
-
Ja czyli Twój samochód.
-
No nie, dzwonię po ojca.
-
Nie dzwoń, nie fatyguj go nie jest nam potrzebny.
-
Nam? Nam nie jest potrzebny?
-
Tak, nam. Zaraz może być po kłopocie. Nie zastanawiaj się dłużej bo spóźnisz
się do szkoły.
-
Nad czym mam się nie zastanawiać?
-
Nad przyrzeczeniem, że nie będziesz więcej przekraczała prędkości.
-
Komu mam obiecać?
-
Mnie.
-
Czyli bezdusznej maszynie? Co ja gadam?
-
No właśnie , co ty gadasz? Maszynie ,tak, ale dlaczego bezdusznej?
-
Dobrze już, włącz silnik, nie przekroczę
prędkości.
-
Włączam, ale wiedz, że w każdej chwili mogę go wyłączyć.
-
Dobrze już dobrze, włączaj.
Niebywałe,
silnik zapalił bez problemu. Tego dnia nie miała już żadnych problemów z
samochodem. Po przyjeździe do szkoły zadzwoniła do mamy. Oczywiście nie
powiedziała jej o swojej przygodzie, bo właściwie tak do końca nie rozumiała
tego co ją spotkało. Przemyśli wszystko
jak wróci do domu. O dziwo nie dostała żadnej pały. Ostatnio rzadko jej się to
zdarzało. Wróciła do domu bardzo zadowolona. Znowu powiadomiła mamę o swoim
szczęśliwym powrocie i poszła do kuchni pozmywać naczynia. Nastawiła zupę, obrała ziemniaki do drugiego
dania i poszła odrabiać lekcje. Rodzice nie kryli zdumienia i zadowolenia, że
wszystko było zrobione. Po obiedzie usłyszała jak mama mówi do taty:
-
Chyba miałeś rację, ten samochód ją bardzo odmienił. Tylko nie wiadomo na jak
długo.
-
Mam nadzieję, że na zawsze. – odparł tata z nadzieją w głosie.
Tato
obiecuję, że się nie zawiedziesz, pomyślała.
Wreszcie
, sobota. Prawie zapomniała o robalu. Po dosyć hucznych rodzinnych urodzinach,
postanowiła się położyć i właśnie wtedy przypomniała sobie o śmiesznym
stworzeniu, gadającym ludzkim głosem i dostała histerycznego śmiechu. Śmiała
się tak głośno, że aż mama zajrzała do niej, pytając czy wszystko w porządku.
Jednak
śmiech nie trwał długo. Około godziny 23.30 usłyszała pukanie w okno. Niebywałe
po drugiej stronie na parapecie siedział znajomy robal. Przez chwilę zastanawiała
się czy otworzyć, wreszcie postanowiła jednak otworzyć i dowiedzieć się czego
może od niej chcieć ten śmieszny stworek. Od razu przystąpił do rzeczy.
-
Ubieraj się , lecimy.
-
Dokąd?
-
Dowiesz się na miejscu.
-
Nigdzie nie polecę, dokąd nie dowiem się dokąd. Jak to polecę? Czym?
-
Niczym, umiesz latać.
-
Muszę chyba być bardzo zmęczona, bo słyszę jakieś brednie.
-
Nie brednie, spróbuj. Powiedz sobie: latam, a zaraz uniesiesz się w górę.
-
No mówię: Latam.
No
i stała się rzecz niebywała. Prawie natychmiast uniosła się do góry, czuła się
lekka jak piórko.
-
Widzisz, umiesz latać. Niebawem dowiesz się ile jeszcze ciekawych rzeczy umiesz
o których zwykli śmiertelnicy mogą tylko pomarzyć.
-
Zaczyna mnie to intrygować.
-
To co lecimy?
-
Dokąd?
-
Jak to na Łysą Górę. Dziś odbywa się tam sabat czarownic. Właśnie tam
zostaniesz wprowadzona w dorosłe życie. Pospiesz się bo dokładnie o 23.55
skończysz 18 lat i o tej godzinie musisz tam być, bo inaczej nigdy nie
zostaniesz czarownicą. Chcesz lecieć czy nie?
-
Chcę.
-
To lecimy.
Polecieli.
Po kilku minutach byli na miejscu. Cała góra była oświetlona i ubrana w piękne
kwiaty. Wszędzie krzątały się jakieś kobiety w niczym nie przypominające
czarownic. W pewnym momencie usłyszała gong. Który wybił 18 uderzeń. Gdy
przebrzmiało ostatnie uderzenie, tak jakby spod ziemi pojawiła się przed nią
piękna kobieta która odezwała się:
-
Zuzanno witaj w naszym gronie, od dzisiaj jesteś 123 czarownicą zrzeszoną w
naszym Klubie. Dostaniesz za chwilę przewodnik po czarach z którego będziesz korzystała
ściśle według wskazówek, które są w nim zawarte. Jeżeli złamiesz zasady
zostaniesz wykluczona z klubu. Co miesiąc spotykamy się tu na narady lub w celu
przyjęcia nowej członkini. Masz dar czynienia czarów, ale musisz go
wykorzystywać tylko w słusznej sprawie. Jeżeli nie masz do mnie pytań zapraszam
do udziału w naradzie.
-
Mam jedno pytanie. Po kim odziedziczyłam ten dar?
-
Po swojej matce.
-
Jak to? Przecież ona nie jest czarownicą.
-
Nie jest bo w dniu swoich osiemnastych urodzin, odmówiła pozostania nią. Ty nie
odmówiłaś i dlatego bardzo się cieszymy, że jesteś z nami.
-
Czy ona to pamięta?
-
Nie, wszystko zostało wymazane z jej pamięci. Jeszcze coś?
-
Ni, dziękuję już wszystko jest dla mnie jasne.
Narada
trwała około dwóch godzin. Później wszystkie kobiety zaczęły znikać. Zuzanna
postanowiła, że na nią już czas i wtedy prawie natychmiast znalazła się w swoim
pokoju. Postanowiła, że poczyta sobie przewodnik po czarach. Znalazła tam dużo
ciekawych rzeczy. Czyżby rzeczywiście umiała robić to wszystko? Postanowiła, że
będzie stopniowo to sprawdzała. Z tym postanowieniem usnęła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz