sobota, 29 czerwca 2013

PLAN LOTU


Ziemia rok 2030. Europa Środkowa. Baza Międzynarodowych Lotów Kosmicznych.

   Zaczynamy odliczanie. – poinformował wszystkich zgromadzonych na kosmodromie, miły kobiecy głos. Wszystkie głowy odwróciły się w kierunku ogromnego zegara, na którym wyświetlały się kolejno liczby :
 50, 49, 48......
 Sześć osób w obszernych, srebrnych kombinezonach, leżało prawie bez ruchu w rozłożonych fotelach. Wszyscy byli zapięci grubymi sztywnymi pasami. Wyglądało na to, że cierpliwie czekali na to co miało nastąpić. Niektórzy wymienili między sobą ledwo zauważalne pod hełmami uśmiechy, które zdawały się mówić: uf, nareszcie!!!!
 Tymczasem odliczanie trwało dalej: 21, 20, 19...
Jeszcze tylko kilka sekund, a nasze marzenie się spełni. - pomyślał mężczyzna w fotelu pośrodku. Najprawdopodobniej był to dowódca, na to przynajmniej wskazywała jego pozycja w kabinie.
  …..4, 3, 2, 1....
Po tych słowach pojazd w którym się znajdowali, wpadł w dziwne drgania, którym towarzyszył ryk silników. Jeszcze chwila, a nie będzie już odwrotu.  Klamka zapadła, rozpoczynali swoją podróż, niektórzy pierwszą. Tylko dowódca, Klemens Borecki i pierwszy oficer, Aldona Materska, mieli doświadczenie w lotach międzyplanetarnych. Dla pozostałych był to chrzest. Nie kryli swojego podniecenia, ale też i strachu przed nieznanym. Nikt,  tak naprawdę nie wiedział, jak długo potrwa ta misja i jakie ma szanse powodzenia. Zdecydowano się podjąć tę  próbę  teraz, bo w zasadzie nic już nie można było  zrobić, aby zapewnić większe bezpieczeństwo kosmonautom. Międzynarodowa Komisja do Spraw Kosmicznych orzekła, że stopień ryzyka jest na tyle mały, że można zrealizować przedsięwzięcie. Gra była warta świeczki, mieli się przekonać czy w odległym świecie istnieje życie, chociaż trochę podobne do naszego. Niektórzy członkowie załogi zadawali sobie pytanie, czy po powrocie na Ziemię, jeżeli w ogóle powrót nastąpi, zobaczą się ze swoimi najbliższymi. Tam gdzie zmierzali czas płynął inaczej niż na Ziemi. Zdaniem naukowców podobno dziesięć razy wolniej niż na naszej Planecie. A może badacze pomylili się i czas płynął tak samo, a może szybciej. Czy czas może płynąć różnie w różnych częściach wszechświata? Dla nas Ziemian, jest to niewyobrażalne. No cóż, uczestnicy wyprawy mieli się o tym przekonać na własnej skórze. Lecieli ku nieznanemu, ale zgodzili się na to dobrowolnie, byli  ochotnikami. Niczego nie żałowali, przeciwnie, rozpierała ich duma, czuli się wybrańcami.
  Po kilkunastu minutach z głośników rozległ się komunikat: Parametry lotu ustawione, prędkość wyrównana.
 Niemalże w tym samym momencie, pasy przytrzymujące ludzi w fotelach odpięły się same.
  Możecie zdjąć kaski i kombinezony – kontynuował głos z głośników.  Tak jakby na jedną komendę wszyscy podnieśli się. Powoli zdjęli hełmy. Teraz dopiero można było zobaczyć, że wśród nich były dwie kobiety i czterech mężczyzn. Jedną z kobiet była wymieniona wcześniej Aldona Materska, doświadczony nawigator, druga to Tamara Brodzka lekarz i mikrobiolog. Dowódcą statku był bardzo doświadczony pilot, mający na swoim koncie, między innymi, dowodzenie wyprawą na Marsa, Klemens Borecki. Pozostali to: mechanik pokładowy, Jakub Pilecki, drugi pilot Maciej Wolski i geolog, profesor Antoni Grodzki. Lecieli do Gwiazdozbioru Wielkiego Psa, bo naukowcy na Ziemi, od dłuższego czasu odbierali dziwne sygnały, które  kryptolodzy zinterpretowali jako zaproszenie od rozumnych istot. Określono dokładnie położenie miejsca z którego były emitowane i dlatego właśnie, wysłano statek do odległego o osiem lat świetlnych gwiazdozbioru.  Była to pierwsza tego typu wyprawa. Jeszcze nikt nie próbował podróży na tak ogromną odległość, mimo opanowania techniki poruszania się materii z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Przygotowywano ją 15 lat. Rakieta, która wyniosła statek w przestrzeń kosmiczną, była użyta po raz pierwszy. Do jej konstrukcji wykorzystano wiele najnowszych technologii, opracowanych wyłącznie na potrzeby tej jednej wyprawy. Mieli nadzieję, że nic nie zawiedzie. Przeprowadzono setki, może nawet tysiące prób w czasie których wszystko przebiegało  bez zarzutu. Start i wyjście z atmosfery były najważniejszą próbą, z której pojazd wyszedł  doskonale. W czasie lotu raczej nic nie mogło zawieść,  ale jednak była to maszyna, no i  nie można było przewidzieć czy statek nie napotka na swojej drodze  przeszkód, które spowolnią jego ruch.
  Powoli wszyscy zdjęli kombinezony.
 - Moi drodzy, witam Was na pokładzie. Mam nadzieję, że dobrze znieśliście start.  Macie jakieś pytania?....... Widzę, że nie. Zatem do roboty, sprawdźmy działanie wszystkich systemów. Każdy wie co ma robić? Jeżeli tak, to zabieramy się do pracy, a później część z nas pójdzie spać. - odezwał się dowódca. - Sprawdzamy parametry lotu, dokonujemy ewentualnych poprawek i kontrolujemy funkcjonowanie przyrządów.  No i jeszcze, musimy ustalić kolejność i skład zmian. Może zróbmy to od razu. Macie może jakieś sugestie? - zapytał.
- Wiem, że wcześniej ustalono, że zmiany będą  dwuosobowe. Czy skład zmian też został z góry ustalony? - zapytała Tamara.
- Właściwie tak, wiecie przecież, że każda zmiana musi posiadać odpowiednie kwalifikacje, ale możemy dokonać małej korekty, jeżeli macie jakieś życzenia. Moim zdaniem każdy skład poza Tamarą z Antonim jest do zaakceptowania.
- No tak, oczywiście rozumiem.
- Czy masz jakieś życzenie, z kim chciałabyś być na zmianie.? - zapytał Klemens.
- Nie, tak tylko zapytałam.
- Jeżeli macie jakieś życzenia w tej materii to chętnie się do nich zastosuję. Ostatecznie zmiany trwają cały rok, więc dobrze by było gdybyście dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Jeżeli nie macie żadnych uwag to może przejdziemy do skonfigurowania par. Ja proponuję tak; pierwsza zmiana oczywiście należy do mnie i może do Tamary? Co Ty na to?
- Bardzo chętnie. - może zbyt szybko zgodziła się Tamara. Można było odnieść wrażenie, że tego oczekiwała. Chyba wszyscy to zauważyli.
- No to pierwsza zmiana z głowy. Na drugą proponuję Aldonę i  Antoniego. Pasuje?
- Oczywiście. - zgodzili się od razu.
- Czyli na trzecią zostają Jakub i Maciej. Nie macie  nic przeciwko temu? - widać było, że Klemens chciałby, żeby wszyscy byli zadowoleni.
- No chyba nie mamy wyboru – odpowiedział Jakub – ale mnie pasuje, nie wiem tylko co na to Maciek?
- W porządku, trzecia zmiana? Bardzo mi pasuje, przynajmniej się wyśpimy, prawda Jakub?
- Masz rację.
- No to super, jedną rzecz mamy z głowy. - Klemens wyraźnie był zadowolony. - Proszę, żeby każdy przygotował się do czekających go obowiązków, tak, żeby po obudzeniu mógł od razu normalnie funkcjonować. Przygotujcie swoje osobiste komputery i  sprawdźcie czy są w ogólnej sieci, wtedy będziecie mogli sobie odtworzyć wszystko co działo się w czasie gdy spaliście.
Wszyscy w skupieniu zajęli się pracą. każdy wprowadzał jakieś dane do komputerów, których w kabinie było  kilkanaście. Po mniej więcej godzinie kolejno meldowali dowódcy gotowość do wykonywania powierzonych im zadań.
- Jeżeli jesteście gotowi, to możemy rozpocząć procedurę zasypiania. Tamara gotowa? - zapytał Klemens.
- Tak, Panie Dowódco. – zameldowała oficjalnie.
- A reszta?
- Jesteśmy gotowi, - odpowiedzieli prawie chórem.
- No to przechodzimy do „sypialni”. - zażartował Klemens.
Po chwili wszyscy znaleźli się w małym pomieszczeniu, gdzie umieszczone były cztery przezroczyste walce, z czymś w rodzaju materaca w środku. Na suficie pełno było rożnego rodzaju kolorowych wskaźników. Klemens podszedł  do rogu pomieszczenia, gdzie stał komputer, włączył go i po kolei zaczął uruchamiać poszczególne walce – łóżka, które otwierały się jedno po drugim. Wszyscy oprócz Tamary i Klemensa założyli na siebie dziwne srebrne dresy i zajęli miejsca w tych cudacznych tubach.
- Gotowi? – zapytał Klemens.
Wszyscy przytaknęli.
- Tamara, możesz podać im te swoje specyfiki. – ciągnął dalej.
- No to zaczynamy. – Tamara odczytywała nazwiska z pojemników i po kolei podała leki całej czwórce.
Po piętnastu minutach wszyscy  spali.
Klemens zamknął wszystkie walce, sprawdził coś w komputerze, ustawił alarm na wypadek gdyby coś nie działało jak należy i wyszli zamykając szczelnie drzwi tej dziwnej sypialni.
- Jak się czujesz? - Zapytał zwracając się do Tamary.
- Nie ukrywam, że trochę dziwnie. Zostaliśmy sami, sami cały rok.
- Damy sobie radę, nie martw się. Musimy teraz umówić się co do naszych dyżurów. Zrobimy tak : teraz przygotujemy razem plan naszego działania i Ty pójdziesz spać, pośpisz osiem godzin. Potem Cię obudzę i popracujemy razem cztery godziny i ja pójdę spać na osiem godzin. Taki cykl pracy opracowałem dla wszystkich zmian. Co Ty na to? Jedno śpi osiem godzin , cztery godziny razem, drugie śpi i znowu cztery godziny razem. I tak przez cały rok.
- Chyba wszystko precyzyjnie dopracowane, chociaż jest to cykl dwudziestogodzinny, a nie dwudziestocztero. Mam nadzieję, że nasze organizmy nie będą miały nic przeciwko temu.
- Ale jako lekarz nie masz nic przeciwko temu?
- Nie, nie mam.
- No to chodźmy do pracy. Musisz jeszcze raz przećwiczyć niektóre procedury. Najważniejsza jest łączność z Ziemią. Ten komputer ją obsługuje, pamiętasz? – powiedział podchodząc do dużego pulpitu. - Musimy co godzinę wysyłać meldunki o stanie lotu. Nie możesz o tym zapomnieć, bo jak wiesz wraz ze zwiększającą się odległością zanika sygnał, który wysyła nasz system anten. Po sile sygnału baza określa nasze położenie. Jak się spóźnisz, wprowadzisz zamęt. Komputer będzie Ci przypominał na piętnaście minut przed każdą godziną. Nie możesz tego przegapić. Jasne?
- Tak. A nie możemy ustawić komputera, żeby sam bez naszego udziału wysyłał te meldunki?
- Nie. Procedura jest taka, że osoba będąca na zmianie wysyła meldunek ze swojego klucza. Jeżeli będzie robił to komputer, to na Ziemi nie będą wiedzieli czy żyjemy, czy tylko maszyna bezmyślnie wykonuje program. Rozumiesz? Mówiliśmy o tym na szkoleniu wielokrotnie.
- Tak, zapomniałam o tym, a to takie logiczne. Wiem, że mam też inne zadania. Chyba znam wszystkie.
-  Znasz. Zresztą jak się wyśpisz to omówimy je od nowa. To nic trudnego. Wszystkim steruje centralny komputer. Ty tylko kontrolujesz wskaźniki.  Gdyby Cię coś bardzo zaniepokoiło  to mnie obudzisz. Zresztą jak wstaniesz będziemy mieli cztery godziny, żeby to wszystko powtórzyć. Jeszcze coś?
- Chyba nie mam pytań, idę spać.
I wyszła do małego pomieszczenia gdzie stał  tapczan, prawie taki jaki miała w swoim maleńkim mieszkanku na dwudziestym piętrze swojego mrówkowca. W pomieszczeniu tym była jeszcze malutka prawie osobna łazienka. Umyła się, przebrała w piżamę, połknęła jakąś tabletkę ze słoiczka na nocnej szafce i położyła się. Zasnęła prawie natychmiast.
Tymczasem Klemens połączył się z Centrum Lotów kosmicznych na Ziemi.
- Cześć Olek! Korzystam z okazji żeby pogadać ostatni raz, bo mniej więcej za godzinę stracimy bezpośrednią łączność. Chciałem zameldować, że wszystko w porządku. Ja mam pierwszą wachtę. Jesteśmy z Tamarą na zmianie. Reszta jest w letargu.
- Gdzie Tamara?
- Poszła spać, ma jeszcze jakieś siedem i pół godziny.
- Widzę, że udało Ci się dobrać pary według swoich potrzeb.
- Co masz na myśli?
- Nie udawaj, wiem co czujesz do Tamary. Ale nie myśl, że mam coś przeciwko. Nawet się cieszę. Macie przecież spędzać ze sobą dużo czasu, więc lepiej żebyście dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Mam nadzieję, że ona czuje to samo.
- Możemy skończyć ten temat?
- Oczywiście.
- Pamiętasz może, złożyłem meldunek. Wszystko przebiega według planu.
- Zapisałem. Trzymajcie się. Powodzenia, wszyscy na Ziemi będą śledzić wasze losy na ile to będzie możliwe. Za chwilę stracimy kontakt głosowy i wizyjny. Zostanie tylko sygnał elektromagnetyczny. Wiesz, że zawsze będziecie mogli nadać wiadomość, ale im będziecie dalej tym później ją otrzymamy. Ale co godzinę będziemy wiedzieli gdzie byliście w chwili wysłania meldunku, no i będziemy pewni, że wszystko z wami, w tym czasie, było w porządku. Zostanie tylko poprawka czasu w związku z odległością. Ale po co ja to mówię, przecież ty to wszystko wiesz.
- Oczywiście, że wiem. Teraz uzmysłowiłeś mi do końca, że tak naprawdę będziemy zdani tylko na siebie.
- Wiedzieliście o tym od początku, ale jestem pewien, że Cię to nie przeraża.
- Raczej nie.
- No to mam nadzieję, do zobaczenia za jakieś dwadzieścia do pięćdziesięciu lat. Będę na Ciebie czekał z szampanem.
- Mam nadzieję, że nikogo nie zawiedziemy.
- Jestem pewien, że nikt nie wykonałby tego zadania lepiej.
Ostatnich słów Klemens już nie usłyszał, bo właśnie łączność została zerwana. Zrobiło mu się smutno. Z Olkiem znali się prawie od urodzenia, czyli jakieś czterdzieści lat. Prawdopodobnie była to ich ostatnia rozmowa. To spotkanie za dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat to był chyba żart ze strony przyjaciela. Wybierając się w tę podróż wiedzieli, jak bardzo jest prawdopodobne, że już nigdy nie zobaczą swoich rodzin ani przyjaciół. Jego mama nazwała go okropnym egoistą, nie chciała żeby leciał. Chyba się nie dziwił, był jedynakiem a mama nie miała ani siostry ani brata. Właściwie została tam sama. Gdy o tym pomyślał, zrobiło mu się żal tej małej szczupłej kobietki, która wcale nie wyglądała na jego matkę, raczej na starszą siostrę. Zawsze był z niej  dumny. Cieszyło go gdy patrzył na osłupiałe miny przyjaciół, którym ją przedstawiał.
- Mamo, kocham Cię bardzo, ale musiałem to zrobić. Mam nadzieje, że kiedyś to zrozumiesz. – powiedział do siebie patrząc w ekran monitora na którym była uśmiechnięta twarz jego matki. – piękna kobieta, na pewno sobie poradzi. Jeszcze będzie ze mnie dumna.
Z tej zadumy wyrwał go dźwięk komputera, który domagał się ustawienia harmonogramu wysyłania meldunków do bazy na Ziemi. Przestał wyć dopiero gdy wszystko było zaprogramowane. Wszedł do małej kuchenki, gdzie zrobił sobie kawę, następnie przeszedł do szklarni, podlał warzywa, zerwał pomidora i wrócił. Zjadł coś z małej zielonej tubki, co smakowało jak groszek z kurczakiem, zagryzł pomidorem i wrócił do sterowni.
- Dobrze, że się uparłem, żeby założyć na statku hodowlę warzyw. Chyba bym nie wytrzymał na tym skondensowanym jedzeniu. Chociaż skrycie przyznał, że nie było takie złe. Nauczyli się w tych laboratoriach robić coś smacznego. Tym lepiej dla nas. – pomyślał.
Sprawdził wszystkie monitory i spojrzał na zegar.
Tamarze zostały jeszcze trzy godziny snu. Szkoda, chciałby, żeby tu była. A swoją drogą ciekawe, jak będzie się czuła sama w sterowni potężnego statku kosmicznego. Nigdy jeszcze nie uczestniczyła w takim locie. Odbyła kilka wycieczek po orbicie okołoziemskiej, ale to nie to samo. Sprawdzano jak jej organizm znosi przeciążenia przy starcie i lądowaniu. Po tych próbach została zakwalifikowana do jego  załogi. Był to ostatni test. Pozostałe przeszła najlepiej spośród dwudziestu innych kandydatów. Nie krył, że spodobała mu się, ta mała brunetka o czarnych, wiecznie śmiejących się oczach. Podczas przygotowań załogi, które trwały prawie cztery lata zżyli się ze sobą bardzo. Klemens pomyślał nawet, że w innych okolicznościach mogliby tworzyć bardzo dobrą parę. Zostali  bliskimi współpracownikami, no i mieli  perspektywę spędzenia reszty życia razem. Może nie tak jak inne pary,  ale to musiało im wystarczyć. Gdy tak rozmyślał, włączył się czerwony alarm. Szybko podbiegł do monitora, żeby sprawdzić co się dzieje. Był to sygnał kursu kolizyjnego.
- Co do diabła? – wrzasnął. – Co to może być na naszym kursie? Chyba tylko jakieś odłamki meteorytów, po prostu śmiecie kosmiczne. - Spojrzał na mapę nieba, nic nie powinno być na kursie. - Ciekawe dlaczego nic nie widać  na monitorach? – analizował sytuację.
Jeszcze raz obejrzał monitory, nic , a alarm kolizyjny wyje jak oszalały. Już miał go wyłączyć, gdy nagle sam zamilkł tak samo niespodziewanie jak się włączył. Jeszcze raz spojrzał na monitory. To co zobaczył po prostu go zaskoczyło. Można powiedzieć ,że na ekranie nic nie ma, a jednak jest. Wyglądało to tak jakby leciały na nich puste, przezroczyste bańki. Dosłownie w ostatniej chwili udało mu się włączyć osłonę grawitacyjną, która pozwoliła  uniknąć, ewentualnego uszkodzenia poszycia kadłuba statku. Dlaczego alarm wyłączył się zanim włączył osłonę? Gdy zastanawiał się od czego zacząć sprawdzanie systemu ostrzeżeń, alarm znowu się włączył. Ekran radaru, tak jak poprzednio był pusty. Ponownie włączył, osłonę grawitacyjną, która wyłączyła się automatycznie, gdy system uznał, że zagrożenie minęło. Tym razem jednak przezroczyste bańki  nie pojawiły się. Alarm znowu zaczął wyć jak oszalały, wyglądało na to, że bez powodu. Gdy włączył osłonę, przestał wyć. Takie zjawisko powtarzało się jeszcze kilka razy i tak samo nagle jak się pojawiało, znikało. Podszedł do centralnego komputera, żeby sprawdzić zapis całego wydarzenia. Zdziwił się bardzo gdy w pamięci nie znalazł żadnego śladu. Wyglądało to tak, jakby nic się nie wydarzyło. Nie mógł uwierzyć, sprawdził jeszcze kilka razy, ale nie znalazł zapisu tego czego był świadkiem. Bardzo dziwne. Chyba nie były to tylko halucynacje?
Rozmyślając o tym co się stało, nie zauważył, że od paru minut w drzwiach stała Tamara i z wielkim zaciekawieniem obserwowała go. W końcu zapytała:
- Czy stało się coś nieprzewidzianego?
- O nie śpisz już? – dopiero jak się odezwała , zobaczył, że nie jest sam.
- Nie śpię, bo budzik zadzwonił. Minęło już osiem godzin, jestem wyspana i wypoczęta. Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Co się stało?
- Nic szczególnego. Po prostu alarm się włączał i tylko raz było to ostrzeżenie przed, być może  meteorytami. W pozostałych przypadkach nic się nie działo.
- Sprawdziłeś zapis?
- Oczywiście.
- I co?
- I nic.
- Jak to nic?
- No nic, nie ma żadnego zapisu, nigdzie.
- Jak to możliwe?
- Właśnie się zastanawiałem, gdy weszłaś.
- I co z tym zrobimy?
- Nic nie możemy zrobić. Mam nadzieję, że to tylko mała usterka, naprawiona przez centralny komputer. Zresztą zaraz się o tym przekonamy. Tymczasem zjedz coś.
- A ty?
- Coś przekąsiłem gdy spałaś.
- Może razem coś zjemy, nie lubię jeść sama.
- Dobrze, zjemy razem, ale już nie marudź.
- Ja marudzę?
- To może ja?
- To Ty jeszcze nie widziałeś  jak można marudzić.
- Dobrze  idź już i zobacz co tam jest do jedzenia, ale nie nastawiaj się na wykwintny posiłek. Zaraz przyjdę, tylko sprawdzę i ewentualnie poprawię parametry.
Gdy Tamara wyszła, Klemens podszedł do głównego pulpitu i zaczął coś sprawdzać. Postukał trochę w klawiaturę, wcisnął „enter” i poszedł do małej kuchenki. Tamara już na niego czekała. To dziwne jak potrafiła przygotować posiłek. Stół wyglądał tak jak kiedyś u mamy, chociaż potrawy, którymi dysponowali  w najmniejszym stopniu nie przypominały tamtych z dzieciństwa. Smak też nie ale i tak jak na warunki, było bardzo smaczne.
- Widzę, że jesteś mistrzynią kuchni, Jak udało Ci się to wszystko wyczarować?
- Tajemnica,  możesz następnym razem mi pomóc, to też będziesz umiał. A, chciałam Cię o coś zapytać.
- Tak?
- Byłeś w szklarni?
- Tak.
- Nie zauważyłeś nic dziwnego?
- Nie, a Ty coś zauważyłaś?
- Właśnie nie wiem, wszędzie na podłodze jest pełno jakiejś dziwnej galarety.
- Galarety?
- Tak, przezroczystej, błyszczącej galarety. Możesz sprawdzić.
- Chodźmy tam od razu.- I zanim Tamara zdążyła się odwrócić, już go nie było. Dogoniła go, gdy otwierał drzwi szklarni. Stali przez chwilę w osłupieniu, obserwując pomieszczenie. Wszędzie, dosłownie wszędzie , na podłodze, na ścianach a nawet na roślinach pełno było, dziwnej przezroczystej ruchomej galarety, która sprawiała wrażenie, że oddycha.
- Co to jest u diabła? – Klemens wpatrywał się w dziwne trzęsące się twory. – Skąd to się tutaj wzięło?
- Nie wiem, ale mam zamiar to zbadać. Zaraz pobiorę próbki. - Mówiąc to Tamara schyliła się do najbliższej kupki galarety i wtedy stała się rzecz niewyobrażalna. Galareta zaczęła uciekać!!! I to w takim tempie,  że ledwo mogli śledzić jej ruchy.
- Klemens! Wygląda na to, że to ma zmysły, słyszy, widzi i myśli. Zaczynam się bać.
- Nie panikuj. Musimy to złapać i zbadać.
- Łatwo powiedzieć , złapać. Tylko jak? Zobacz, prawie wszystkie zlepiły się w jedną kulę. O tam pod stołem. Widzisz?
- Widzę, ale musimy coś wymyślić. Nie pójdę spać, dopóki tego nie zbadamy.
Gdy tylko wypowiedział te słowa, maleńka część galarety oderwała się od głównej kuli i potoczyła w kierunku drzwi. Klemens odruchowo je otworzył. Kulka wytoczyła się na korytarz i bezbłędnie trafiła pod drzwi laboratorium. Tam się zatrzymała, wyraźnie czekając na ich otwarcie. Gdy tylko je otworzyli, odbiła się od podłogi i wskoczyła na blat stołu, gdzie była umieszczona cała aparatura do badania składu chemicznego substancji.
- Niebywałe, ona sama się zbada i pokaże nam z czego jest zbudowana. – Tamara była oszołomiona przebiegiem wydarzeń.
Tymczasem kulka w jakiś tajemniczy sposób uruchomiła mikroskop elektronowy, a następnie na ekranie monitora wyświetlił się skład chemiczny oraz zastosowanie. Wyglądało na to, że jest to substancja organiczna z bardzo dużą zawartością wody, przeznaczona do pielęgnowania roślin. Nie było to  białko, tak jak podejrzewała Tamara.
- Nie przypomina żadnej substancji, która występuje na Ziemi. Bardzo dziwny skład. W jej składzie jest  coś co nie występuje w Tablicy Mendelejewa.
- Co znaczy, nie występuje w Tablicy Mendelejewa? Sugerujesz, że to jakiś obcy pierwiastek? Nie odkryty do tej pory?
- Tak, mało tego, nie mogę powiedzieć nie odkryty, bo nie ma na niego miejsca w tak skonstruowanej tablicy. Myślę, że nie ma go na naszej Planecie.
- Nic z tego nie rozumiem. Skąd do diabła wziął się na naszym statku, skoro nie występuje na Ziemi?
- Nie mam pojęcia.
Gdy oni  zastanawiali się skąd wzięła się dziwna substancja, kulka przeprowadziła jeszcze jeden test. Podskoczyła do doniczki z ulubioną azalią Tamary i zanim się zorientowali co chce zrobić, oplotła gałązki jakąś dziwną nicią. Roślina w oka mgnieniu zwiększyła swoje rozmiary, listki nabrały koloru świeżej zieleni a kwiaty z bladoróżowych stały się wyraziście czerwone.
- Ona chyba chce nam powiedzieć, że potrafi regenerować rośliny. – powiedziała Tamara z ogromnym niedowierzaniem.
- Co ty gadasz, KOBIETO! Jak taka kupa galarety może nam coś powiedzieć, chyba sama w to nie wierzysz. Co za brednie. Opamiętaj się, bo zaraz coś mnie  trafi .
- Nie denerwuj się. Przecież my bardzo mało wiemy na temat życia we wszechświecie. Teraz mamy na to dowód.
- Jaki dowód? Co Ty gadasz? Chyba sama w to nie wierzysz?
- Chyba zaczynam wierzyć. Tak, jestem nawet pewna, że to jest jakaś forma życia, którego nie znamy i dlatego nie rozumiemy jak ono funkcjonuje.
- Twierdzisz więc, że ta kupa galarety, to jakaś rozumna forma życia?
- Wszystko na to wskazuje.
- Nie, ja chyba śnię. Weź się w garść i zacznij myśleć racjonalnie.
- Właśnie to robię. To ty zacznij myśleć logicznie. Dla mnie jest oczywiste, że jest to rozumna forma życia. Całe szczęście nastawiona do nas przyjaźnie.
- A jak się tu znalazła? Może mi to łaskawie wytłumaczysz. Masz jakieś logiczne wyjaśnienie?
- Jeszcze nie mam, ale myślę, że razem coś wymyślimy.
- Ja na pewno nic nie wymyślę. Dla mnie to jakiś absurd.
- Pomyśl, może jak spałam zdarzyło się coś dziwnego, coś czego nie można wytłumaczyć w jakiś racjonalny sposób.
- Nic takiego sobie nie przypominam.
- Proszę Cię, zastanów się, byłeś sam osiem godzin. Cały czas obserwowałeś przyrządy?
- Tak…. Zaraz, zaraz.
- Co?
- Masz rację. Było takie dziwne zjawisko. W pewnym momencie włączył się alarm kolizyjny a na ekranie monitorów nic nie było. Wył jak oszalały.
- No tak, mówiłeś mi o tym.
-  Ale nie mówiłem Ci, że raz na ekranie pojawiły się przezroczyste bańki.
- Jakie bańki?
- Po prostu, bańki. Widziałaś kiedyś bańki mydlane?
- Nie żartuj.
- Wcale nie jest mi do śmiechu.
- Chyba wiem o co chodzi. Te bańki to chyba nasza galareta. Przynajmniej wszystko na to wskazuje.
- A jak niby dostała się na nasz statek? Masz jakąś teorię może?
- Gdybyś nie ironizował to sam byś wysnuł odpowiednie wnioski. Mówiłeś, że nie włączyłeś od razu osłony, bo nic nie widziałeś. Moim zdaniem właśnie wtedy to „coś” dostało się na pokład. Innego wyjaśnienia nie widzę. Dlatego alarm wył bez przerwy, pozornie bez powodu. Gdy tylko ta masa dotykała kadłuba, alarm się włączał chociaż nic nie widziałeś na ekranie. Taka jest moja teoria. Może Ty masz jakąś inną koncepcję?
- Nie mam. Widzę, że Cię nie doceniłem. Chyba Twoje wyjaśnienie jest do przyjęcia. Nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Tylko kto nam to podesłał? Bo jakoś nie mogę uwierzyć, że był to przypadek. No i którędy to paskudztwo przedostało się na nasz statek?
- Jeżeli umieszczenie tu tej galarety było zamierzone, to i miejsce przedostania się do wnętrza było precyzyjnie dobrane.  Może to podarunek od tych którzy przysłali nam to dziwne zaproszenie?
- To chyba mało prawdopodobne. Przecież oni są oddaleni od nas o miliony kilometrów. Może nawet nie wiedzą, ze wyruszyliśmy na spotkanie z nimi.
- Może nie wiedzą, a może wiedzą. Nie wiemy jaką technologią dysponują.
- Gdyby dysponowali jakąś nadzwyczajną technologią i wiedzą to dawno odwiedziliby nas na Ziemi. No ale proponuję zakończyć ten temat, bo i tak do niczego nie dojdziemy. Najważniejsze jest to, że chyba ze strony tej galarety nic nam nie grozi, a wręcz odwrotnie, jest chyba nam przyjazna.
- Też odnoszę takie wrażenie. Chyba ma nam w jakiś sposób pomóc. Zresztą jest pod kontrolą w szklarni. Możesz spokojnie iść spać. Będę ją miała na oku.
- No to przekazuję Ci zmianę. Wiesz jakie masz zadania? Gdyby coś Cię zaniepokoiło, budź mnie natychmiast.
- Idź już. – popędzała go Tamara.
Klemens wyszedł.
Przez chwilę  zrobiło jej się nieswojo. Nigdy jeszcze nie była sama w sterowni statku kosmicznego. Czuła, że robi coś bardzo ważnego. Sprawdziła wskazania przyrządów i postanowiła zobaczyć co dzieje się w ich hodowli roślin. Bardzo intrygowała ją ta dziwna substancja, która zdawałoby się przejęła opiekę nad ich uprawami. Powoli otworzyła drzwi. To co zobaczyła było niewiarygodne. Przezroczysta galareta głaskała listki i owoce małych krzaczków, które nabrały żywych barw.
- Niesamowite – pomyślała. – Kto przysłał nam tę dziwną myślącą substancję?  W jaki sposób dostała się na pokład? Czy celowo się tu znalazła, czy był to czysty przypadek? – Te pytania i wiele innych zadawała sobie obserwując zabiegi galarety przy roślinach. Stała jeszcze długą chwilę nie mogąc się nadziwić temu co obserwowała. W końcu prawie bezszelestnie zamknęła drzwi i wróciła do sterowni. Wszystko było w porządku. Usiadła w fotelu nawigatora i zaczęła przeglądać raporty z kontaktów z obcą cywilizacją, które przez wiele lat sporządzały służby kosmiczne. Nie wszystko rozumiała do końca. Doczytała się, że po raz pierwszy odebrano sygnał w 1990 roku, ale potraktowano to jako szum kosmiczny, bez żadnego sensu. Jednak identyczne sygnały powtarzały się cyklicznie z dokładnością do jednej setnej sekundy. Wtedy naukowcy nabrali przekonania, że nie jest to przypadek, że jest to działanie zamierzone. Zatrudniono całe rzesze kryptologów i wtedy dopiero się zaczęło. Ilu naukowców tyle domysłów jaki sens ma odbierany przekaz. Jednak, ją jako lekarza, zainteresował pewien fragment, który został przetłumaczony jako opis organizmu żywego. Być może był to opis istoty żyjącej gdzieś tam we wszechświecie, która wysłała wiadomość. Zaczęła dokładniej studiować opis. Według kilku kryptologów ten żywy organizm nie miał wyraźnej formy. Zmieniał swoje kształty w zależności od potrzeb. Mało tego, kilka organizmów mogło się łączyć w jeden większy i dalej ten większy miał taką samą budowę jak te z których powstał. To zupełnie jak ta galareta, dzieli się i łączy w dowolne kawałki. Chyba ci kryptolodzy dobrze to przetłumaczyli. Może na planecie na którą lecą wszystkie organizmy mają takie właściwości? Ale czy to są te myślące istoty, które wysłały  zaproszenie? Postanowiła, że przeczyta wszystko i postara się zrozumieć jak najwięcej. Otworzyła następny plik, ale od razu go zamknęła, bo zawierał jakieś dane  urządzeń technicznych. Stwierdziła, że jej jako lekarzowi niczego nie wyjaśni. Postanowiła, że będzie szukała tylko opisów, które mówią o żywych organizmach, na tym się zna i będzie mogła ocenić czy tłumaczenie jest prawdopodobne. Na samym początku następnego pliku znalazła wypowiedzi genetyków, którzy analizowali  informacje,  dotyczące wszystkiego co mogło być uznane jako istoty żywe i myślące. Niestety nie było żadnych danych sugerujących skład chemiczny tych organizmów. Dysponowała  zapisem z mikroskopu, po badaniu kulki z galarety. Nie rzucało to jednak żadnego nowego światła na sprawę. Jedno było pewne, te organizmy stanowiły materię organiczną, ale nie były zbudowane z białka. Przeglądając jeszcze raz zapis z mikroskopu elektronowego, zwróciła szczególną uwagę na skład chemiczny. Materia ta zawierała arsen. Przyglądając się bliżej zauważyła, że w składzie tej żywej substancji nie ma fosforu, jest natomiast arsen. Arsen jest bardzo silną trucizną dla człowieka a te organizmy wykorzystują go do budowy swojej struktury. Na Ziemi do tej pory odkryto tylko jedną bakterię w jeziorze Mono w Kalifornii, której organizm zastąpił fosfor, arsenem. Może więc inne formy życia zbudowane są z zupełnie innych pierwiastków niż my? Gdyby nie arsen, to mogłaby powiedzieć, ze budowa badanej substancji przypomina cząsteczkę kwasu hialuronowego, bardzo popularnego na Ziemi. No ale nie był to ten kwas, mogła to stwierdzić z całą pewnością. To jest zagadka, możliwe, że ta wyprawa to wyjaśni.
- Aaaaaa…- jęknęła. – czyżby te nieznane istoty były kiedyś na naszej Planecie? Czy istnienie na Ziemi  tej bakterii z arsenem w składzie, może być na to dowodem? Przeszukała pamięć komputera „Encyklopedii” ale nie znalazła nic na temat bakterii z jeziora Mono. Szkoda, bo mogłaby porównać ze składem dziwnej galarety, która nie wiedzieć skąd i jak wtargnęła na pokład ich statku. Poczuła silny dreszcz przechodzący przez jej ciało. Teraz była pewna, że obecność tej dziwnej substancji w ich pojeździe nie jest przypadkowa. Czy powinna się bać? A może powinna obudzić Klemensa? Nie, nie będzie go budziła chyba nic im nie grozi.
Odwróciła się do drzwi i znieruchomiała. Połowę  pomieszczenia w którym się znajdowała, do wysokości mniej więcej metra zajmowała tajemnicza galareta.
- Skąd się u licha wzięła? Czyżby się rozmnażała? Najwyraźniej tak. – powiedziała sama do siebie.
- Co tam mówisz? – Klemens już wstał i właśnie szedł do sterowni. – A co to do diabła jest? Skąd to się wzięło? Tamara! Gdzie jesteś? – zawołał zaniepokojony.
- Tutaj, na stanowisku dowodzenia, - zawołała.
- Nic Ci się nie stało?
- Nie, ale jestem tu uwięziona. Ta galareta zasłania połowę drzwi. Stoi mi na drodze.
- Poczekaj, spróbuję się do Ciebie przedostać. Wszędzie tego pełno. Podejdź jak najbliżej wyjścia.
Zrobiła co powiedział i wtedy stała się rzecz niesłychana. Galareta rozstąpiła się na boki robiąc jej tunel, którym bez trudu przeszła do miejsca gdzie stał Klemens. Cała drżała.
- Boję się.
- Myślę, że nie ma powodu. Chyba nie jest nastawiona do nas wrogo. Gdyby chciała zrobić nam krzywdę, to już byśmy nie żyli. Ma nad nami przewagę, ale nie jest agresywna. Nie pokazuj, że się boisz. Chodźmy do stanowiska dowodzenia. Myślę, że nas przepuści.
Bardzo powoli zaczęli iść do pomieszczenia z którego wcześniej wyszła Tamara. Nieznana substancja rozstępowała się robiąc im korytarz szerokości mniej więcej metra. Jednak gdy tam dotarli, całe pomieszczenie zaczęło się wypełniać przezroczystą galaretowatą masą. Jeszcze chwila a ich zakryje. Czuli, że za chwilę się uduszą .
W ostatniej chwili świadomości Klemens pomyślał – To moja wina, dlaczego zlekceważyłem to świństwo. Trzeba było to unicestwić. – Z wielkim bólem patrzył jak przezroczysta masa przenosi Tamarę na fotel nawigatora, otacza ją i  pochłania. Poczuł, że jego też sadza na fotelu dowódcy. To były ostatnie myśli i odczucia zanim zapadł w nicość.


Gdy się obudził leżał na czymś niewyobrażalnie miękkim. A właściwie czuł, że nie leży na niczym tylko wisi w powietrzu. Ale wygodne te łóżka zrobili, fajnie się spało. Pora wstawać – pomyślał.- Ciekawe jak poradziła sobie Tamara w czasie gdy spałem.
 Otworzył oczy… i wtedy sobie przypomniał, że przecież już dawno wstał i wiedział, że wydarzyło się coś strasznego, nie mógł jednak przypomnieć sobie co to było. Gorączkowo próbował znaleźć w pamięci co to było. Gdzie jest Tamara? Chciał zawołać, ale  nie mógł z siebie wydobyć głosu. Powoli wracała świadomość tego co się wydarzyło. Przypomniał sobie wszystko. Spróbował wstać, ale był sparaliżowany.
-  Gdzie jestem? A może tak właśnie wygląda śmierć? – myślał. – Gdybym tylko mógł odwrócić głowę i zobaczyć gdzie jestem. – przekonał się jednak, że jest to niemożliwe. Postanowił czekać na rozwój wypadków. Jeżeli nie umarł to coś musi się niebawem wydarzyć.
 Nie pomylił się. Po kilku minutach usłyszał dziwny szum, chyba taki jaki robiła ta dziwna substancja na statku. Tak to ona, wisiała mu nad głową. Patrzyła? Nie, nie mogła patrzeć, bo nie miała oczu. Jednolita przezroczysta masa. W pewnej chwili ta masa przybrała postać Tamary, a może to była Tamara.
- Tamara, nic Ci się nie stało? – zapytał, ale nie usłyszał odpowiedzi. Ponowił pytanie prawie krzycząc. Teraz do niego dotarło, że mówi. Zawsze to jakiś postęp.
Pochylająca się nad nim twarz wykrzywiła się nienaturalnie i powtórzyła – Tamara, nic Ci się nie stało? - Nie był to jednak głos Tamary. Spróbował podnieść rękę i o dziwo udało się. Poruszył nogą, też się udało. Może to był tylko przejściowy paraliż. Ale gdzie jest Tamara? Odwrócił głowę w lewo, później w prawo i stwierdził, że nie jest na statku. Gdzie był i co stało się z resztą jego załogi? W głowie miał zamęt. Usiadł, a następnie wstał. Poczuł, że nadepnął na coś miękkiego. Spojrzał pod nogi i zobaczył tę dziwną przezroczystą galaretę, która bardzo szybko się rozstąpiła na boki i teraz mógł zobaczyć podłoże na którym stanął. To na czym stał przypominało konsystencją ziemski piasek, ale było koloru fioletowego. Właściwie fioletowego to mało powiedziane, odblaskowo fioletowego, porażającego wzrok. Gdy popatrzył na to dłużej, zrobiło mu się niedobrze, a głośno powiedział  to co mu przyszło do głowy : Co to za paskudztwo, zaraz zemdleję.
I wtedy znowu stała się rzecz niebywała i niewytłumaczalna, podłoże zmieniło kolor na czerwony.
- No już trochę lepiej. – powiedział nie wiedząc do kogo.
Po tych słowach, podłoże znowu zmieniło kolor na pomarańczowy. Czuł się upoważniony do wyrażenia opinii : Nie to też mi nie pasuje.
Teraz podłoże przybrało kolor żółty.
- To jeszcze nie to. – powiedział głośno.
Po tych słowach przed Klemensem ukazało się widmo ciągłe światła białego, znane wszystkim, którzy widzieli tęczę. Wzdłuż kolorowego paska przesuwał się bardzo powoli ciemny punkcik. Gdy przebiegł całą drogę, wrócił do początku i od nowa rozpoczął wędrówkę po tęczy. Klemens zrozumiał, że ma wybrać kolor, który mu najbardziej odpowiada. Gdy punkcik dotarł do zielonego, zawołał : stop, to jest ten kolor.
Spojrzał pod nogi, podłoże na którym stał było zielone. Zielone i miękkie. Te wydarzenia upewniły go, że istoty, które go tu sprowadziły nie mają wobec niego złych zamiarów, skoro spełniły jego życzenie co do koloru podłoża. Chyba go rozumieją. Postanowił podjąć próbę dowiedzenia się co stało się z jego towarzyszami podróży. Zapytał, nie wiedząc kogo:
- Gdzie reszta mojej załogi? Co z nimi zrobiliście?
Po chwili usłyszał dziwny, znany mu szum, po którym ze wszystkich stron otoczyła go znajoma galareta i można powiedzieć zaprowadziła go, długim ciemnym korytarzem do dziwnego pomieszczenia w którym było tak jasno, że musiał zakryć oczy, bo poczuł ostry ból w głębi czaszki. Prawie natychmiast natężenie światła zmniejszyło się o połowę. Sala miała kształt półkuli, naokoło umieszczone byłe jakieś rulony, które chyba służyły do siedzenia, ale nikogo oprócz niego tam nie było. W pewnym momencie ściany rozstąpiły się i ku swojej ogromnej  radości  zobaczył wchodzących wszystkich członków ekspedycji, całych i zdrowych. Na jego widok na ich twarzach pojawił się uśmiech. Wszyscy niemalże jednocześnie zaczęli zadawać mu najróżniejsze pytania, każdy chciał wiedzieć gdzie są i co im grozi.
- Słuchajcie! - Przerwał im ten grad pytań. - Nie wiem gdzie jesteśmy, ale myślę, że nikt nie chce nam zrobić krzywdy.
Tu opowiedział im historię z kolorem podłoża.
- No tak, wygląda na to, że chcą żebyśmy się dobrze tu czuli. – stwierdziła Tamara. – Tylko nie wiemy gdzie jesteśmy i po co nas tu ściągnęli.
- Myślę, że zaraz się tego dowiemy, chyba dlatego zgromadzili nas tu wszystkich razem. – skwitował Antoni.- Nie wiem czy zwróciliście uwagę na to, że właściwie nie możemy dotknąć żadnej ściany. O zobaczcie, widzicie? Odnoszę wrażenie, że przed nami uciekają.
Mówiąc to podszedł do ściany, wyciągnął rękę i trafił w pustkę mimo, że wzrok mówił  im, że ściana tam jest. Wszyscy po kolei podjęli próbę dotknięcia ściany, ale nikomu się to nie udało.
- Bardzo to jest dziwne, bardzo. – powiedziała Aldona. – chociaż, nie wiem czy pamiętasz, Klemens, na Marsie też spotkaliśmy przedmioty, które uciekały, gdy wyciągaliśmy do nich rękę. Ale te nie uciekają, są chociaż nie wyczuwamy ich dotykiem. Bardzo dziwne.
- Myślę, że jeszcze niejedno nas tu zaskoczy, teraz widzę, że nie mamy pojęcia o innych niż nasza formach rozumnego życia. Chodźcie usiądziemy na tej niby kanapie. – Klemens pokazał wałek wzdłuż ścian sali. – Idziecie?.
Podeszli do dziwnego mebla i po kolei zaczęli siadać.
- No i co? Siedzę, ale wydaje się, że jestem zawieszony w powietrzu. Nie czuję żadnego ucisku na ciele. Bardzo, ale to bardzo dziwne, nie mogę tego zrozumieć. – Antoni siadał i wstawał, jakby chciał pokazać, że nie ma tam żadnych przedmiotów. – Myślę, że w tym świecie rządzą nieznane nam prawa fizyki. A może występują tu zupełnie inne zjawiska niż na Ziemi? Może tylko dla nas Ziemian jest to dziwne? Nie wiem czy wiecie, ale oni umieją wyłączać pole grawitacyjne.
- Jak to możliwe? – zapytał Jakub.
- Ty nas o to pytasz? Przecież najlepiej z nas znasz się na technice. - Zdziwił się Maciej.
- Tak, na technice naszej ziemskiej, ale ta nie ma nic wspólnego z tym z czym zawsze miałem do czynienia.
- Chyba mogliśmy się tego spodziewać. - Podsumował Antoni.
Niemalże w tym samym momencie do tej tajemniczej sali, weszło kilka postaci, tak postaci. Kształtem były bardzo zbliżone do ludzi, miały tylko proporcjonalnie dużo krótsze ręce, dłuższe nogi i mniejsze głowy, przypominające kokon jedwabnika. Nie mieli włosów ani uszu. Właściwie w ich głowach były tylko dwa otwory, jeden pełnił funkcję oka a drugi był chyba organem oddechowym i służył do przyjmowania pokarmów. Tak przynajmniej to wyglądało na pierwszy rzut oka. Poruszali się bezszelestnie. W pewnej chwili tuż nad ich głowami pojawiło się coś, co do złudzenia przypominało ekran ogromnego telewizora.  To co na min zobaczyli, wprawiło ich w osłupienie. Oglądali krajobrazy Ziemi, tak to na pewno była ich Planeta. Film pokazywał egipskie piramidy, wieżę Eiffla, Statuę Wolności i wiele innych charakterystycznych ziemskich budowli. Skąd to mieli? Czyżby nas szpiegowali? Czego od nas chcą? Te i wiele  innych pytań kłębiło się w głowach całej szóstki.
W pewnym momencie na ekranie pojawił się napis: Witajcie! Cieszymy się, że przyjęliście nasze zaproszenie. Jesteście na planecie U-624 w gwiazdozbiorze zwanym przez Was „Wielki Pies”
- O! To znaczy, że dolecieliśmy. Słyszycie? Zaraz, zaraz, a skąd znają nasz język tak doskonale? Chociaż nie wiem, czy powinienem się dziwić, maja tak dokładną wiedzę na nasz temat, że chyba bardziej by mnie dziwiło gdyby nie umieli się z nami porozumieć. – skwitował  Klemens. –To  znaczy, że sterowali naszym statkiem i sprowadzili nas tutaj.
- Jak to możliwe? No, ale jest to jedyne sensowne wyjaśnienie. Bo przecież czworo z nas spało, a ty i Tamara byliście uwięzieni podobno w jakiejś galarecie. No przynajmniej tak nam to zrelacjonowałaś. Dobrze zrozumiałem? – tu Antoni zwrócił się do Tamary.
- Tak, dobrze zrozumiałeś. Właśnie tak było. Musimy poczekać na rozwój wypadków. A gdzie jest nasz statek? Czy mamy szanse  powrotu na Ziemię? – zaniepokoiła się Tamara.
Nie musieli zbyt długo czekać na odpowiedź, bo ledwo skończyła mówić, na ekranie ukazał się obraz ich pojazdu. Stał sobie spokojnie na czymś co przypominało pas startowy lotniska. Chyba nie był uszkodzony. Odczuli ogromną ulgę.  Tymczasem na ekranie pojawiło się kilka informacji na temat Ziemi.
-  Dziwne skąd te  istoty żyjące tak daleko mają takie dokładne dane na nasz temat.- zastanawiał się Maciej. - Czy ich technika jest tak bardzo rozwinięta, że pozwala im obserwować odległe światy? W jakim celu to robią? Może chociaż część tych pytań znajdzie odpowiedź.
 Cała szóstka z wielkim zainteresowaniem obserwowała ekran. Teraz obrazy pokazywały chyba którąś epokę lodowcową, następną i jeszcze następną. Obok obrazów pojawiały się daty. Przy ostatniej widniał rok 2080 jako rozpoczęcie gwałtownego obniżania się temperatury. Do 2150 cała Ziemia ma być jedną wielką zmarzliną.
- Czy to możliwe? Przecież klimat na Ziemi cały czas się ociepla. To skąd ta epoka lodowcowa? Chyba tracimy czas na oglądanie tych bzdur. – zdenerwowała się Aldona.
- Może nie do końca są to bzdury. Nasz klimat wcale się nie ociepla, na jednym biegunie lody topnieją ale na drugim systematycznie zwiększa się grubość pokrywy lodowej. Po prostu jest inny rozkład temperatur na naszym globie, ale średnia z całego obszaru jest stała od kilku stuleci, a może nawet nieco niższa. Wierzcie mi wiem coś na ten temat.  – wyjaśnił Antoni.
- Ale skąd oni o tym wiedzą? I to lepiej od nas? – nie dawała za wygraną Aldona.
-  No i to jest dobre pytanie. Też   chciałbym znać na nie odpowiedź.  – Stwierdził Antoni.
- Przestańcie, lepiej popatrzcie co mają nam do powiedzenia nasi gospodarze. – przerwał dyskusję Klemens.
Na koniec na ekranie pojawił się napis: Czy chcecie wracać na Ziemię? Czy zostaniecie na naszej Planecie?
- Oczywiście, że wracamy, jeżeli jest to możliwe. – odpowiedzieli niemal jednocześnie.
 Napis na ekranie poinformował ich, że  powrót jest możliwy, ale nie wiadomo w którym ziemskim roku tam dotrą. Mimo, że mieszkańcy planety U-624 potrafili podróżować w czasie, to z precyzją mieli jednak poważne kłopoty, bo czas w różnych miejscach Wszechświata płynął  inaczej. Nie potrafili sobie z tym poradzić. Dalej informowali , że ich podróż w przestrzeni była jednocześnie podróżą w czasie, bo czas na Ziemi płynął dużo szybciej niż tu gdzie się znajdują. Na Ziemi był teraz rok 3256. Planeta była niezamieszkana, wszystkie żywe istoty, od człowieka po rośliny wyginęły w czasie trwania ostatniej epoki lodowcowej. Ich gospodarze zastanawiali się nad ponownym zasiedleniem Ziemi, jednak ich ostatnie informacje, poddawały w wątpliwość sens takiej operacji. Klimat Planety uległ znacznemu pogorszeniu, średnia roczna temperatura nie przekraczała zera stopni, a skład atmosfery nie pozwalał na życie jakichkolwiek ssaków. Najpierw trzeba by rozwinąć hodowlę roślin, a czas potrzebny do ich rozwoju byłby zbyt długi. Poza tym zbadali aktywność Słońca, która znacznie spadła i nie było gwarancji, że następna epoka lodowcowa nie przyjdzie zbyt wcześnie i nie zakończy na zawsze życia Ziemi. Prawdopodobnie po takiej następnej epoce Planeta umrze na zawsze. Ta informacja ich zszokowała.
- Po co wobec tego mamy wracać na Ziemię? – zdenerwował się Jakub. – Jeżeli wiemy co tam zastaniemy?  Mamy tam wrócić, żeby natychmiast umrzeć? To chyba jest pozbawione jakiejkolwiek logiki. Ja nie wracam.
- Poczekaj! Zobacz co nam zaproponują. Później zdecydujemy. – uspokajał go Klemens.
Uważnie śledzili napisy na ekranie. Mieszkańcy planety U-624  mieli urządzenie umożliwiające  podróżowanie w czasie i chcieli w nie wyposażyć ich statek. Będą zatem mieli możliwość powrotu na Ziemię w dowolnie wybranym momencie. Być może, po wylądowaniu, zajdzie potrzeba ponownego ustawienia zegara tego urządzenia, bo czas na Ziemi płynie inaczej niż na U-624 i nie wiadomo w którym roku wylądują. Zaprezentowali takie urządzenie na ekranie i pokazali jak je obsłużyć. Nic trudnego, zwyczajny zamek szyfrowy, nie zegar, ale nie było tam cyfr tylko dziwne znaki.
- Jak mamy ustawić czas jak nie ma tam cyfr?- zdziwił się Jakub.
Po tych słowach na zegarze pojawiły się cyfry arabskie.   
- No teraz wszystko jasne. Teraz damy radę to ustawić, jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Na ekranie znowu pojawił się napis, informujący o tym, że ich statek zostanie dodatkowo wyposażony w najnowsze technologie, którymi dysponują na U-624, aby skrócić długość lotu  powrotnego.  Było też ostrzeżenie, nie mogą trafić na Ziemię w latach swego życia, bo doprowadzi to do ich śmierci. Zginą oba osobniki z tym samym kodem genetycznym, jeżeli znajdą się w tym samym czasie w odległości mniejszej niż sto tysięcy ziemskich kilometrów, bo wytwarzane przez nie biopola, z mniejszej odległości znoszą się. Dlatego trzeba zachować ostrożność przy ustawianiu zegara, żeby nie doprowadzić do takiego spotkania.
- Czy można ten zegar ustawić tak dokładnie, żeby tego uniknąć?
Ekran wyjaśniał: Można, ale nie będzie to łatwe, bo na Waszej planecie czas płynie inaczej niż na naszej. Nie znamy tak dokładnego przelicznika, żeby ustawić czas z dokładnością lepszą niż 5000 lat na tak dużą odległość, ale jak będziecie na miejscu to ustawicie go z dokładnością do dwudziestu ziemskich  lat. To Wam wystarczy.  Oczywiście jeżeli ktoś wyrazi wolę pozostania na naszej Planecie, będziemy zaszczyceni. Jest jednak pewien problem. Wasze organizmy nie tolerują arsenu, który znajduje się we wszystkich organicznych substancjach występujących na U-624. Dla nas nie ma różnicy, czy arsen czy fosfor, a dla Was arsen jest silną trucizną, szczególnie jego tlenek. Gdybyście zostali byłby problem z produkcją żywności dla Was. Ale jak się zdecydujecie, to na pewno poradzimy sobie z tym problemem.
- Jeżeli jest możliwość powrotu w odpowiednim czasie to chyba nie skorzystamy z zaproszenia. Jakub, co ty na to? – zapytał Klemens.
- Tak, dziękujemy. Myślałem, że wrócimy na Ziemię w następnej epoce lodowcowej. Dlatego chciałem zostać..
- Czy ktoś chce się wypowiedzieć w tej sprawie? Nie? No to wszystko jasne. Wracamy, ale chcielibyśmy się dowiedzieć, po co nas tu zaprosiliście. Jakie ważne informacje chcieliście nam przekazać, że musieliśmy pokonać tak ogromną odległość. Czy nie mogliście nam tego przekazać w jakiś inny sposób?
Ekran znowu się odezwał:  
Chcieliśmy zaprezentować Wam naszą Planetę, która być może kiedyś stanie się domem Ziemian.
- Domem Ziemian? To chyba mało prawdopodobne. – Antoni nie krył zdziwienia.
Zaraz będziecie mogli ocenić to sami.
Teraz na ekranie pojawiły się krajobrazy, które od ziemskich różniły się tylko kolorystyką, no i  wielkością roślin. Na pewno były dużo bardziej okazałe i co dziwne prawie w ogóle nie występował tam kolor zielony. Przeważał fioletowy. Nigdzie nie było widać żadnych budowli.
- A gdzie mieszkacie?
Teraz na ekranie ukazały się potężne budowle z różowego kamienia, kształtem do złudzenia przypominające Egipskie piramidy. Jeżeli były to budowle mieszkalne to zadziwiające było to, że nie miały okien. Wokół każdej kręciły się jakieś postacie. Na pierwszy rzut oka bez celu. Patrzcie uważnie, bo być może patrzycie na swoje przeznaczenie. – informował napis na ekranie.
- Jak to? Nasze przeznaczenie? – Aldona była zbulwersowana. – Słuchajcie, mam nadzieję, że za chwilę się obudzę i ta bajka się skończy. To ma być nasze przeznaczenie?
Może nie konkretnie Wasze, ale następnego pokolenia Ziemian. Być może zechcą oni uciec z Waszej Ziemi zanim cała zamarznie na kilkadziesiąt lat. Wasze organizmy nie zniosą tak niskich temperatur, nie będziecie mieli pożywienia, ani opału do ogrzania pomieszczeń. Życie na Planecie zginie, chyba tym razem bezpowrotnie. Umieszczamy na waszym statku instrukcje jak wydostać się awaryjnie z Układu Słonecznego i dotrzeć tutaj.
- Nie potrzebujemy takich instrukcji, bo jak widzicie jakoś do Was dotarliśmy. – oburzył się Jakub.
No powiedzmy, że sami dotarliście. Wystartowaliście sami, ale cały lot był pod naszą kontrolą. Nie wiecie jednak, że jak temperatura na Ziemi spadnie poniżej minus stu stopni w waszej skali temperatur, to wystartowanie jakimkolwiek pojazdem będzie niemożliwe. W instrukcji podajemy Wam graniczne warunki, ciśnienia i temperatury, przy których będziecie mogli jeszcze odlecieć z Waszej Planety.  Wierzcie nam, nie będziecie mieli zbyt dużego wyboru. Sprowadziliśmy Was tutaj, żebyście mogli osobiście przekonać się, że istnieje Planeta na której będziemy mogli żyć razem w pokoju i  harmonii z jej  środowiskiem .Zobaczyliście już jak wygląda nasza Planeta, przekażcie to wszystkim Ziemianom. Zostawiamy Wam nośniki danych , na których jest wszystko o naszej planecie i Waszym  pobycie tutaj. Gdy przyjdzie odpowiedni czas mieszkańcy Ziemi sami zdecydują co robić. Jeżeli macie jakieś pytania, to jest teraz odpowiedni czas na wszelkie wyjaśnienia.
- Nie rozumiem, dlaczego chcecie uratować  akurat nas z odległej maleńkiej planety, zagubionej gdzieś we wszechświecie. Czym sobie na to zasłużyliśmy? – Tamara nie mogła w to uwierzyć.
Jednym z powodów jest, to że oprócz nas jesteście jedynymi myślącymi istotami we wszechświecie z którymi udało nam się skontaktować. Odkąd wiemy o waszym istnieniu nie czujemy się już samotni w tej ogromnej przestrzeni. Są też  inne powody.  Po powrocie na Ziemię sami to zrozumiecie.  
- Nie możecie nam tego powiedzieć? Jak dla mnie za dużo tu zagadek. Co to za tajemnica?
Rozwiązanie tej tajemnicy znajdziecie na Ziemi. Nie możemy Wam nic więcej powiedzieć. Chcemy żebyście sami to odkryli, bo być może wtedy łatwiej  będzie uwierzyć Ziemianom w to co ich czeka. Na pewno łatwiej  podejmiecie decyzję o opuszczeniu Planety.  Sprowadziliśmy Was tu tylko dlatego, żeby Was ratować. Nie chcemy żeby wasza cywilizacja zginęła, jest dla nas zbyt cenna. Zapytacie: Dlaczego? Odpowiedź  na to właśnie pytanie znajdziecie na Ziemi. Są jeszcze jakieś pytania?
- Pewnie, że są, ale skoro nie chcecie nam nic więcej powiedzieć, to ja nie mam pytań, - poddała się Tamara.
Chcemy, ale wierzcie nam będzie lepiej jeżeli sami odkryjecie o co chodzi. Nikt więcej  nie ma pytań? Jeżeli nie, to teraz odeślemy Was na Ziemię, tak samo jak Was tu sprowadziliśmy. Sami zaprogramujemy cały lot i będziemy nim sterowali. Wy będziecie spali. Obudzicie się dopiero przed wejściem w atmosferę ziemską. Jeżeli jesteście gotowi to zapraszamy na pokład.
- Chodźmy, chyba możemy im zaufać, zresztą nie mamy wyboru. – poddał się Klemens.
Ekran znowu informował. Jeszcze chwila. Każdy z Was zostanie otoczony myślącą substancją, którą już znacie, nie bójcie się. Będzie Was ona  chroniła przed niebezpiecznym promieniowaniem kosmicznym lepiej niż skafandry. Musimy się pospieszyć, bo za chwilę zmieni się orientacja elekromagnetyczna naszej planety i start waszego pojazdu będzie możliwy dopiero za sto ziemskich godzin. Nie myślcie, że chcemy się Was pozbyć, nasze zaproszenie jest nadal aktualne, ale skoro podjęliście decyzję o powrocie, to w tej chwili jest najlepszy rozkład sił pola magnetycznego U-624 dla Waszego statku, który prawie cały zbudowany jest z ferromagnetyków. Przez następne sto godzin wasz pojazd będzie uwięziony w klatce elektromagnetycznej, z której nie będzie w stanie się wydostać, bo siła ciągu jego silników jest zbyt mała. Mamy nadzieję, że to rozumiecie. Możemy zaczynać procedurę? Jesteście gotowi?
- Tak. Zaczynajcie. – Podjął decyzję Klemens.
A, zapomnielibyśmy o takim małym wyjaśnieniu. Przypatrzcie się dokładnie temu urządzeniu  na ekranie. Jest to nasz dźwig grawitacyjny.
W tym momencie na ekranie ukazał się niewielki metalowy walec, tak jakby przecięty w połowie, obrócenie jednego pierścienia względem drugiego powodowało, że znajdująca się pod pierścieniem bryłka jakiejś substancji, podskoczyła do góry. Ponowne obrócenie pierścieni w odwrotnym kierunku  i wiszące w powietrzu ciało spadło na dół.
Umieszczamy kilka takich urządzeń na waszym statku. Za jego pomocą, będziecie mogli przenosić  nieskończenie wielkie ciężary. Jego działanie polega na wyłączaniu pola grawitacyjnego pod dowolnie wielkim przedmiotem i czynienie go nieważkim. Na pewno przyda się Ziemianom takie urządzenie. Wiemy, że nauczyliście się wytwarzać sztuczne pole grawitacyjne, tam gdzie go nie ma, ale nie umiecie wyłączyć naturalnej grawitacji. Teraz już będziecie umieli. Wyłączanie tego pola jest bardzo pomocne przy startach wszelkiego typu pojazdów, ale przeszkadza przy lądowaniu. Musicie to zapamiętać, bo może się okazać, że lądowanie, przy włączonym takim dźwigu, jest wręcz niemożliwe. Zresztą dołączamy dokładne instrukcje. Informacje umieszczone na dyskach waszych komputerów pomogą Wam przekonać mieszkańców Ziemi, że nie jesteśmy Waszymi wrogami.  Wy już to wiecie. No teraz to już chyba wszystko. Przenosimy Was na statek. Żegnajcie.
Po chwili, w niezrozumiały dla nich sposób, byli już w znanym wnętrzu swojego statku. Można było odnieść wrażenie, że każdy odetchnął z ulgą. Dopiero teraz zdali sobie sprawę z tego, że na obcej planecie nie czuli się  całkowicie bezpiecznie. Ledwo zamknęły się za nimi drzwi, gdy ze wszystkich stron wypełzła przezroczysta galareta , która przeniosła ich na fotele startowe i szczelnie oblepiła, pogrążając w dziwnym śnie. Nie czuli strachu, chociaż tylko dwoje z nich znało już to uczucie. Resztką świadomości Klemens pomyślał, że chyba wypełnili powierzone im zadanie, bez względu na to czy przeżyją tę podróż czy nie. Nie mogli zrobić nic więcej. Ważne tylko, żeby ich statek dotarł na Ziemię.

Ziemia rok 2050.
Egipt. Okolice Gizy. Teren objęty wykopaliskami archeologicznymi. W jednym z wykopów w kilku miejscach pracuje kilkudziesięciu ludzi. Widać, że bardzo są podekscytowani.  Poprzedniego dnia wieczorem dokonali niesamowitego odkrycia. Znaleźli dziwne urządzenie przypominające bardzo nowoczesny kalkulator elektroniczny. Już zajęły się nim służby techniczne i laboratoria badawcze, żeby ustalić wiek znaleziska. Szukali dalej, licząc na to, że to nie wszystko. Czuli, że dokonali epokowego odkrycia. W pewnym momencie jeden z pochylonych mężczyzn zawołał:
- Chodźcie tu szybko, chyba coś mam.
 Wszyscy rzucili się w kierunku skąd dobiegał głos.
Z dziury w ziemi wyskoczył mężczyzna w średnim wieku, mocnej budowy ciała. W ręku trzymał coś co wyglądało jak kryształowa kulka na plastikowej podstawce. Kilkanaście osób z niedowierzaniem patrzyło na znalezisko.
- To przecież zwyczajna szklana kulka.. – powiedział jeden ze zgromadzonych mężczyzn.
- Nie jest zwyczajna, dziwnie się mieni przy dotyku.. Moim zdaniem jest bardzo stara, chociaż do złudzenia przypomina nośnik danych z początku wieku, ale ma dziwną podstawkę, której tamte nie miały. – oburzył się ten, który ją znalazł.
-  No to wszystko jasne, zobacz na podstawce  jest data 2030 rok.
- Rzeczywiście, nie zauważyłem. Ale skąd to się tam wzięło? – znalazca był wyraźnie rozczarowany. – Dlaczego znalazło się to w warstwach odpowiadających  czasom grubo sprzed pierwszej dynastii? Jest mało prawdopodobne, żeby ktoś podrzucił to tam celowo. Zresztą po co miałby to robić? Kogo chciał oszukać? Nic z tego nie rozumiem. Chodź sam zobaczysz to miejsce.
Poszli. Gdy wchodzili do wykopu zauważyli, że na dnie leży jeszcze inny dziwny przedmiot, nie pasujący do tego miejsca. Była to tubka, być może z pastą do zębów, przynajmniej takie sprawiała wrażenie.
- Nie zauważyłem tego wcześniej.
- No to wszystko jasne, ktoś podrzucił nam te przedmioty i nieźle się teraz bawi  naszym kosztem.
- Co ty gadasz? Odrzuciłem chyba trzy metry sześcienne  ziemi z tego miejsca. Kto chciałby dla zwykłego psikusa wykonać taką tytaniczną pracę. Zresztą zauważyłbym ślady, gdyby ktoś niedawno tu pracował. Na pewno nikt tu przede mną nie kopał, grunt był bardzo twardy, no i wcześniej znalazłem te kości. Widzisz?
- To żaden dowód.
- Trzeba je zbadać , może coś nam wyjaśnią. Były nieco wyżej niż ta kulka.
- Może i wyjaśnią, ale na Twoim miejscu za bardzo bym na to nie liczył. Ta kulka chyba służyła do zapisu danych z komputera. Coś w rodzaju magazynu różnego rodzaju treści.
- Tak, znam to urządzenie, posługiwałem się takim  jak chodziłem do szkoły, ale wydawało mi się, że tamte były jednak inne, podobne, ale inne. – powiedział Paweł, starszy z mężczyzn.
- No widzisz ,  to nie może być starsze niż dwadzieścia lat.
- Ale skąd się wzięło tak głęboko pod ziemią?
- Tego nie wiem, ale na pewno istnieje jakieś sensowne wyjaśnienie. Może spróbujemy odczytać co jest zapisane na tym nośniku danych i wyjaśnimy zagadkę?
- Świetny pomysł. Chodźmy,  pobawimy się trochę komputerem.
Dwaj archeolodzy wrócili do bazy, włączyli komputer, podłączyli do niego podstawkę kulki. Rozczarowali się jednak, bo programy obu urządzeń nie chciały współpracować.
- Będziemy musieli poszperać w archiwach, może znajdziemy stary program do odczytywania danych z takich nośników. Posługiwałem się kiedyś takimi urządzeniami, ale to ma jakieś dziwne zabezpieczenia.  Nigdy nie spotkałem się z czymś takim. Marek, idziesz ze mną?
- Jasne, nie mogę przegapić takiej sensacji.
- No, nie wiem czy to będzie jakaś sensacja. Mam taką nadzieje, no bo dlaczego ktoś miałby chować takie rzeczy w piaskach Egiptu, a nie w jakiejś bibliotece? Idziemy.
Byli w kilku bibliotekach Kairu, ale nigdzie nie znaleźli żadnych wskazówek. W jednej z gazet z 2030 roku, była wzmianka, że w takie nośniki danych była wyposażona ekspedycja naukowa, która wyruszyła ze specjalną misją do Gwiazdozbioru Wielkiego Psa w 2030 roku. Dowiedzieli się też, że opiekunem wyprawy tu na Ziemi był profesor Aleksander Zarębski z Europejskiego Centrum Badania Kosmosu.
- Chyba będziemy musieli się z nim skontaktować, on na pewno będzie umiał to odczytać. – Marek już zaczął szukać jakichś namiarów na profesora. – Mam, Paweł zobacz, mieszka w Holandii. Jest nawet numer telefonu. Dzwonimy?
- Poczekaj, trzeba się zastanowić co mu powiemy.
- Jak to co powiemy? Prawdę. Zapytamy czy pomoże nam to rozszyfrować.
- No to dzwoń jak masz koncepcję rozmowy.
Zadzwonił. Na początku profesor podszedł do ich sensacji sceptycznie. Poprosił jednak o odczytanie numeru seryjnego z podstawki. Po dłuższej chwili, odezwał się. Widać było, że jest bardzo podekscytowany.
- Panowie, jeszcze dziś wsiadam w samolot i przylatuję do Egiptu. Myślę, że powinienem być na miejscu najdalej za jakieś 6 godzin. Możemy się jakoś konkretnie umówić?
Umówili się w jednym z hoteli poza Kairem.
- Mówiłem Ci, że to jest jakaś sensacja. Gdyby tak nie było to nie dostałby takiego popędu. – stwierdził Marek.
- Chyba masz rację. Idziemy na miejsce wykopalisk, zobaczymy co się tam dzieje.
Pogadali trochę z kolegami z ekipy. Chcieli się dowiedzieć czy przypadkiem któryś z nich nie natrafił na nic szczególnego. Ale nikt nie chwalił się żadną sensacją. Skontrolowali czas. Dopiero za pięć godzin mają spotkanie z profesorem w hotelu. Czas dłużył im się niemiłosiernie, włóczyli się bez celu po brudnych ulicach. W końcu o wyznaczonej godzinie stawili się na umówione spotkanie.
Profesor był już przygotowany. Cały pokój zastawiony był jakąś aparaturą. Skąd to wszystko? Jak to zorganizował?
Po krótkim przywitaniu, przystąpił od razu do rzeczy.
- Gdzie mają panowie to znalezisko?
Paweł podał mu niewielką kulkę umieszczoną w podstawce. Profesor, dokładnie ją obejrzał, odczytał datę i numer seryjny z podstawki i umieścił w specjalnym wgłębieniu swojego laptopa.
- Widzę, że ma pan starego typu czytnik takich urządzeń. – Marek był pełen podziwu.
- Tak dokładnie panowie to określiliście, że wiedziałem co zabrać. Inaczej nie odczytalibyśmy danych tu zapisanych. Jeszcze chwilka. O mam!
Po chwili hotelowy pokój wypełnił się przestrzennymi wirtualnymi obrazami. Aleksander zobaczył swojego przyjaciela Klemensa, który dwadzieścia lat temu poleciał z bardzo ważną misją. Do tej pory  sygnały o położeniu statku przychodziły na Ziemię regularnie. Nie wiedzieli jednak czy wyprawa dotarła do Gwiazdozbioru Wielkiego Psa, bo sygnał był coraz słabszy. Ale byli pewni, że żyją. Byli przygotowani na to, że misja może trwać nawet pięćdziesiąt lat, więc nikt nie był zdziwiony, że jeszcze nie wrócili. W pewnej chwili Klemens zaczął mówić:
- Nie wiem kto mnie w tej chwili słucha, najlepiej by było gdybyś to był Ty Olku, ale nie mam pojęcia czy ten zapis został odnaleziony w odpowiednim czasie. Nie wiem czy w ogóle zostanie kiedykolwiek odnaleziony.
Opowiem jednak wszystko co się nam przytrafiło. Można powiedzieć, że nasza misja się powiodła. Dotarliśmy do gwiazdozbioru Wielkiego Psa i wylądowaliśmy na Planecie U- 624. I tu nastąpiła opowieść o Planecie, jej mieszkańcach i powrocie na Ziemię.
Coś poszło nie tak w ustawieniu zegara sterującego podróżami w czasie, dlatego wylądowaliśmy na Ziemi  w 24525 roku przed naszą erą. Tak wtedy to wyglądało: Obrazy holograficzne pokazywały niesamowite rzeczy. Kilkaset dziwnych postaci kręciło się po ogromnym placu budowy. Bez trudu można było rozpoznać, że jest to budowa Wielkiej Piramidy, którą nazwano dużo później Piramidą Cheopsa. Z przekazu jasno wynikało, że nie zbudował jej egipski faraon. Klemens wyjaśniał: Te istoty, które tu widzicie zamieszkiwały kiedyś naszą Planetę, ale opuściły ją przed jedną z epok lodowcowych. Przenieśli się na U-624 i mieszkają tam do dziś. To od nich przychodziły regularne zaproszenia dla nas. Myślą, że ludzie też się tam przeniosą przed zbliżającym się kolejnym zlodowaceniem. Pewnie zastanawiacie się dlaczego nigdy nie odkryto żadnych śladów tych istot. Odkryto i to już w dwudziestym wieku, ale ukryto te informacje przed światem i zakazano prowadzenia wykopalisk pod posągiem sfinksa, bo tam jest rozwiązanie wielu zagadek naszego świata. Do Ziemi dotarło też kilka statków wysłanych z U-624, które wylądowały na terenie Stanów Zjednoczonych w Roswell w stanie Nowy Meksyk. Na pewno o tym słyszeliście. Jednak Amerykanie skrzętnie to ukryli przed światem.
- O rany!!! Mówiłem Ci, że to jakaś ogromna sensacja. – nie wytrzymał  Marek.
- Fakt, mówiłeś. – poddał się Paweł.
- Panowie, sensacja, nie sensacja, ale na pewno jest to sprawa wielkiej wagi. Oglądamy dalej. – profesor uruchomił dalszą część przekazu.
Obrazy ukazywały niekształtne postacie przenoszące nie wiedzieć w jaki sposób ogromne kamienne bloki niczym piórka.
Klemens wyjaśniał, że potrafią oni wyłączać pole grawitacyjne na bardzo małym obszarze i dlatego bez trudu przenoszą kilkutonowe bloki w niewyobrażalnie krótkim czasie.
 Wyglądało to tak, jak gdyby układali bloki ze styropianu. W oddali widać było postać Sfinksa, pięknego, wyglądającego tak jakby dopiero ukończono jego rzeźbienie.
- Niesamowite. Czy mogą być prawdziwe tak niewiarygodne  informacje? – Marek nie wierzył w to co widzi.
- Uważam, że tak.- profesor nie miał wątpliwości.
- Który rok podali? 24 tysiące lat przed naszą erą? Czy to możliwe? – Paweł złapał się za głowę.
- Tak, ale zobaczmy co ma nam jeszcze do powiedzenia Klemens.
 Aleksander ponownie włączył przekaz.
-  Za chwilę podejmiemy drugą  próbę ustawienia zegara. Jeżeli nam się uda to spotkamy się najwcześniej  około  roku 2051, a jeżeli maszyna nas zawiedzie to cóż? Pewnie nigdy się już nie zobaczymy, bo nie mamy pojęcia do jakiego czasu zostaniemy przeniesieni. Ten kto zobaczy ten zapis, sam musi zdecydować czy ujawni ten przekaz światu, czy zachowa na zawsze dla siebie. Chyba to już wszystko. A jeszcze jedno. Jeżeli znaleźliście ten zapis to macie również coś w rodzaju kalkulatora. Są tam zapisane instrukcje dla Ziemian jak postępować w obliczu zbliżającej się epoki lodowcowej, która będzie tym razem dużo dłuższa i obejmie całą Ziemię. Jeżeli nie zastosujecie się do instrukcji i w porę nie opuścicie Planety, wszyscy zginiecie. Ta epoka lodowcowa zabije wszelkie życie na Ziemi. Zostawiamy też jeden dźwig grawitacyjny, może uda się Wam skonstruować coś podobnego. Teraz to już wszystko. Koniec przekazu.
Wszystko zniknęło. Przez długą chwilę trzej mężczyźni stali nieruchomo w milczeniu. Pierwszy odezwał się Paweł.
- To jakaś bajka, nie wiem jak Wy, ale ja w to nie wierzę. Ktoś zrobił nam wszystkim niezłego psikusa. Profesorze, pan zna tego Klemensa?
- Tak, to mój najlepszy przyjaciel.
- Gdzie on teraz jest?
- Nie wiem gdzie jest teraz, ale wiem, że w roku 2030 dowodził wyprawą do Gwiazdozbioru Wielkiego Psa i dotąd nie wrócił.
- Skoro nie wrócił, to skąd ten przekaz?
- Właśnie, skąd? – włączył się Marek.
- Wydaje mi się, że to właśnie musimy wyjaśnić. Mam pewne podejrzenia, ale o tym potem. Proponuję, żebyśmy udali się na miejsce wykopalisk. Może tam znajdziemy odpowiedź na część naszych pytań. Czy znaleźliście może coś, co mogłoby być tym dźwigiem grawitacyjnym?
- My nie, ale może inni coś mają.
- No to chodźmy. Popytamy.
Po niecałej godzinie byli na miejscu. Okazało się, że pracujący tam ludzie wydobyli z tego miejsca jeszcze kilka dziwnych przedmiotów, zastosowania których nikt z nich się nawet nie domyślał. Aleksander podjął decyzję. Całą sprawę musi przejąć Międzynarodowa Agencja Kosmiczna. Podszedł do kierującego pracami Egipcjanina, zamienił z nim kilka słów i zwrócił się do Pawła i Marka.
- Panowie, czy możecie odwieść mnie do hotelu?
- Oczywiście, czy może nam pan powiedzieć co się dzieje?- Marek był bardzo zainteresowany całą sprawą.
- Zaraz Wam to wyjaśnię, ale chodźmy już. Wszystko opowiem po drodze.
Gdy znaleźli się w samochodzie, profesor krok po kroku opowiedział im o wyprawie i o swoich przypuszczeniach. Podejrzewał, że mieszkańcy odległej Planety, rzeczywiście mieli możliwość podróżowania w czasie.
- Podróże w czasie? Przecież istnieje dowód, że jest to niemożliwe. – Paweł nie dawał za wygraną.
- Dla nas jest to niemożliwe, ale my to nie cały Wszechświat. Chyba mamy dowód na to ,że  jednak takie podróże są możliwe. Bo jak inaczej wyjaśnić Wasze znalezisko?
- Bardzo prosto. Ja uważam, że ten przekaz jest rzeczywiście od cywilizacji, która żyła na Ziemi 24 tysiące lat przed naszą erą i została całkowicie zgładzona, głównie przez warunki klimatyczne. Prawdopodobnie dysponowali techniką o jakiej nam się nawet nie śniło. Teraz znajdujemy dowody na istnienie takiej właśnie cywilizacji. Czy to nie jest prawdopodobne wyjaśnienie?
- Oczywiście, że jest to dobre wyjaśnienie, ale jak wyjaśnicie fakt, że ja znam człowieka, który opowiada nam tę historię. Skąd wiedziałby o wyprawie z 2030 roku? No i wyraźnie zwraca się on do mnie, imiennie. - Aleksander był przekonany, że wyjaśnienie nie jest takie proste jak sugeruje Paweł.
- Z całym szacunkiem panie profesorze, ten Klemens wymienia tylko imię, no a rok? Cóż, nie wiemy jak liczyli czas wtedy , gdy powstawał ten zapis. Podejrzewam, że takich dat 2030 było na Ziemi już kilka. Jeżeli życie odradzało się po każdej epoce lodowcowej, to chyba jest to bardzo prawdopodobne.
- A jak wyjaśni pan fakt, że rozpoznałem w nim mojego przyjaciela?
- To też może być złudzenie. Wydaje mi się, że bardzo chciał pan w nim rozpoznać swojego przyjaciela, bo można by wtedy wyjaśnić bardzo wiele zagadek przeszłości.
- Mówi pan bardzo logicznie, jednak ja jestem przekonany, że był to przekaz od Klemensa. Zbyt dużo wiedział na temat tamtej wyprawy, No ale poczekajmy na wyniki badań. Zobaczymy z czego zbudowana jest ta szklana kulka no i podstawka. Uczeni będą mogli dosyć precyzyjnie określić ich wiek, a wtedy przekonamy się czy pochodzi sprzed 20 lat, czy też jest starsza.
 Gdy podjechali pod hotel  Aleksander zaprosił archeologów do apartamentu na kolację. Po złożeniu zamówienia profesor, przeprosił swoich gości i zabrał się za wykonanie kilku telefonów. Zanim do drzwi zapukał kelner z kolacją, była już odpowiedź z Centralnej Agencji Kosmicznej. Aleksander spodziewał się tego, Agencja przejmowała sprawę i jego profesora Zarębskiego wyznaczyła do kierowania dalszymi pracami mającymi na celu wyjaśnienie tej sprawy.
Kolacja upłynęła w bardzo miłej atmosferze. Przed pożegnaniem Aleksander zaproponował archeologom współpracę, nie chciał angażować w sprawę zbyt dużo osób. Paweł i Marek wiedzieli wystarczająco dużo.
Ucieszyli się bardzo, że będą mogli uczestniczyć w rozwikłaniu tej zagadki, bo w ich duszach też zostało zasiane ziarno niepewności. Ustalili harmonogram prac i przydział obowiązków, umówili się na następny dzień na szóstą rano i Aleksander został sam.
Postanowił, że jeszcze raz odczyta informacje od Klemensa, tak ani przez chwilę nie miał wątpliwości, że ten przekaz nagrał jego przyjaciel. Może coś przeoczył? Nalał sobie drinka wygodnie usiadł i włączył komputer. Oglądał go kilka razy, ale nic nowego nie wywnioskował. Zastanawiało go tylko dlaczego Klemens powiedział, że podejmą druga próbę,  powrotu do 2051 roku. Dlaczego 2051 akurat? Przed wyprawą rok 2050 był przewidywanym rokiem powrotu na Ziemię, jeżeli powrót byłby w ogóle możliwy. Skąd więc 2051? Jeżeli mam ten przekaz, myślał dalej Zarębski, to znaczyłoby, że oni dawno wylądowali na Ziemi a teraz chcą trafić w odpowiedni czas. Czy to jest możliwe? A może Paweł miał rację? Logika podpowiadała mu, że wyjaśnienie Pawła było bardziej racjonalne, niż jego przypuszczenia. Ale nie chciał się poddać. Serce mówiło mu, że się nie myli.
Obudziło go głośne pukanie do drzwi. Nie od razu przypomniał sobie gdzie jest i co się dzieje.
Zawołał tylko:
 - Chwilkę.
Podszedł do drzwi, otworzył je i z przerażeniem stwierdził, że jest już szósta, bo na korytarzu stali dwaj sympatyczni archeolodzy.
- O, profesor zaspał? – uśmiechnął się Marek.
- Przepraszam panowie. Dajcie mi dosłownie pięć minut.
- Pięć za mało, musi pan zjeść porządne śniadanie, bo nie wiadomo kiedy i czy w ogóle będzie dziś czas na następny posiłek.
- To może zjemy w barze na dole?
- My dziękujemy, już jedliśmy. Zaczekamy. Proszę się nie spieszyć.
- Przepraszam jeszcze raz, zasiedziałem się trochę. Kilka razy analizowałem przekaz Klemensa. Moim zdaniem jednak Klemensa.
Szybko się ubrał i zeszli do baru hotelowego. Aleksander poprosił o prowiant na cały dzień, napił się mocnej kawy i już siedzieli w samochodzie. Przed siódmą byli na miejscu, gdzie czekał na nich przedstawiciel Centralnej Agencji Kosmicznej, który był poinformowany, że Profesor Zarębski przejmuje kierownictwo całej akcji i wszyscy mają mu udzielić wszelkiej możliwej pomocy. Pierwszą rzeczą którą zrobili było zejście do wykopu, gdzie leżały fragmenty kości, znalezione przez Pawła poprzedniego dnia. Na miejscu był też genetyk, którego Aleksander poprosił o pobranie próbek kości. Następnie geolog pobrał próbki gruntu z wykopu. Pobrano również próbki z terenu całego wykopaliska. Gdy kończyli pracę, było już ciemno.
- No panowie, chyba na dzisiaj koniec. Nic już nie widać, zresztą chyba tu na miejscu nie możemy nic zrobić. Jutro będziemy kontynuowali pracę, ale to już tylko Wasze zadanie, bo chodzi mi tylko o  prace czysto archeologiczne. Może znajdziemy tu jeszcze inne ciekawe ślady. Będę Wam towarzyszył, może się czegoś nauczę i na starość zostanę archeologiem?
- Będzie nam bardzo miło. – odparli prawie jednocześnie.
Zanim odjechali profesor określił  policjantom teren, którego mieli pilnować.
Następnego dnia  wszyscy trzej byli na miejscu wykopalisk przed szóstą. Pracowali bez wytchnienia, ale tego dnia nic nie przykuło uwagi badaczy, poza dziwnym przedmiotem przypominającym latarkę. Postanowili ją rozebrać i bliżej przyjrzeć się jej budowie. Nie było niczego co mogłoby uchodzić za żarówkę czy baterię, ale była ogromna soczewka, powiększająca kilkadziesiąt razy. Żadnych przewodów. W długiej tubie, która była zakończona tą dziwną soczewką, poruszał się natomiast srebrny walec. Paweł potrząsnął dziwnym przedmiotem i wtedy soczewka zaczęła emitować silne żółte światło. Przedmioty na które padało świeciły w ciemnościach przez długą chwilę po zaniknięciu światła. Paweł znowu potrząsnął „latarką”, tym razem energiczniej i dłużej. Światło, które emitowała teraz  soczewka było tak bardzo intensywne, że musieli zakryć oczy.
- Ekstra, darmowe źródło światła. – Marek wziął latarkę od Pawła i zaczął się nią bawić.
- No niezupełnie darmowe, bo musisz trochę popracować, żeby świeciło. Praca zamieniona w energię świetlną, Zastanawia mnie w jaki sposób? – Paweł wziął znowu ten dziwny przedmiot do ręki i zaczął dokładnie oglądać. – Zobaczcie, nic tu nie ma co tłumaczyłoby powstawanie światła. Ciekawe z jakiego materiału wykonana jest ta soczewka. Na pewno tu leży sedno sprawy. Ale co pobudza materiał soczewki do świecenia? Panie profesorze, o ile sobie przypominam, nigdy nie było na Ziemi takich urządzeń? Chyba, że Centralna Agencja Kosmiczna miała takie urządzenia na wyposażeniu.
- Miała, z wyglądu podobne latarki, które nie wymagały żadnego źródła prądu, ale tam była umieszczona zwojnica i ruchomy magnes, czyli taka mini prądnica. Tutaj natomiast nie ma żadnych przewodów. Coś musi je tutaj zastępować. Ale co?
- Właśnie. Co? – włączył się Marek.
- Myślę, że sami tego nie zbadamy. Ale na pewno pomogą nam w tym specjaliści. To co, kończymy na dzisiaj? Jutro mamy dostać wyniki badań próbek znalezionych kości i plastiku spod kulki. Może jeszcze dzisiaj oddamy tę dziwną latarkę naszym naukowcom. Zaraz to załatwię. Wykonał parę telefonów po czym wsiedli do samochodu i odjechali.
Następnego dnia nie pojechali pod piramidy, bo rozpętała się burza piaskowa. Czekając na wyniki badań, porządkowali zdobyte do tej pory informacje.
W końcu około południa przyszła ekspertyza określająca wiek kości. Tak jak przewidywał profesor, ich wiek  był zadziwiający. Bez żadnych wątpliwości nie były one młodsze niż 24 tysiące lat. Poza tym skład chemiczny był zaskakujący. Szczątki zawierały spore ilości arsenu.
- Panowie chyba dokonaliście epokowego odkrycia. Mamy dowód na to, że na długo przed naszą cywilizacją Ziemię zamieszkiwały istoty, których technika przewyższała naszą o kilkanaście tysięcy lat. No i na pewno nie byli to ludzie. Chyba, że osobnik, którego fragmenty kości znaleźliśmy, został otruty arszenikiem. Ale chyba to mało prawdopodobne, chociaż nie niemożliwe. No i kształt tych kości,  wyklucza hipotezę, że są to ludzkie szczątki. Co o tym sądzicie?
- Też byłbym skłonny tak twierdzić, ale dlaczego archeologia nigdy nie natknęła się na ślady tej cywilizacji? Przecież znaleźliśmy te szczątki w miejscu gdzie stale są prowadzone jakieś prace. Dlaczego dopiero teraz je znaleźliśmy?  Nie dziwi Was to, że nie znaleźliśmy ich więcej? – Paweł był bardzo sceptyczny.
- A postacie z przekazu Klemensa? Pamiętacie ich kształty? A może ta cywilizacja opuściła Ziemię z jakichś powodów, zabierając ze sobą wszystko co tylko było możliwe? Może celowo zacierali za sobą ślady? A może jakiś kataklizm spowodował zatarcie tych śladów? No cóż, na pewno nie będzie łatwo znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania. Ale myślę, że istnieje jakieś sensowne wytłumaczenie, być może to właśnie my je znajdziemy. Może trzeba będzie zdobyć pozwolenie na prace archeologiczne pod sfinksem? – profesor był chyba przekonany, że znalezione szczątki nie należą do osobnika rasy ludzkiej.
Zadzwonił telefon. Instytut Techniki w Kairze zapraszał ich na konsultację w sprawie badania plastiku spod kulki.
Na miejscu dowiedzieli się, że ma on więcej niż 20 tysięcy lat. Aleksander nie mógł w to uwierzyć, był pewien, że numer seryjny na urządzeniu wyraźnie wskazywał, że został on wyprodukowany na potrzeby wyprawy z 2030 roku.
- Panie docencie – zwrócił się do małego człowieczka, który zakomunikował im tę nowinę – proszę powtórzyć badanie. Na pewno popełniliście jakiś błąd. Coś musieliście przeoczyć.
- Na pewno nic nie przeoczyliśmy, wykonaliśmy to badanie aż sześć razy. Za każdym razem wynik był taki sam. Też tego nie rozumiemy, bo wiemy, że takie urządzenia weszły na rynek około 2030 roku. Zresztą jest numer seryjny i data. Przeprowadzaliśmy badania czterema metodami i każda dawała ten sam wynik. Musimy przyjąć, że ten przedmiot przeleżał w piaskach Egiptu ponad 20 tysięcy lat. Nie wiem jak to jest możliwe, bo rozum mówi co innego niż wyniki naszych badań. – dokładnie wyjaśnił sprawę docent.
- A badania tej dziwnej tubki, zbadaliście jej zawartość?
- Tak, to tubka ze skondensowanym pokarmem, ale co nieco popsutym. Wieku jedzenia nie da się określić, ale plastik, z którego jest wykonana, ma mniej więcej tyle lat co podstawka spod kulki.
- A latarka?
- To jest najbardziej intrygujący przedmiot jaki kiedykolwiek widziałem. Gdy nim poruszać, wytwarza bardzo silne pole magnetyczne, które nie wiedzieć dlaczego pobudza tę dziwną soczewkę do świecenia. Nic więcej nie możemy powiedzieć o tym przedmiocie. Wieku nie da się określić, bo zbudowana jest z jakiegoś metalu, którego jeszcze nie zidentyfikowaliśmy. Może uda się określić wiek tej dziwnej soczewki. Gdybyśmy coś odkryli niezwłocznie Pana powiadomimy. Jest jeszcze ten srebrny płaski walec, ale na razie nic o nim nie możemy powiedzieć. Nie świeci, nie wytwarza żadnego pola, ale się nie poddajemy.
- No cóż, nic tu po nas. Nie umiemy tego w tej chwili wyjaśnić w żaden logiczny sposób. Być może dalsze badania rzucą nowe światło na tę sprawę. Dziękujemy bardzo panie docencie.
- Mam nadzieję, że jeżeli znajdziecie Panowie odpowiedź, to podzielicie się z nami swoimi spostrzeżeniami. Do widzenia.
- Do widzenia, jeszcze raz dziękujemy za pomoc.
- I co Pan profesor na to? – dopytywał Marek gdy wyszli.
- Powiem szczerze, że nie zdziwiło mnie to za bardzo. Spodziewałem się takiego wyniku. Chyba mam wstępne wyjaśnienie. Moim zdaniem wyprawa Klemensa wróciła na Ziemię 24 tysiące lat przed nasza erą. Wiem, że przeczy to naszej nauce i zdrowemu rozsądkowi, ale wierzę, ze oni tu byli. Nie wiem jak działa mechanizm podróży w czasie, ale jestem przekonany, że są one możliwe. Może kiedyś się o tym przekonamy namacalnie.



Ziemia rok 2051. Północna Syberia.

Mała wioska. Na ławeczce przed ubogą chałupą siedzi dwoje staruszków.
- Siergiej zobacz jakaś rakieta na nas leci. – stara kobieta wyciąga rękę przed siebie i pokazuje dziwny przedmiot na niebie.
- To samolot jakiś. Ale wyje, pewnie ma jakąś awarię. Chyba nas ominie. Oj zaraz się rozbije, słyszysz jak ryczy?
Po chwili usłyszeli huk. Zza pobliskiego lasu buchnął ogień i w powietrze wystrzelił słup gęstego czarnego dymu.
- A niech to! Rozbił się. Chyba nikt nie przeżył. Wołaj Andrieja. Nie trzeba idzie.
- Tato widzieliście to? – zapytał.
- A tak. Zawiadom kogo trzeba.
- Syreny wyją. Już tam są. Pojadę zobaczę co za licho.
Wsiadł na rower i odjechał.
Na miejscu katastrofy było już pełno ludzi. Milicja zabezpieczała teren. Nie można było się dowiedzieć co się stało. Właśnie przyjechała ekipa telewizyjna, ale jej też nie dopuszczono na miejsce wypadku. Poinformowano tylko, że katastrofie uległ amerykański samolot pasażerski i, że nikt nie przeżył. Polecono wszystkim opuścić teren, ale nikt nie reagował. Dopiero gdy przyjechało wojsko i otoczyło miejsce wypadku czołgami, tłum powoli zaczął się rozchodzić.

Profesor Aleksander Zarębski siedział w ekskluzywnej restauracji z przyjaciółmi i małymi łyczkami sączył wytrawne czerwone wino. Wszyscy byli w wyśmienitych humorach, bo świętowali właśnie opatentowanie nowego pojazdu powietrznego przeznaczonego na ekspresowe latające taksówki.
W pewnej chwili zadzwonił telefon profesora.
- Olek nie odbieraj, niech nikt nie psuje nam zabawy. – zawołał ktoś z towarzystwa.
Zarębski wyjął telefon z kieszeni, popatrzył na numer i powiedział.
- Przepraszam, ale musze odebrać. To sprawa najwyższej wagi.
Chwilę słuchał w najwyższym skupieniu. Jego towarzysze usiłowali z jego miny wyczytać co takiego ważnego się wydarzyło, że niepokoją go tak późno w nocy.
W końcu zakończył rozmowę krótkim :- Rano tam będę.
Chwilę siedział w zadumie, widać było, że to co usłyszał nie należało do radosnych nowin. W końcu zwrócił się do przyjaciół.
- Panowie, bardzo Was przepraszam, ale będziecie musieli dokończyć świętowanie beze mnie. Mam bardzo pilne zadanie do wykonania.
- I pewnie nie możesz nic więcej powiedzieć? -  zapytał młody czarnowłosy mężczyzna.
- Dokładnie tak. Nic więcej nie mogę powiedzieć.
Po tych słowach pożegnał się i wyszedł w pośpiechu. Następnego dnia około południa wysiadał z samolotu na małym lotnisku oddalonym od maleńkiej wioski na Syberii o jakieś 50 kilometrów. Tu czekał na niego niewielki wojskowy pojazd, który zawiózł go na miejsce katastrofy.
Jeden rzut oka na zgliszcza powiedział mu wszystko. Bezbłędnie rozpoznał niektóre części z konstrukcji statku kosmicznego wyprawy Klemensa. Nie mógł się mylić, taka konstrukcja była tylko jedna. Jednak wrócili do swojego czasu, ale dlaczego się rozbili? Czy kiedykolwiek, ktokolwiek pozna przyczynę? Wiedział, że czeka go wiele miesięcy a może i lat, wytężonej pracy, żeby znaleźć odpowiedzi na wszystkie nurtujące go pytania.  Na niektóre na pewno nigdy takiej odpowiedzi nie będzie. Może Klemens zostawił jakieś nagrania wyjaśniające chociaż część wątpliwości. Jeżeli tak, to czy dadzą się odczytać? Czy z tych zgliszcz uda się cos wydobyć?
Jedno było pewne jego przyjaciel i załoga statku odbyli podróż w czasie. Może w tych szczątkach znajdą odpowiedź na pytanie , jak tego dokonali? Może znając tę  odpowiedź, będą mogli uratować ludzi, którzy tu wczoraj zginęli? W tej chwili było to jednak jedną wielką zagadką.
Aleksander był pewien, że jeżeli kiedykolwiek rozszyfruje tajemnicę podróży w czasie, to na pewno spotka jeszcze swojego przyjaciela. Ta myśl dodała mu otuchy. Teraz był gotów do zmierzenia się z niewiadomym.

                

niedziela, 23 czerwca 2013

                                 NIEMOŻLIWE
         Jechał już prawie sześć godzin, był bardzo zmęczony, prawie zasypiał za kierownicą, do tego lał rzęsisty deszcz. Widoczność chwilami była niemalże zerowa. Jeszcze tylko 40 kilometrów i będzie w domu. Musi wytrzymać, nie ma sensu zatrzymywać się teraz, gdy jest już prawie u kresu podróży.
W pewnym momencie wydało mu się, że coś silnie uderzyło w karoserię samochodu albo po czymś przejechał, być może i jedno i drugie.
 – Zatrzymać się i zobaczyć co się stało, czy jechać dalej. – zastanawiał się chwilę, ale szybko rozmyślił się, pogoda nie zachęcała do tego. Na pewno nic się nie stało, chyba przejechał po jakiejś nierówności na drodze. Nic nie było widać. Dalej na poboczu stał jakiś samochód, ale w środku nikogo nie było. Nie zatrzymując się pojechał dalej. Jeszcze godzina i był w domu. Wbiegł po schodach na górę.
- Elu! Jestem. Elu!
Nigdzie jednak nie było żony, za to w kuchni na stole znalazł kartkę: Zbyszku, pojechałam do mamy, bo bardzo źle się poczuła, być może wrócę dopiero jutro. W lodówce masz przygotowaną kolację. Zadzwoń jak dojedziesz.
 Wziął telefon i wybrał numer żony, trzymał tak długo połączenie aż włączyła się sekretarka. Rozłączył się i pomyślał, że być może jeszcze nie dojechała. Postanowił, że zadzwoni później. Zjadł kolację i usiadł przed telewizorem. Obejrzał jakiś durny film i w końcu zasnął.
Obudziło go natarczywe dzwonienie do drzwi. Z ogromnym zdziwieniem patrzył na dwóch policjantów stojących na ganku.
- Pan Zbigniew Nadolski?
- Tak, o co chodzi?
- Mamy dla pana przykrą wiadomość, pana żona zginęła w wypadku na drodze do Płocka tuż za Nowym Dworem.
- Jak to zginęła? – nie mógł uwierzyć w to co usłyszał.
- Zaraz pan dowie się więcej, może pojechać pan z nami?
- Tak. Oczywiście.
Po pół godzinie byli na miejscu.
- Jak to się stało? – Dopytywał policjantów. Cały czas był w szoku. Chyba ta wiadomość nie w pełni do niego dotarła. Poruszał się jak maszyna.
- Zepsuł jej się samochód, gdy wysiadła jakiś , najprawdopodobniej, pijany kierowca potrącił ją. Zginęła na miejscu. Być może nie widział jej, bo warunki na drodze w nocy były bardzo trudne, lał deszcz i wiał silny wiatr. Nie ma żadnych śladów, bo wszystkie zostały zmyte. Nie ma też żadnych świadków. Może przejdziemy do samochodu, musi pan potwierdzić, że to jej wóz.
W tej chwili zdał sobie sprawę, że przejeżdżał tędy w nocy. Już miał powiedzieć o tym policjantowi, gdy przypomniał sobie swój incydent na drodze.
- Boże tylko nie to. – pomyślał. – czyżby to on ją potrącił? Tak to było to miejsce. Tu poczuł, że po czymś przejechał. – Nie, to nie on!!! T niemożliwe.
Chciał jak najszybciej wrócić do domu i obejrzeć samochód, poprosił policjantów o odwiezienie, ale przedtem musiał pojechać do kostnicy i zidentyfikować ciało Elżbiety.
- Nie potrzebuje pan pomocy? Może pan zostać sam? – dopytywali policjanci, którzy odwieźli go do domu.
- Dziękuję, jakoś sobie poradzę, chcę teraz zostać sam.
Gdy tylko odjechali, zbiegł do garażu, zapalił światło i zaczął szczegółowo oglądać przód samochodu. Nie było jednak na nim żadnych śladów krwi, ani żadnych odkształceń. Nic nie rozumiał. Chyba jednak zgłosi się na policję i wszystko opowie. Zadzwonił i umówił się na następny dzień na dziewiątą rano.
Gdy przyszedł pokazano mu wyniki sekcji zwłok. Okazało się, że ciało Elżbiety miało styczność z dwoma samochodami jeden ja potrącił i ten ja zabił a drugi przejechał po niej gdy już nie żyła. Ten drugi to ja, pomyślał.
- O czym chciał pan ze mną rozmawiać? – zapytał starszy policjant z którym był umówiony.
- Ja? Chciałem rozmawiać? – był zdezorientowany.
- No tak umówił się pan ze mną.
- A tak. – podjął błyskawiczną decyzję, jednak powie prawdę. – Panie komisarzu ja jechałem wczoraj tą drogą około godziny dwudziestej pierwszej a może nawet później. Raczej później niż wcześniej.
- Tak? I coś pan zauważył ciekawego? Według patologa do wypadku doszło między dziewiętnastą a dwudziestą trzydzieści. Może wcześniej, ale na pewno nie później. Widział pan coś?
- Widziałem samochód na poboczu, ale go nie rozpoznałem, rzeczywiście widoczność na drodze była prawie zerowa.
- Czy jeszcze coś pan zauważył?
- Obawiam się, że ten drugi samochód, który przejechał już po zwłokach to mój.
- Jak to?
- Jadąc, poczułem w pewnym momencie jakbym po czymś przejechał. Pomyślałem, że to pewnie jakiś garb na drodze i pojechałem dalej, chociaż myślałem o zatrzymaniu, ale pogoda mnie zniechęciła.
- Będzie musiał pan zostawić nam swój samochód do wykonania ekspertyzy. Zaraz zawołam techników.
- Tak oczywiście, proszę to kluczyki. – mówiąc to podał je komisarzowi, który już telefonicznie poinformował technikę. Nie upłynęło więcej niż pięć minut gdy w drzwiach pojawił się krępy mężczyzna, odebrał kluczyki i już chciał wyjść ale komisarz go zatrzymał, razem wyszli na korytarz.
Gdy po pięciu minutach wrócił, zwrócił się do Nadolskiego:
-  Panie Zbigniewie, chyba odwieziemy pana do domu, bo to badanie trochę potrwa.
- Ile czasu?
- Nie wiem, ale może to zająć nawet cały dzień.
- Cały dzień? Oględziny samochodu, na którym nie ma właściwie żadnych śladów?
- To się dopiero okaże. To co odwieźć pana do domu?
- Nie dziękuję, jakoś sobie poradzę.
 Wyszedł, stał przed komendą i nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić. Właściwie powinien pojechać do pracy, ale po chwili namysłu sięgnął po komórkę i zadzwonił uprzedzając, że bierze urlop na najbliższy tydzień. Kilka godzin włóczył się bezmyślnie po mieście, miał nadzieję, że w każdej chwili dostanie informację, że może odebrać samochód, ale ta wiadomość nie nadchodziła. Nie nadeszła również do końca dnia. Wreszcie następnego dnia około godziny dwunastej dostał telefon, żeby stawił się na komendzie. Ubrał się i pojechał. Komisarz już na niego czekał.
- Mogę już odebrać samochód? – zapytał od progu.
- Chwilę zaraz wszystko uzgodnimy. Mam do pana kilka pytań.
- Proszę bardzo, słucham.
- Czy może nam pan pokazać list, który zostawiła panu żona w kuchni na stole?
- Nie mam go, chyba wyrzuciłem. – odparł zbyt pospiesznie.
- A zatem nie ma żadnego dowodu, że taki list istniał?
- No dowodu nie ma, ale mówię panu , że był .
- Teraz drugie pytanie: W jaki sposób znalazł się pan na tej drodze? Wracał pan przecież z Poznania, a okolice Nowego Dworu Mazowieckiego to chyba nie po drodze?
- Nie po drodze, ale miałem zamiar wstąpić do Łomianek do kolegi, byłem umówiony.
- Proszę podać nazwisko i telefon tego kolegi sprawdzimy.
Podał i pomyślał, że dobrze się stało, że zadzwonił do Jarka i się zapowiedział.
- Ale nie odwiedził go pan?
- Nie, zmieniłem zdanie, pogoda i późna pora  na to wpłynęły.
- A uprzedził pan kolegę i odwołał wizytę?
- Nie.
Komisarz wstał.
- Panie Zbigniewie Nadolski, jest pan aresztowany, pod zarzutem zamordowania żony Elżbiety Nadolskiej.
- Co? To jakiś absurd.
- Nie absurd. Pana żona zamierzała rozwieść się z panem a pan nie chciał do tego dopuścić.
- Co za bzdury pan wygaduje? Ja? Ja miałbym zamordować swoją żonę? Jaki rozwód? Skąd pan to wziął?
- Pańscy teściowie właśnie to potwierdzili. Pańska żona jechała właśnie do nich, ale na swoje nieszczęście zgodziła się z panem spotkać na drodze do Płocka.
- Bzdura, nie miałem z nią kontaktu od trzech dni.
- Miał pan, dzwonił pan do żony na godzinę przed jej śmiercią, rozmawialiście pół godziny. To wtedy namówił ją pan na spotkanie. Nie chciał pan rozwodu, bo to pana rujnowało finansowo. Wszystko co posiadaliście było pańskiej żony, darowizny od jej rodziców.
- Niby jak ją zabiłem? Skąd wiecie, że do niej dzwoniłem, sprawdźcie biling.
- Sprawdziliśmy. Dzwonił pan z telefonu na kartę, którą kupił pan na stacji benzynowej. No właśnie. Nie zginęła pod kołami samochodu, chociaż w pierwszym momencie tak to wyglądało. Zginęła od uderzenia tępym narzędziem w tył głowy, prawdopodobnie kluczem do kół. Zabił ją pan a następnie przejechał po niej samochodem, żeby wyglądało na wypadek , ale śmierć nastąpiła wcześniej, zaraz po uderzeniu, dlatego wykluczyliśmy wypadek drogowy.
- Gdybym ją zabił to nie przyznałbym się, że tamtędy jechałem.
- I tak byśmy do tego doszli, bo przez nieuwagę skończyło się panu paliwo i musiał pan tankować przy tej drodze  i do kolegi z Łomianek dzwonił pan dopiero z tej stacji benzynowej, to miało być swoiste alibi.
- Nie chciałem jej zabić.
- Myślę, że pan chciał i dokładnie to zaplanował. Gdyby nie to paliwo i telefon do żony, to nigdy byśmy pana nie złapali. Sprawa trafiłby do nierozwiązanych.   Ale jak widać nie ma zbrodni doskonałych.