niedziela, 9 czerwca 2013

                                  CZY TO  MUSIAŁO SIĘ WYDARZYĆ?

 Właśnie coś wyrwało go z głębokiego snu. Przez dłuższą chwilę próbował zidentyfikować co to było. Czekał, nasłuchując, aż ten dźwięk znowu się powtórzy. Nic jednak się nie działo. Wstał i poszedł do kuchni, bo właśnie zdał sobie sprawę, że potwornie chce mu się pić. Podszedł do zlewu i odkręcił kran, ale ani jedna kropla nie spłynęła do podstawionej szklanki.
- Co jest u diabła? – zapytał sam siebie. – Cholera, może mam mineralną w lodówce? – mówiąc to podszedł do lodówki, otworzył drzwi i zauważył, że żarówka w jej wnętrzu się nie świeci.
 - Trzeba zapalić światło, bo w tych egipskich ciemnościach nic nie widać. – pomyślał. Jak pomyślał tak zrobił, podszedł do kontaktu, nacisnął włącznik, a tu nic. Jeszcze raz i jeszcze raz  i nic.
- Pewnie znowu ta piekielna żarówka. – wyraźnie był już poirytowany. Sięgnął do szuflady i wyjął z niej latarkę. Teraz mógł już znaleźć w lodówce butelkę z wodą. Zabrał ją do sypialni, pociągnął kilka łyków, spojrzał na zegar, który wskazywał trzecią i znowu położył się spać. Obudziła go ogromna wrzawa na korytarzu budynku. Założył szlafrok i wyszedł na korytarz. To co tam zobaczył wprawiło go w niemałe osłupienie. Sąsiedzi biegali bezładnie we wszystkie strony wymachując rękami, każdy coś krzyczał. Ciężko było cokolwiek zrozumieć. W końcu zatrzymał jedną z sąsiadek, która wyjaśniła mu, że nie ma wody, światła i gazu. Kilku lokatorów od północy jest uwięzionych w windzie i nie można się do nich dostać.
- A coś wiadomo dlaczego jest tyle awarii na raz? – zapytał.
- Nie, nikt nic nie wie. – odpowiedział starszy  pan, którego wszyscy nazywali „złotą rączką”.
- Czy ktoś dzwonił na policję, albo chociaż do zakładu energetycznego? – zapytał wyraźnie poirytowany.
- Panie Jarku telefony też nie działają. - Odpowiedział ten sam starszy pan, którego nazwisko Jasiński było na ustach prawie wszystkich mieszkańców bloku, bo on zawsze potrafił poradzić sobie z każdym problemem. Ale jak widać tym razem on też był bezradny.
- A komórki?- drążył dalej pan Jarek.
- Komórki też nie. Jesteśmy odcięci od świata.
- Jak to odcięci? Chyba jest w tym mieście ktoś, kto potrafi odpowiedzieć nam na wszystkie pytania. Przecież ktoś musi wiedzieć co się dzieje. O Panie profesorze – Jarek zwrócił się do niskiego mężczyzny w średnim wieku. – Może Pan jako fizyk, mógłby nam wyjaśnić co się dzieje?
- Niestety, w tej chwili, nic nie przychodzi mi do głowy. Postaram się dostać  do Instytutu, tam pewnie już coś wiedzą. Jak tylko będę miał jakieś informacje, postaram się dać jakoś  Państwu znać. – powiedziawszy te słowa szybko zbiegł po schodach. Tymczasem mimo czerwca, temperatura zaczęła gwałtownie spadać. Nikt nie potrafił tego wyjaśnić. Jarek poszedł do domu, nie próbował nawet włączyć telewizora, bo jak się spodziewał , też nie działał. Napił się jeszcze trochę wody, podszedł do okna i spojrzał na termometr zaokienny, niebywałe, wskazywał 2 stopnie Celsjusza. Nie pamiętał, żeby o tej porze roku temperatura spadła tak nisko. Czekał aż świt rozświetli niebo. Czekał jedną godzinę, drugą , trzecią, ale cały czas panował półmrok. Ubrał się i wyszedł z domu. Na ulicach pełno   było zdezorientowanych ludzi, biegających bezładnie, wykrzykujących słowa świadczące o ich głębokim przerażeniu. Po godzinie bezsensownego spaceru, postanowił wrócić do domu, bo solidnie zmarzł. Wydawało mu się , że w pewnej chwili zauważył na kałuży lód. Czy było to możliwe? Sądząc po wychłodzeniu jego ciała, było. Po wejściu do domu, pierwsze kroki skierował do okna, za którym wisiał termometr. Osłupiał, odczytując temperaturę, minus dwa!!!! Teraz był pewien, że na Ziemi działo się coś bardzo niedobrego. Postanowił coś zjeść i pojechać do pracy. Chyba ma jeszcze parę litrów benzyny w baku. Jak postanowił tak też zrobił. Za piętnaście minut był w biurze. Panował tu ogromny chaos. Nie wszystkim udało się dotrzeć na czas. Windy nie chodziły, komputery nie działały, nie można było pracować. Poszedł do szefa, żeby się dowiedzieć co się dzieje, ale on też nic nie wiedział. Zaproponował, że pojedzie do Instytutu Meteorologii, może tam coś wiedzą. Pojechał. Tam dowiedział się, że prawdopodobnie Ziemia zmieniła tor lotu, na skutek uderzenia ogromnego meteorytu w dno Oceanu Atlantyckiego. W każdej chwili spodziewano się potopu w Europie. Podobno fala uderzeniowa dotarła już do wybrzeży Portugalii. Nie można było dokładnie określić kiedy to nastąpi, bo nie było już żadnej łączności. Pozostawało tylko czekać na nieuniknione. Postanowił pojechać do Instytutu Fizyki Jądrowej do swojego sąsiada, profesora Jaźwińskiego. Tak jak się spodziewał, strażnik nie chciał go w puścić. Jednak po kilku minutach pertraktacji i powołaniu się na nazwisko profesora, udało mu się wśliznąć do środka. Po dwudziestu minutach odnalazł profesora, który wbrew jego przewidywaniom ucieszył się na jego widok.
- O jak to świetnie, że Pan jest panie Jarku. Bardzo potrzebujemy informatyków. Może nam Pan pomóc?
- Oczywiście, nie wiem tylko czy potrafię. Postaram się.
- Proszę za mną. Musimy się spieszyć dopóki działa agregat. Po krótce przedstawię Panu sytuację. Otóż kilkanaście godzin temu w Ziemie uderzył dosyć duży meteoryt i to z ogromną siłą. Wyleciała ona ze swojej orbity ale na szczęście nie odleciała od Słońca, tylko zatrzymała się na innej orbicie. W tej chwili krążymy za Marsem, stąd ten spadek temperatury.  Niestety, obserwujemy dalsze jej obniżanie. Jak to tempo się utrzyma za dwa tygodnie będziemy tu mieli minus sto stopni Celsjusza.
- Jak możemy temu zapobiec?
- To jeszcze nie koniec, musimy najpierw powstrzymać wodę, która wylała się z oceanu i zalewa lądy. Gdy tam zamarznie, nic już nie zrobimy. Najpierw, sztuczną grawitacją musimy skierować ją z powrotem na swoje miejsce.
- Mamy na to szansę?
- Tak, nawet dużą. Jestem pewien, że nam się to uda, ale musimy szybko działać. Chodźmy do komputera. Wspólnie z fizykami i informatykami postaramy się uruchomić pod dnem Oceanu Atlantyckiego sztuczną grawitację , wtedy woda wróci na swoje miejsce.
Gdy weszli do sali operacyjnej , profesor dokonał krótkiej prezentacji i prawie natychmiast Jarek został włączony do zespołu kryzysowego. Po krótce objaśniono mu, że już od trzydziestu lat wiedzieli, że do Ziemi zbliża się wielki meteoryt i w  wielu miejscach naszego globu rozmieszczono generatory sztucznego pola grawitacyjnego i magnetycznego no i na wszelki wypadek ładunki jądrowe. Teraz trzeba włączyć pole grawitacyjne pod Atlantykiem i pierwszy kryzys będzie zażegnany. Potrzebny był czwarty informatyk do pomocy, żeby jednocześnie wysłać impuls z czterech komputerów. Właśnie do tego przydał się Jarek. Jeszcze chwila a pole zostało wzbudzone. Teraz wypadało tylko czekać, jeżeli woda nie zaleje Berlina w ciągu 30 minut, to znaczy, że się udało. Tymczasem zespół zabrał się za przygotowania do odpalenia głowic atomowych na Syberii, które miały nadać Ziemi prędkość potrzebną do zmiany orbity. Trzeba spowodować, żeby wróciła na swoje miejsce między Wenus a Marsa. To już nie było takie proste. Nikt nigdy nie przeprowadził takich obliczeń, bo nigdy nie brano pod uwagę takiej sytuacji. Myślano, że po takiej kolizji Ziemia odleci w bliżej nieokreślonym kierunku i opuści Układ Słoneczny. Robiono symulację jak ją zawrócić i skierować z powrotem do naszego układu, ale jak ją wydobyć z jednej orbity i wrzucić na inną, nikt nie wiedział.  
- Panie profesorze chyba mam pomysł, tylko muszę dostać się do centralnej sterowni energią jądrową. – zawołał Jarek.
- Zaraz, zaraz  panie Jarku, musimy przedstawić ten pomysł szefowi i uzyskać jego zgodę. To nie takie proste, może się okazać, że mamy tylko jedną próbę i nie możemy jej zmarnować.
- No to chodźmy do szefa niech oceni ten pomysł i zdecyduje czy działamy. – niecierpliwił się.
- Już idziemy, spokojnie. W tym przypadku pośpiech może być złym doradcą.  No chodźmy.
Okazało się, że szefem Instytutu Energii Jądrowej jest profesor Kolanowski, przyjaciel ze szkolnej ławy Jarka ojca. Szybko przywitali się i zaczęli dyskutować nad możliwością wykorzystania ładunków  jądrowych do sprowadzenia Ziemi na jej odwieczne miejsce. Pozostało tylko ustalić jak zatrzymać Planetę na miejscu gdy już zostanie wybita z obecnej  orbity. Ale Jarek miał pomysł , obaj profesorowie go zaakceptowali. Należało tylko dokładnie rozmieścić ładunki , precyzyjnie obliczyć położenie i moc. Dwa duże ładunki na Syberii i jeden równo naprzeciwko, po drugiej stronie kuli ziemskiej. Miejsca wyznaczono bardzo szybko i bardzo dokładnie. Teraz należało ustalić siłę wybuchu. Z tym też sobie poradzono, ładunek na Syberii większy dwu i półkrotnie. Najgorsze było jednak przed nimi. Mianowicie kiedy odpalić mniejszy ładunek, tak aby dał radę wyhamować Ziemię w odpowiednim czasie. Drugi ładunek miał być tak jakby przeciwwagą pierwszego, miał nie pozwolić żeby Ziemia poleciała za daleko. W końcu profesor Kolanowski stwierdził, że wszystko jest już zapięte na ostatni guzik i można zacząć ewakuować ludność z terenów na których nastąpią wyładowania jądrowe. Trzeba było przesiedlić ponad milion osób, na odległość ponad stu kilometrów i to na zawsze, bo po wybuchu teren w promieniu ponad stu kilometrów będzie skażony na ponad 150 lat.
-  Panowie , gdy otrzymamy wiadomość, że wszyscy ludzie są bezpieczni, rozpoczniemy akcję. – tak zdecydował szef Instytutu.
- Panie profesorze, musimy zrobić to najpóźniej pojutrze, bo inaczej zamarzniemy. – nieśmiało wtrącił Jarek.
- Tak wiem, ale będziemy czekali do ostatniej chwili. Nie chciałbym niepotrzebnie narażać ludzi, musimy uratować jak najwięcej osób. Czy rozumiemy się?
- Tak, oczywiście, nie możemy jednak narazić całej operacji na fiasko.
- Jeszcze nie wiemy, czy zaraz nie zmyje nas fala wodna, dowiemy się tego za osiem minut. Wtedy podejmiemy ostateczną decyzję i ustalimy dokładną godzinę rozpoczęcia akcji.
- Czekamy zatem.- skwitował profesor Jaźwiński.
Czekali. Te osiem minut wlokło się jak wieczność. W końcu dostali meldunek, że woda wdarła się w głąb lądu tylko na dwadzieścia kilometrów i była wysokości zaledwie metra. Czyli udało się. Może druga część planu też się uda? Ale na próbę realizacji drugiej części planu przyszło im czekać aż trzy dni, bo ewakuacja ludności przebiegała dosyć wolno. Wolno jak na potrzebę chwili, bo patrząc z boku tempo było zawrotne. Niestety temperatura spadła bardziej niż się spodziewano. Teraz żałowano, że ludzkość wyprodukowała zbyt mało dwutlenku  węgla, który znacznie spowolniłby dalszy spadek temperatury. Ale cóż, zalecono ludności pozostanie w domach i czekanie, być może na śmierć. Wreszcie przyszła wiadomość, że ludność pomyślnie przesiedlona, można odpalać ładunki. Jeszcze tylko zsynchronizowanie toru Ziemi z torem Marsa. Było to bardzo istotne, żeby planety nie zderzyły się gdy Ziemia będzie zajmowała swoja dawną orbitę.
– Panowie obliczcie również jak będzie wyglądał  tor Wenus, żeby nie zderzyła się z Ziemią w razie gdyby ta poleciała za daleko. – zauważył profesor Jaźwiński.
- Słuszna uwaga, gdy będziemy zaczynali wszystkie te planety powinny stać w jednej linii, ale Wenus i Merkury po drugiej stronie Słońca niż Ziemia. Wtedy będziemy mieli dość dużo czasu na przeprowadzenie całej operacji.
- Sprawdziłem, w najbliższym czasie takie ustawienie nie jest możliwe. - Powiedział Jarek.
- To co robimy? – profesor Kolanowski był bardzo zaniepokojony.
- Wybierzemy możliwie najkorzystniejszy układ, o proszę taki. – pokazał to na ekranie monitora. – Szkoda, że nie mamy czasu, żeby to skorygować z jakimś astronomem, ale komputer wybrał chyba optymalnie, za sześć godzin będziemy mieli taki układ. Czy podejmiemy próbę?
- Chyba nie mamy wyjścia, za dwa dni wszyscy umrzemy z zimna. Czy wszystko gotowe?
- Tak, ładunki czekają na sygnał. Wprowadziłem dane do komputera, on sam je odpali.
- Zatem za sześć godzin rozstrzygną się losy Ziemi.
Czekali w wielkim skupieniu prawie w ogóle nie rozmawiając. Każdy ukradkiem spoglądał na zegar. Czas wlókł się niemiłosiernie. Jedna godzina, druga, trzecia…… Wreszcie do odpalenia ładunków zostało już tylko dziesięć minut.
 - Panie Jarku, czy jesteśmy gotowi? – zapytał profesor Kolanowski.
- Myślę, że tak.
W tym momencie komputer zaczął odliczanie: dziesięć, dziewięć, osiem, ……
Wszyscy wstrzymali oddech, sekundy dzieliły ludzkość od decydującego rozstrzygnięcia. Wreszcie przyszedł ten moment. Dwa duże ładunki na Syberii zostały odpalone. Czekali, komputer pokazywał tor Ziemi. Udało się, Planeta opuściła orbitę na której się znajdowała i zaczęła poruszać się łagodnym łukiem w stronę Słońca. Po kilku godzinach lotu osiągnęła wymaganą odległość od naszej gwiazdy . Jeszcze chwila i trzeci ładunek został odpalony. Na ekranie wyraźnie było widać jak Ziemia zwalnia. Za chwilę  powinna zająć swoje dawne miejsce. Wszyscy trzej w skupieniu wpatrywali się w ekrany monitorów śledzących ruch Planety.
- Zatrzymaj się! – wrzasnęli niemal jednocześnie, ale tak się nie stało. Ładunek hamujący był widać zbyt mały, jak mogli się tak pomylić? Co przeoczyli? Przecież komputer skorygował wszystkie siły grawitacyjne, które mogły zakłócić jej tor. Co się stało? Dlaczego przynajmniej nie zatrzymuje się na orbicie między Wenus a Merkurym, tylko mknie dalej ku Słońcu.
- To już koniec Panowie. Nic już nie możemy zrobić. Za kilkanaście godzin spalimy się. Nie udało nam się precyzyjnie przewidzieć o ile stopni obróci się Ziemia w czasie przemieszczania z orbity na orbitę. Ładunek hamujący popchnął ją dalej w tym samym kierunku. Panie kolego a nie możemy odpalić następnych ładunków  na Syberii? – widać było, że profesor Kolanowski ma jakiś pomysł.
- Spróbuję – Jarek podbiegł do centralnego komputera i zaczął badać możliwości. Po chwili zawołał. – Panie profesorze mogę to zrobić tylko jakiej mocy mają być?
- Właśnie wyliczyłem, że ich moc musi być półtora razy większa od tej która miała hamować. Szybko, Jarku. Liczy się każda sekunda.
- Już, odpalone. Obserwujcie Panowie.
- Na razie idzie dobrze wyhamowujemy, ale jeszcze musi wystarczyć energii na powrót do dawnej orbity. Chyba jest na to szansa. Trzeba czekać.
Oczekiwanie trwało prawie dziewięć godzin, ale po tym czasie byli już niemal pewni, że operacja udała się.
Obudził się z ciężkim bólem głowy, powoli zaczynał wracać do rzeczywistości. Coś mu się śniło i to coś bardzo paskudnego. Na razie nie mógł sobie przypomnieć, co to było. Spojrzał na zegar dochodziła ósma. Postanowił ubrać się i wyjść z domu. Już na klatce schodowej nie był do końca pewien czy to co pamięta, to tylko sen. W pewnej chwili podbiegła do niego sąsiadka, pani Janina.
- Panie Jarku, dobrze, że pan jest, pomoże nam pan sprzątać po tym kataklizmie.
- Jakim kataklizmie?
- To pan nic nie wie? No coś tam się stało z Ziemią, ale już wszystko wraca do normy. Nawet telewizja działa i tam cały czas o tym mówią. Nie włączał pan telewizora?
- Nie, jeszcze nie. Zaraz pójdę do domu i postaram się dowiedzieć co się dzieje.
Wrócił do swojego mieszkania ale nie był pewien czy chce włączyć telewizor. W końcu po piętnastu minutach nacisnął przycisk na pilocie. Już po pierwszych słowach spikera, wiedział, że to nie był sen.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz