CZY TO MUSIAŁO SIĘ WYDARZYĆ?
Właśnie coś wyrwało
go z głębokiego snu. Przez dłuższą chwilę próbował zidentyfikować co to było.
Czekał, nasłuchując, aż ten dźwięk znowu się powtórzy. Nic jednak się nie
działo. Wstał i poszedł do kuchni, bo właśnie zdał sobie sprawę, że potwornie
chce mu się pić. Podszedł do zlewu i odkręcił kran, ale ani jedna kropla nie
spłynęła do podstawionej szklanki.
- Co jest u diabła? – zapytał sam siebie. – Cholera, może
mam mineralną w lodówce? – mówiąc to podszedł do lodówki, otworzył drzwi i
zauważył, że żarówka w jej wnętrzu się nie świeci.
- Trzeba zapalić
światło, bo w tych egipskich ciemnościach nic nie widać. – pomyślał. Jak
pomyślał tak zrobił, podszedł do kontaktu, nacisnął włącznik, a tu nic. Jeszcze
raz i jeszcze raz i nic.
- Pewnie znowu ta piekielna żarówka. – wyraźnie był już
poirytowany. Sięgnął do szuflady i wyjął z niej latarkę. Teraz mógł już znaleźć
w lodówce butelkę z wodą. Zabrał ją do sypialni, pociągnął kilka łyków,
spojrzał na zegar, który wskazywał trzecią i znowu położył się spać. Obudziła
go ogromna wrzawa na korytarzu budynku. Założył szlafrok i wyszedł na korytarz.
To co tam zobaczył wprawiło go w niemałe osłupienie. Sąsiedzi biegali bezładnie
we wszystkie strony wymachując rękami, każdy coś krzyczał. Ciężko było
cokolwiek zrozumieć. W końcu zatrzymał jedną z sąsiadek, która wyjaśniła mu, że
nie ma wody, światła i gazu. Kilku lokatorów od północy jest uwięzionych w
windzie i nie można się do nich dostać.
- A coś wiadomo dlaczego jest tyle awarii na raz? – zapytał.
- Nie, nikt nic nie wie. – odpowiedział starszy pan, którego wszyscy nazywali „złotą rączką”.
- Czy ktoś dzwonił na policję, albo chociaż do zakładu
energetycznego? – zapytał wyraźnie poirytowany.
- Panie Jarku telefony też nie działają. - Odpowiedział ten
sam starszy pan, którego nazwisko Jasiński było na ustach prawie wszystkich
mieszkańców bloku, bo on zawsze potrafił poradzić sobie z każdym problemem. Ale
jak widać tym razem on też był bezradny.
- A komórki?- drążył dalej pan Jarek.
- Komórki też nie. Jesteśmy odcięci od świata.
- Jak to odcięci? Chyba jest w tym mieście ktoś, kto potrafi
odpowiedzieć nam na wszystkie pytania. Przecież ktoś musi wiedzieć co się
dzieje. O Panie profesorze – Jarek zwrócił się do niskiego mężczyzny w średnim
wieku. – Może Pan jako fizyk, mógłby nam wyjaśnić co się dzieje?
- Niestety, w tej chwili, nic nie przychodzi mi do głowy.
Postaram się dostać do Instytutu, tam
pewnie już coś wiedzą. Jak tylko będę miał jakieś informacje, postaram się dać
jakoś Państwu znać. – powiedziawszy te
słowa szybko zbiegł po schodach. Tymczasem mimo czerwca, temperatura zaczęła
gwałtownie spadać. Nikt nie potrafił tego wyjaśnić. Jarek poszedł do domu, nie
próbował nawet włączyć telewizora, bo jak się spodziewał , też nie działał.
Napił się jeszcze trochę wody, podszedł do okna i spojrzał na termometr
zaokienny, niebywałe, wskazywał 2 stopnie Celsjusza. Nie pamiętał, żeby o tej
porze roku temperatura spadła tak nisko. Czekał aż świt rozświetli niebo.
Czekał jedną godzinę, drugą , trzecią, ale cały czas panował półmrok. Ubrał się
i wyszedł z domu. Na ulicach pełno było
zdezorientowanych ludzi, biegających bezładnie, wykrzykujących słowa świadczące
o ich głębokim przerażeniu. Po godzinie bezsensownego spaceru, postanowił
wrócić do domu, bo solidnie zmarzł. Wydawało mu się , że w pewnej chwili
zauważył na kałuży lód. Czy było to możliwe? Sądząc po wychłodzeniu jego ciała,
było. Po wejściu do domu, pierwsze kroki skierował do okna, za którym wisiał
termometr. Osłupiał, odczytując temperaturę, minus dwa!!!! Teraz był pewien, że
na Ziemi działo się coś bardzo niedobrego. Postanowił coś zjeść i pojechać do
pracy. Chyba ma jeszcze parę litrów benzyny w baku. Jak postanowił tak też
zrobił. Za piętnaście minut był w biurze. Panował tu ogromny chaos. Nie
wszystkim udało się dotrzeć na czas. Windy nie chodziły, komputery nie
działały, nie można było pracować. Poszedł do szefa, żeby się dowiedzieć co się
dzieje, ale on też nic nie wiedział. Zaproponował, że pojedzie do Instytutu
Meteorologii, może tam coś wiedzą. Pojechał. Tam dowiedział się, że
prawdopodobnie Ziemia zmieniła tor lotu, na skutek uderzenia ogromnego
meteorytu w dno Oceanu Atlantyckiego. W każdej chwili spodziewano się potopu w
Europie. Podobno fala uderzeniowa dotarła już do wybrzeży Portugalii. Nie można
było dokładnie określić kiedy to nastąpi, bo nie było już żadnej łączności.
Pozostawało tylko czekać na nieuniknione. Postanowił pojechać do Instytutu
Fizyki Jądrowej do swojego sąsiada, profesora Jaźwińskiego. Tak jak się
spodziewał, strażnik nie chciał go w puścić. Jednak po kilku minutach
pertraktacji i powołaniu się na nazwisko profesora, udało mu się wśliznąć do
środka. Po dwudziestu minutach odnalazł profesora, który wbrew jego przewidywaniom
ucieszył się na jego widok.
- O jak to świetnie, że Pan jest panie Jarku. Bardzo
potrzebujemy informatyków. Może nam Pan pomóc?
- Oczywiście, nie wiem tylko czy potrafię. Postaram się.
- Proszę za mną. Musimy się spieszyć dopóki działa agregat.
Po krótce przedstawię Panu sytuację. Otóż kilkanaście godzin temu w Ziemie
uderzył dosyć duży meteoryt i to z ogromną siłą. Wyleciała ona ze swojej orbity
ale na szczęście nie odleciała od Słońca, tylko zatrzymała się na innej
orbicie. W tej chwili krążymy za Marsem, stąd ten spadek temperatury. Niestety, obserwujemy dalsze jej obniżanie.
Jak to tempo się utrzyma za dwa tygodnie będziemy tu mieli minus sto stopni
Celsjusza.
- Jak możemy temu zapobiec?
- To jeszcze nie koniec, musimy najpierw powstrzymać wodę,
która wylała się z oceanu i zalewa lądy. Gdy tam zamarznie, nic już nie
zrobimy. Najpierw, sztuczną grawitacją musimy skierować ją z powrotem na swoje
miejsce.
- Mamy na to szansę?
- Tak, nawet dużą. Jestem pewien, że nam się to uda, ale
musimy szybko działać. Chodźmy do komputera. Wspólnie z fizykami i
informatykami postaramy się uruchomić pod dnem Oceanu Atlantyckiego sztuczną
grawitację , wtedy woda wróci na swoje miejsce.
Gdy weszli do sali operacyjnej , profesor dokonał krótkiej
prezentacji i prawie natychmiast Jarek został włączony do zespołu kryzysowego.
Po krótce objaśniono mu, że już od trzydziestu lat wiedzieli, że do Ziemi
zbliża się wielki meteoryt i w wielu
miejscach naszego globu rozmieszczono generatory sztucznego pola grawitacyjnego
i magnetycznego no i na wszelki wypadek ładunki jądrowe. Teraz trzeba włączyć
pole grawitacyjne pod Atlantykiem i pierwszy kryzys będzie zażegnany. Potrzebny
był czwarty informatyk do pomocy, żeby jednocześnie wysłać impuls z czterech
komputerów. Właśnie do tego przydał się Jarek. Jeszcze chwila a pole zostało
wzbudzone. Teraz wypadało tylko czekać, jeżeli woda nie zaleje Berlina w ciągu
30 minut, to znaczy, że się udało. Tymczasem zespół zabrał się za przygotowania
do odpalenia głowic atomowych na Syberii, które miały nadać Ziemi prędkość
potrzebną do zmiany orbity. Trzeba spowodować, żeby wróciła na swoje miejsce
między Wenus a Marsa. To już nie było takie proste. Nikt nigdy nie
przeprowadził takich obliczeń, bo nigdy nie brano pod uwagę takiej sytuacji.
Myślano, że po takiej kolizji Ziemia odleci w bliżej nieokreślonym kierunku i
opuści Układ Słoneczny. Robiono symulację jak ją zawrócić i skierować z
powrotem do naszego układu, ale jak ją wydobyć z jednej orbity i wrzucić na
inną, nikt nie wiedział.
- Panie profesorze chyba mam pomysł, tylko muszę dostać się
do centralnej sterowni energią jądrową. – zawołał Jarek.
- Zaraz, zaraz panie
Jarku, musimy przedstawić ten pomysł szefowi i uzyskać jego zgodę. To nie takie
proste, może się okazać, że mamy tylko jedną próbę i nie możemy jej zmarnować.
- No to chodźmy do szefa niech oceni ten pomysł i zdecyduje
czy działamy. – niecierpliwił się.
- Już idziemy, spokojnie. W tym przypadku pośpiech może być
złym doradcą. No chodźmy.
Okazało się, że szefem Instytutu Energii Jądrowej jest
profesor Kolanowski, przyjaciel ze szkolnej ławy Jarka ojca. Szybko przywitali
się i zaczęli dyskutować nad możliwością wykorzystania ładunków jądrowych do sprowadzenia Ziemi na jej
odwieczne miejsce. Pozostało tylko ustalić jak zatrzymać Planetę na miejscu gdy
już zostanie wybita z obecnej orbity.
Ale Jarek miał pomysł , obaj profesorowie go zaakceptowali. Należało tylko dokładnie
rozmieścić ładunki , precyzyjnie obliczyć położenie i moc. Dwa duże ładunki na
Syberii i jeden równo naprzeciwko, po drugiej stronie kuli ziemskiej. Miejsca
wyznaczono bardzo szybko i bardzo dokładnie. Teraz należało ustalić siłę
wybuchu. Z tym też sobie poradzono, ładunek na Syberii większy dwu i
półkrotnie. Najgorsze było jednak przed nimi. Mianowicie kiedy odpalić mniejszy
ładunek, tak aby dał radę wyhamować Ziemię w odpowiednim czasie. Drugi ładunek
miał być tak jakby przeciwwagą pierwszego, miał nie pozwolić żeby Ziemia
poleciała za daleko. W końcu profesor Kolanowski stwierdził, że wszystko jest
już zapięte na ostatni guzik i można zacząć ewakuować ludność z terenów na
których nastąpią wyładowania jądrowe. Trzeba było przesiedlić ponad milion
osób, na odległość ponad stu kilometrów i to na zawsze, bo po wybuchu teren w
promieniu ponad stu kilometrów będzie skażony na ponad 150 lat.
- Panowie , gdy
otrzymamy wiadomość, że wszyscy ludzie są bezpieczni, rozpoczniemy akcję. – tak
zdecydował szef Instytutu.
- Panie profesorze, musimy zrobić to najpóźniej pojutrze, bo
inaczej zamarzniemy. – nieśmiało wtrącił Jarek.
- Tak wiem, ale będziemy czekali do ostatniej chwili. Nie
chciałbym niepotrzebnie narażać ludzi, musimy uratować jak najwięcej osób. Czy
rozumiemy się?
- Tak, oczywiście, nie możemy jednak narazić całej operacji
na fiasko.
- Jeszcze nie wiemy, czy zaraz nie zmyje nas fala wodna,
dowiemy się tego za osiem minut. Wtedy podejmiemy ostateczną decyzję i ustalimy
dokładną godzinę rozpoczęcia akcji.
- Czekamy zatem.- skwitował profesor Jaźwiński.
Czekali. Te osiem minut wlokło się jak wieczność. W końcu
dostali meldunek, że woda wdarła się w głąb lądu tylko na dwadzieścia
kilometrów i była wysokości zaledwie metra. Czyli udało się. Może druga część
planu też się uda? Ale na próbę realizacji drugiej części planu przyszło im
czekać aż trzy dni, bo ewakuacja ludności przebiegała dosyć wolno. Wolno jak na
potrzebę chwili, bo patrząc z boku tempo było zawrotne. Niestety temperatura
spadła bardziej niż się spodziewano. Teraz żałowano, że ludzkość wyprodukowała
zbyt mało dwutlenku węgla, który
znacznie spowolniłby dalszy spadek temperatury. Ale cóż, zalecono ludności
pozostanie w domach i czekanie, być może na śmierć. Wreszcie przyszła
wiadomość, że ludność pomyślnie przesiedlona, można odpalać ładunki. Jeszcze
tylko zsynchronizowanie toru Ziemi z torem Marsa. Było to bardzo istotne, żeby
planety nie zderzyły się gdy Ziemia będzie zajmowała swoja dawną orbitę.
– Panowie obliczcie również jak będzie wyglądał tor Wenus, żeby nie zderzyła się z Ziemią w
razie gdyby ta poleciała za daleko. – zauważył profesor Jaźwiński.
- Słuszna uwaga, gdy będziemy zaczynali wszystkie te planety
powinny stać w jednej linii, ale Wenus i Merkury po drugiej stronie Słońca niż
Ziemia. Wtedy będziemy mieli dość dużo czasu na przeprowadzenie całej operacji.
- Sprawdziłem, w najbliższym czasie takie ustawienie nie
jest możliwe. - Powiedział Jarek.
- To co robimy? – profesor Kolanowski był bardzo
zaniepokojony.
- Wybierzemy możliwie najkorzystniejszy układ, o proszę
taki. – pokazał to na ekranie monitora. – Szkoda, że nie mamy czasu, żeby to
skorygować z jakimś astronomem, ale komputer wybrał chyba optymalnie, za sześć
godzin będziemy mieli taki układ. Czy podejmiemy próbę?
- Chyba nie mamy wyjścia, za dwa dni wszyscy umrzemy z
zimna. Czy wszystko gotowe?
- Tak, ładunki czekają na sygnał. Wprowadziłem dane do
komputera, on sam je odpali.
- Zatem za sześć godzin rozstrzygną się losy Ziemi.
Czekali w wielkim skupieniu prawie w ogóle nie rozmawiając.
Każdy ukradkiem spoglądał na zegar. Czas wlókł się niemiłosiernie. Jedna
godzina, druga, trzecia…… Wreszcie do odpalenia ładunków zostało już tylko
dziesięć minut.
- Panie Jarku, czy
jesteśmy gotowi? – zapytał profesor Kolanowski.
- Myślę, że tak.
W tym momencie komputer zaczął odliczanie: dziesięć,
dziewięć, osiem, ……
Wszyscy wstrzymali oddech, sekundy dzieliły ludzkość od
decydującego rozstrzygnięcia. Wreszcie przyszedł ten moment. Dwa duże ładunki
na Syberii zostały odpalone. Czekali, komputer pokazywał tor Ziemi. Udało się,
Planeta opuściła orbitę na której się znajdowała i zaczęła poruszać się łagodnym
łukiem w stronę Słońca. Po kilku godzinach lotu osiągnęła wymaganą odległość od
naszej gwiazdy . Jeszcze chwila i trzeci ładunek został odpalony. Na ekranie
wyraźnie było widać jak Ziemia zwalnia. Za chwilę powinna zająć swoje dawne miejsce. Wszyscy
trzej w skupieniu wpatrywali się w ekrany monitorów śledzących ruch Planety.
- Zatrzymaj się! – wrzasnęli niemal jednocześnie, ale tak się
nie stało. Ładunek hamujący był widać zbyt mały, jak mogli się tak pomylić? Co
przeoczyli? Przecież komputer skorygował wszystkie siły grawitacyjne, które
mogły zakłócić jej tor. Co się stało? Dlaczego przynajmniej nie zatrzymuje się
na orbicie między Wenus a Merkurym, tylko mknie dalej ku Słońcu.
- To już koniec Panowie. Nic już nie możemy zrobić. Za
kilkanaście godzin spalimy się. Nie udało nam się precyzyjnie przewidzieć o ile
stopni obróci się Ziemia w czasie przemieszczania z orbity na orbitę. Ładunek
hamujący popchnął ją dalej w tym samym kierunku. Panie kolego a nie możemy odpalić
następnych ładunków na Syberii? – widać było,
że profesor Kolanowski ma jakiś pomysł.
- Spróbuję – Jarek podbiegł do centralnego komputera i
zaczął badać możliwości. Po chwili zawołał. – Panie profesorze mogę to zrobić
tylko jakiej mocy mają być?
- Właśnie wyliczyłem, że ich moc musi być półtora razy większa
od tej która miała hamować. Szybko, Jarku. Liczy się każda sekunda.
- Już, odpalone. Obserwujcie Panowie.
- Na razie idzie dobrze wyhamowujemy, ale jeszcze musi
wystarczyć energii na powrót do dawnej orbity. Chyba jest na to szansa. Trzeba
czekać.
Oczekiwanie trwało prawie dziewięć godzin, ale po tym czasie
byli już niemal pewni, że operacja udała się.
Obudził się z ciężkim bólem głowy, powoli zaczynał wracać do
rzeczywistości. Coś mu się śniło i to coś bardzo paskudnego. Na razie nie mógł
sobie przypomnieć, co to było. Spojrzał na zegar dochodziła ósma. Postanowił
ubrać się i wyjść z domu. Już na klatce schodowej nie był do końca pewien czy
to co pamięta, to tylko sen. W pewnej chwili podbiegła do niego sąsiadka, pani
Janina.
- Panie Jarku, dobrze, że pan jest, pomoże nam pan sprzątać
po tym kataklizmie.
- Jakim kataklizmie?
- To pan nic nie wie? No coś tam się stało z Ziemią, ale już
wszystko wraca do normy. Nawet telewizja działa i tam cały czas o tym mówią.
Nie włączał pan telewizora?
- Nie, jeszcze nie. Zaraz pójdę do domu i postaram się
dowiedzieć co się dzieje.
Wrócił do swojego mieszkania ale nie był pewien czy chce włączyć
telewizor. W końcu po piętnastu minutach nacisnął przycisk na pilocie. Już po
pierwszych słowach spikera, wiedział, że to nie był sen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz