niedziela, 16 czerwca 2013

                                  sTwór
  - Aaaaa….. – ziewnął bardzo głęboko, może za głęboko, bo poczuł przejmujący ból w szczęce. Spróbował zamknąć usta ale się nie udało. Chyba zwichnął sobie szczękę. Co robić? Gorączkowo zaczął rozglądać się za telefonem, gdzie on się podział? O, jest. Wybrał numer Pawła, ale gdy usłyszał głos z drugiej strony nie był w stanie powiedzieć ani słowa.  Z jego gardła popłynęło coś w rodzaju:
  - Wy..lele..ciało.
  - Co? – usłyszał głos przyjaciela.
  - Wy…ło.. – spróbował jeszcze raz coś z siebie wyartykułować, ale jak widać z miernym skutkiem. Miał nadzieję, że Pawłowi wyświetlił się jego numer.
  - Robi? Czy coś się stało? Nie możesz mówić? – głos pytającego przepełniony był niepokojem.
  - Ta…sta..łoło… - to chyba była jasna odpowiedź.
  - Nic nie mów, czekaj na mnie, zaraz będę u Ciebie. Cześć. – Robi poczuł ulgę, zaraz przybędzie pomoc. Od razu ból zelżał. Teraz trzeba tylko spokojnie poczekać. Czekając na Pawła zaczął się zastanawiać nad swoim przezwiskiem „ROBI”. Na imię miał Adam, ale od kilkunastu lat wszyscy mówili do niego Robi. Byli tacy znajomi, którzy nie znali jego prawdziwego imienia. Tego Robiego wymyślił właśnie Paweł jeszcze w szkole podstawowej i prawdę powiedziawszy on sam, Adam,  często myślał o sobie ROBI. Czasem nie reagował gdy ktoś w jakimś urzędzie , mówił do niego panie Adamie. Te rozmyślania przerwał natarczywy dzwonek do drzwi. To był Paweł.
Wpadł do mieszkania jak huragan, uspokoił się dopiero gdy zobaczył przyjaciela w niezłym stanie fizycznym.
  - Boże, co stało się z Twoją twarzą? Nie mów nic, widzę, wypadła Ci szczęka. Jedziemy do szpitala, tam Ci ją nastawią.
Okazało się, że w szpitalu była niewyobrażalnie długa kolejka, wyglądało na to, że zajmie im to  kilka godzin.
  - Poczekaj tu na mnie, zaraz wrócę. – powiedział Paweł i zniknął w czeluści jakiegoś korytarza. Po piętnastu minutach wrócił z  facetem w niebieskim fartuchu, przedstawił go jako szwagra swojej żony i wszyscy trzej pojechali windą na chirurgię. Nastawienie wybitej szczęki zajęło wprawnemu lekarzowi dosłownie kilka sekund. Dziwne, że obyło się bez bólu, wprawiło to w zdumienie cały obecny tam personel medyczny.
  - Robi, naprawdę Cię to nie bolało? – dopytywał Paweł podczas drogi powrotnej.
  - Ani trochę. Sam jestem tym zdziwiony, bo zaraz po ziewnięciu zwijałem się z bólu. Teraz też nic nie czuję, a lekarz mówił, że przez parę dni będą miał trudności z jedzeniem i mówieniem. Jak widać z mówieniem nie mam.
  - Może to adrenalina?
  - No może.
  - Na wszelki wypadek nie jedz dzisiaj nic trudnego do gryzienia. Może chcesz żebym został u Ciebie?
  - Nie dziękuję, jedź do żony i dzieciaków. Przecież nic mi się nie stało. W ogóle dziękuję Ci za pomoc, sam bym sobie nie poradził, no i pewnie dalej czekałbym w kolejce, nie wiadomo dokąd.
  - Całe szczęście, że szwagier Eli był dziś na dyżurze. Na pewno niczego nie potrzebujesz?
  - Nie dziękuję, już i tak dużo dla mnie zrobiłeś.
 - W razie potrzeby dzwoń, o każdej porze. No to cześć.
  - Cześć, jeszcze raz dziękuję za ratunek.
I Paweł odjechał.
Robi-Adam pozostał sam  ze swoimi myślami. Doszedł do wniosku, że bardzo odstaje od swoich znajomych i przyjaciół. Przyjaciół…. Właściwie to poza Pawłem nie miał żadnych przyjaciół. Nie miał rodziny. Wychował się w domu dziecka, do którego został podrzucony zaraz po urodzeniu. Nie miał swojego nazwiska. Milecki to nazwisko dyrektora sierocińca w którym dorastał. Kiedyś próbował odnaleźć swoje korzenie, ale okazało się to niemożliwe. Zresztą w tej chwili chyba nie chciał ich znać. I tak niczego nie może już zmienić w swoim życiu. Całe szczęście, że okazał się nad wyraz zdolną jednostką. Już w szkole średniej otrzymał stypendium naukowe, skończył studia i został jednym z najbardziej liczących się genetyków na świecie. Dobrze zarabiał, kupił wielkie  i piękne mieszkanie, ale do tej pory nie ożenił się i chyba nigdy się nie ożeni. To nie dla niego, czuł to gdzieś w swoim wnętrzu. Kobiety go nie interesowały, no i nie wyobrażał sobie w domu dzieci, nie lubił ich. Dlatego właśnie nie odwiedzał Pawła, bo jego dzieciaki potrafiły zamienić każde spotkanie w piekło. Jego celem w życiu była nauka, genetyka interesowała go niemalże od kołyski. Teraz pracował nad mutacją genu wzrostu, odkrytego niedawno, bo w 2007 roku i nazwanego HMGA2. Właśnie przeprowadzał badania na kilku tysiącach europejczyków, żeby sprawdzić, którą wersję tego genu posiadają: wysoką czy niską. Jak na razie jedna czwarta badanych miała dwa razy gen wysoki i jedna czwarta dwa razy niski. Reszta  geny mieszane wysoki i niski. Wszystko się zgadzało, ci z dwom genami wysokimi mieli ponad 180cm wzrostu, z dwoma niskimi poniżej 150cm, z mieszanymi byli między 150cm a 180cm.
  - Może sprawdzę jakiego rodzaju gen mam ja sam. – pomyślał. – przy moim wzroście powinienem mieć dwa razy gen wysoki. Jak tylko będę miał chwilę wolnego czasu w laboratorium, na pewno wykonam sobie ten test, chociaż  sądząc po wynikach badań, rezultat  jest chyba oczywisty, no ale dla własnej ciekawości, zrobię sobie test. – z tym postanowieniem poszedł do łazienki wziąć prysznic.
Następnego dnia w Instytucie Genetyki panował wielki bałagan, bo okazało się, że na skutek pomyłki, przysłano trzy razy więcej próbek do badań niż byli w stanie wykonać. Sekretarka dzwoniła do wszystkich większych klinik mających swoje pracownie genetyczne z prośbą o pomoc. Dopiero pod koniec dnia wszystkie badania były zabezpieczone.
  - Panie dyrektorze czy mogę już iść do domu? – w progu gabinetu dyrektora Mileckiego stała sekretarka z niepokojem czekając na decyzję szefa.
  - Oczywiście pani Basiu. Bardzo pani dziękuję za dzisiejszą akcję, gdyby nie pani…. Nie chcę nawet o tym myśleć co by się stało. Jeszcze raz dziękuję.
  - Do widzenia panie Dyrektorze.
  - Do widzenia pani.
Adam Milecki, dla znajomych Robi, został sam w swoim gabinecie. Nie miał ochoty iść do domu. Chwilę siedział w zadumie wsłuchując się w dźwięki dochodzące z głębi Instytutu.
Wreszcie wstał i wyszedł na korytarz. Postanowił pospacerować po laboratoriach i sprawdzić ludzi pracujących na nocnej zmianie. Nie robił tego często, bo miał zaufanie do swoich pracowników, ale dzisiaj miał po prostu na to ochotę. Otwierając drzwi pracowni genetyki wzrostu zahaczył ręką o wystający z zamka klucz i skaleczył się. Krew trysnęła wyjątkowo dużym strumieniem. Zaraz podbiegł do niego laborant oferując pomoc.
  - Panie Janku, jak już się tak mocno skaleczyłem, to może pobierzemy próbkę i zbadamy mój gen wzrostu.
  - Oczywiście, zaraz to zrobię. My wszyscy w pracowni zbadaliśmy swoje i dołączyliśmy do wyników badań. Czy pański też możemy dołączyć?
  - Jak najbardziej. Im więcej próbek tym lepiej.
Po kilku minutach procedura pobierania próbki została zakończona, rana opatrzona. Adam wrócił do gabinetu, zapakował teczkę i pojechał do domu.
Zjadł kolację, włączył ukochanego Bacha i właściwie zamarł w bezruchu. Gdy płyta skończyła się, wstał podszedł do stolika, zmienił ją na inną, wrócił na fotel i znowu zamarł w bezruchu. Postronny obserwator powiedziałby, że to robot wykonuje te wszystkie czynności. Jego ruchy były bardzo precyzyjne i tak jakby sztuczne. Normalny człowiek nie porusza się w ten sposób. To właśnie takie zachowania Adama spowodowały przylgnięcie do niego przezwiska „ROBI”. Paweł często powtarzał mu, że zachowuje się czasem jak robot, nie reaguje na sygnały z zewnątrz. Adam twierdził wtedy, że tylko takie chwilowe oderwanie się od rzeczywistości pozwala mu całkowicie wypocząć i pozbyć się stresu po całym dniu pracy. Mówił, że jest to od niego niezależne, jego organizm sam popada w taki stan.
Zadzwonił telefon. Adam ani drgnął, tak jakby nie słyszał natarczywego dzwonka. Włączyła się automatyczna sekretarka:
  - Robi. Jesteś tam? Odbierz proszę, mam ważną sprawę. Robi, wiem, że jesteś. – Paweł był wyraźnie zdenerwowany.
Jednak Adam pozostał dalej w bezruchu na swoim fotelu. Z głośników dobiegała bardzo spokojna muzyka Bacha. Paweł rozłączył się. Po mniej więcej dwudziestu minutach, gdy muzyka skończyła się Adam wstał z fotela, wyłączył wieżę i w tym momencie jego wzrok padł na telefon, który natarczywym miganiem lampki dawał znać, że ktoś zostawił wiadomość na sekretarce. Niechętnie zabrał się za sprawdzanie kto dzwonił i czego od niego chciał.
 Po chwili wykręcał numer Pawła.
  - Dlaczego do diabła nie odbierasz telefonów? – usłyszał pełen wyrzutu głos przyjaciela.
  - Nie mogłem, przecież wiesz, że od Ciebie zawsze odbieram.
  - Nie mogłem, nie mogłem. Czyżbyś znowu popadł w ten swój stan odrętwienia?
  - Być może, nie wiem do końca. Dzisiaj miałem sądny dzień w instytucie. Jestem wykończony.
 - Wiem, słyszałem coś o tym.
 - Co to za ważna sprawa, którą do mnie miałeś? Czy jest jeszcze aktualna?
  - Tak, dzwonili do mnie ze szpitala. Dokładniej mówiąc dzwonił szwagier mojej żony, ten którego poznałeś. Pamiętasz?
  - Tak, o co mu chodziło?
  - Otóż, przywieźli do nich chłopca, którego pogryzł pies i chcieliby żebyś skonsultował ten przypadek.
  - Ja nie jestem przecież lekarzem.
  - Ale tu chodzi o badania krwi, zdaje się, że nie potrafią ustalić grupy. Mówią, że to jakiś genetyczny mutant.
 - Co? Co ty wygadujesz, jaki genetyczny mutant? Muszę zobaczyć to badanie.
  - Pojedziesz ze mną do szpitala?
  - Pojadę, bo jestem mocno zaintrygowany.
  - To będę u Ciebie za piętnaście minut, zejdź na dół to będzie szybciej, cześć.
Był za dziesięć minut, chyba sprawa była bardzo pilna, ale dlaczego Paweł tak bardzo się w to zaangażował?
  - Paweł, powiedz mi dlaczego jesteś taki podekscytowany? Dlaczego wieziesz mnie tam osobiście? Mogłem pojechać sam.
  - No mogłeś, ale Czarek, powiedział coś intrygującego.
  - Czarek to ten szwagier?
  - Tak.
  - No więc, co takiego powiedział Czarek, że musiałeś ze mną jechać?
  - Według niego, ten chłopiec wygląda jak Twoja kopia, tylko dużo mniejsza, bo ma dopiero cztery lata.
  - Moja kopia? Co mam przez to rozumieć?
  - Tylko tyle, że jest podobny do Ciebie jak dwie krople wody. Oczywiście zdaniem Czarka.
  - Na pewno się myli. Widział mnie zaledwie raz i to przez niespełna dwie minuty.
  - Może się myli, a może i nie. On jest bardzo spostrzegawczy i dokładny. Zresztą zaraz sami się o tym przekonamy. Wysiadaj. Chodź, mamy pojechać na czwarte piętro na chirurgię.
Wsiedli do windy. Na górze czekał na nich mocno zaniepokojony Czarek.
  -Nareszcie jesteście, chodźcie.
Po chwili wchodzili do sali zabiegowej. Na wielkim łożu leżał maleńki chłopiec z zabandażowaną lewą nogą. Na bandażu widać było ślady bardzo ciemnej krwi.
 - Ma taką samą ciemną krew, jak ja – pomyślał Adam –a głośno zapytał- Gdzie macie te wyniki badań?
Zanim wziął je do ręki przyjrzał się uważnie twarzy malucha. Rzeczywiście, bardzo był do niego podobny. Zadziwiające podobieństwo. Czyżby należał do jego nieznanej rodziny?
Gdy tak przyglądał się dziecku, nagle stała się rzecz nieoczekiwana. Mały zerwał się z łóżka, zeskoczył na podłogę i podbiegł do Adama łapiąc go mocno za nogę. Podniósł wzrok do góry i zawołał pytająco:
  - Tata?
  - Nie, nie jestem Twoim tatą. – A widząc posmutniałe oczy małego, zrobiło mu się bardzo smutno.
  - Gdzie są jego rodzice? – zapytał.
 - On nie ma rodziców. Jest z domu dziecka, został podrzucony zaraz po porodzie. – wyjaśnił Czarek.
  - Jak to?
  - Tak zwyczajnie. Jego matka go nie chciała. Nie zna Pan takich przypadków? – zapytał lekarz.
  - Niestety znam. – Adam posmutniał nagle przypominając sobie swoje życie w „bidulu” i wszystkie niewybredne dowcipy kolegów ze szkoły. Traktowali go jak trędowatego. Szkoda, że ten mały człowieczek będzie musiał doświadczyć wszystkich tych upokorzeń.
  - Czy mogę zobaczyć te wyniki? –wyciągnął rękę i wziął podane mu przez Czarka papiery.
To co zobaczył przeszło jego najgorsze przewidywania. Wyniki badań krwi malca były niemal identyczne z jego własnymi. W jej składzie brakowało kilku składników, mały miał takie same wady genetyczne jak on. Czy to było możliwe?
  - No i co panie profesorze? Co to wszystko oznacza? – dopytywali się inni lekarze zgromadzeni w małej salce.
  - Proszę państwa, jest to bardzo rzadko występująca wada genetyczna. Do tej pory spotkałem tylko jednego człowieka z taką samą wadą, mały jest drugi. Zajmę się jego badaniami osobiście. Proszę dowiedzieć się co to był za pies i czy był szczepiony. Dalsze leczenie rany powierzam panom, ale chyba nie będzie problemów.  Wychodząc zapytał jakby od niechcenia:
  - Z którego domu dziecka jest ten chłopiec?
  - Nie wiem. Siostro! – zawołał Czarek – Z którego domu dziecka jest ten chłopiec?
  - Tu jest jego opiekunka, proszę zapytać – odpowiedziała pielęgniarka.
  - To pani przywiozła tego chłopca? – zapytał Adam starszą kobietę siedzącą na korytarzu.
  - Tak. A o co chodzi? – zapytała wystraszona.
  - Z którego domu dziecka jest ten mały?
 - Ze Zduńskiej.
  - Jestem Adam Milecki, genetyk. Mały ma bardzo rzadką wadę genetyczną. Będę chciał go przebadać dokładniej. Przyjadę po niego w przyszłym tygodniu.
  - To już będzie pan musiał uzgodnić z Panią dyrektor.
  - Oczywiście, tak zrobię. Do widzenia pani.
  - Do widzenia.
Paweł już czekał na niego przy samochodzie. Bardzo był ciekawy co to za wada genetyczna, a Adam nie wiedział ile może mu powiedzieć. Nie chciał mówić, że to on jest tym drugim z tą nietypową wadą genetyczną.
  - No i co? Wiesz już co to za wada? – dopytywał.
  - Niezupełnie. Tylko raz się z tym spotkałem. Wiem tylko tyle, że można z nią normalnie funkcjonować. Przebadam tego chłopca i może wtedy dowiem się czegoś konkretnego.
  - Mam nadzieję, że będziesz mnie informował na bieżąco.
  - Oczywiście, jeżeli nie będzie to sprzeczne z etyką mojego zawodu.
  - Ma się rozumieć. Będę czekał z niecierpliwością. A co powiesz na to zaskakujące podobieństwo do Ciebie? No bo widziałem, że zrobiło to na Tobie spore wrażenie.
  - Rzeczywiście jest bardzo podobny. Wiesz pomyślałem nawet, że może być ze mną spokrewniony, bo przecież nie znam swojej rodziny. Jego pewnie też nigdy nie poznamy.
  - Pewnie nie poznamy. – zgodził się Paweł.
W następnym tygodniu Adam załatwiał formalności zabrania chłopca, który miał na imię Łukasz, do Instytutu Genetyki. Sprawa nie była taka prosta, bo trzeba było uzyskać zgodę rzecznika praw dziecka, a ten nie mógł zrozumieć czemu miały służyć te badania skoro ta wada nie zagrażała jego życiu. W końcu z pomocą Ministra Zdrowia wszystkie papiery były podpisane i Adam zabrał chłopca. Przygotował dla niego w Instytucie specjalny pokój, kupił trochę atrakcyjnych zabawek.
Łukasz okazał się bardzo spokojnym i sympatycznym maluchem. Nie był jednak szczęśliwym dzieckiem. W jego oczach widać było ogromny smutek, chociaż na jego buzi często gościł szeroki uśmiech, gdy bawił się zdalnie sterowanymi samochodami czy samolotami. Badania dobiegały końca i Adam z niepokojem myślał o rozstaniu. Nie wiedział, że tak bardzo zwiąże się emocjonalnie z tym małym człowieczkiem, o którego istnieniu dowiedział się zaledwie kilkanaście dni wcześniej. Czekali teraz tylko na wyniki badań.
W międzyczasie do Adama przyszedł laborant, który miał wykonać test jego genu wzrostu.
  - Panie profesorze, nie wiem jak to panu powiedzieć, ale nie ma pan genu wzrostu. Ani niskiego ani wysokiego.
  - Niemożliwe. Proszę pokazać! – niemalże rozkazał.
  - Proszę się nie denerwować, prawdopodobnie źle wykonano badanie.
  - Z całą pewnością. Powtórzę je sam. Dziękuję, może pan wrócić do pracy. – i laborant oddalił się wzruszając ramionami.
Adam natomiast pochylił się jeszcze raz nad wynikami badań swojej krwi. Nie mógł w to uwierzyć. Sięgnął po wstępne badania Łukasza wykonane w szpitalu i zastygł nad papierami na biurku. Z tego letargu wyrwała go pani Basia, sekretarka:
  - Panie dyrektorze, właśnie przyniesiono komplet wyników tego małego chłopca. Proszę. – podała mu spory plik karteczek.
Na te słowa poderwał się zza biurka i wyrwał papiery z jej ręki, niemalże ją przewracając. Usiadł z powrotem za biurkiem, a widząc zdumienie na twarzy Basi powiedział.
  - Przepraszam, ale to jest bardzo ważne, nie mogłem się doczekać.
  - Chyba nawet bardzo. Panie Dyrektorze ja już wychodzę, bo jest już osiemnasta, nie zdążę na zebranie do szkoły córki.
  - Tak, tak, dziękuję. Do widzenia. 
  - Do widzenia. – i już jej nie było.
Nareszcie został sam, mógł teraz zagłębić się w lekturze krwinek, płytek, osocza i innych temu podobnych. Po zakończeniu tej dziwnej lektury, otarł niewidoczny pot z czoła, wstał i poszedł do Łukasza. Mały już głęboko spał. Adam stanął nad jego łóżeczkiem i zapytał:
  - Kim jesteś? A właściwie kim my obydwaj jesteśmy? Dlaczego mamy te same wady genetyczne? Czy jesteśmy spokrewnieni, czy to tylko dziwny zbieg okoliczności? Dlaczego trafiliśmy do tego samego domu dziecka zaraz po urodzeniu? Czy to może być przypadek? Nie wiem. Nic nie wiem. Przyrzekam Ci jednak, że nie zostawię Cię samego. Adoptuję Cię. Czuję, że nie przez przypadek stanąłeś na mojej drodze.
Wrócił do gabinetu i zaczął pisać raport dla Ministra Zdrowia i Dyrekcji Domu Dziecka.
Stwierdził w nim, że chłopiec ma bardzo rzadką wadę genetyczną dotyczącą składu krwi, ale wada ta nie stanowi zagrożenia dla jego życia. Jedynie jego dieta powinna być pozbawiona produktów , które zawierają zbyt duże dawki czynnego żelaza, bo jego organizm ma dużą zdolność do gromadzenia tego pierwiastka, a jego nadmiar mógłby prowadzić do śmierci.
Następnego dnia rano przyjechali po Łukasza. Wychowawca nie chciał zabrać zabawek tłumacząc, że w domu dziecka obowiązują zasady, że wszystkie zabawki są wspólne i Łukasz nie może mieć swoich odrębnych. Adam obiecał dokupić jeszcze kilka egzemplarzy.
Jeszcze tego samego dnia poprosił Pawła o rozmowę, chciał się poradzić w sprawie adopcji. Ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu dowiedział się, że to wspaniały pomysł.
  - Masz moje pełne poparcie, powiedz jak Ci pomóc.
  - Jeszcze nie wiem. Mam tylko obawy, że nie dadzą dziecka samotnemu mężczyźnie.
  - Samotnemu, ale dobrze ustawionemu. To też ma znaczenie.
  - Może ma, ale nie powiedziałem Ci jeszcze o jednej rzeczy , która może pomóc.
  - No to mów.
  - Wiesz to jest wiadomość tylko dla Ciebie.
 - Ma się rozumieć. Mów.
 - Ja mam taką samą wadę genetyczną jak on.
  - Jak to? Dawno o tym wiesz? A, rozumiem. Jak mówiłeś w szpitalu o drugim przypadku, to mówiłeś o sobie. Tak?
 - Tak. Mówiłem o sobie.
  - Jasne. Teraz już prawie wszystko rozumiem. – Paweł był bardzo poruszony tym co usłyszał.
 - Myślisz, że mogę użyć tego jako argumentu?
  - Być może, ale najpierw musisz się przekonać czy ta wada nie ogranicza Twoich zdolności do opieki nad takim małym dzieckiem. Tym bardziej, że to dziecko ma tę samą wadę. Może to być Twoim atutem, ale też i przeciwwskazaniem do powierzenia Ci nad nim opieki. Wstrzymaj się z wszelkimi rozmowami parę dni, mam znajomą, która pracuje w ośrodku adopcyjnym, niech zrobi rozpoznanie.
  - Będę Ci bardzo wdzięczny. Mam nadzieję, że mi się uda.
 - Zrobimy wszystko, żeby się udało, bo widzę, że Ci naprawdę na tym zależy.
  - Dzięki. Kiedy zaczniesz coś działać w tej sprawie?
  - Zaraz. Już dzwonię. Umówię się z Gośką i pójdziemy razem. Chcesz?
  - Jasne. Nie mogę się już doczekać.
 - No nie bądź w gorącej wodzie kąpany wszystko we właściwym czasie.
  - Przyrzekam, że będę cierpliwy, ale dzwoń już, proszę.
Paweł zadzwonił i umówił się na spotkanie następnego dnia na osiemnastą.
Adam z wrażenia nie spał całą noc. O dziwo nie był zmęczony, a dzień dłużył mu się niemiłosiernie. Wreszcie o siedemnastej trzydzieści wsiadł w samochód i pojechał do Wojewódzkiego Ośrodka Adopcyjnego,  gdzie byli umówieni na spotkanie.
Niestety sprawa nie była prosta, bo tak jak się spodziewali, Adam jako samotny, nie stanowił zbyt dobrej rodziny zastępczej. Jednak jego sytuacja materialna, oraz gotowość zatrudnienia opiekunki do dziecka, znacznie zwiększała jego szanse na adopcję małego Łukasza.
Gośka, jak zwracał się do niej Paweł, obiecała uruchomić procedurę następnego dnia rano. Trzeba było zbadać sytuację rodzinną małego.
  - Nie wiemy czy nie ma on jakichś krewnych, którzy chcieliby się nim zaopiekować. –powiedziała.
 - Proszę panią – powiedział na koniec Adam, - nie wiem czy to ma jakieś znaczenie i czy mogę używać tego argumentu, ale jest możliwość, że jesteśmy spokrewnieni.
  - O, to na pewno by coś zmieniło. Na jakiej podstawie pan wnosi, że jesteście spokrewnieni? – zapytała zainteresowana.
 - Otóż mały ma pewną wadę genetyczną. Jego komórki krwi są zmutowane i ja też mam taką samą wadę. – wyjaśnił.
 - To bardzo interesujące. Czy może mi pan powiedzieć coś więcej na ten temat?
  - No cóż, sprawa jest bardzo skomplikowana. W jego krwi nie ma pewnych składników, no i jego organizm jest pozbawiony, niedawno odkrytego genu wzrostu. Moja krew wykazuje takie same cechy. Być może pochodzimy z tej samej rodziny, bo jeszcze nigdy nie spotkałem człowieka, oczywiście oprócz mnie, z takimi wadami. Jest jeszcze coś, otóż obaj zostaliśmy podrzuceni zaraz po urodzeniu do tego samego domu dziecka. Być może nasze matki wiedziały o tej wadzie i bały się odpowiedzialności za wychowanie takiego dziecka.
  - No teraz to mnie pan zastrzelił. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. To jest rzeczywiście bardzo dziwne. Czy pan szukał swoich biologicznych rodziców?
  - Tak, ale bez rezultatu. Do dziś nie wiem kim jestem, ale nie ma to już dla mnie znaczenia. Chyba nawet nie chciałbym tego wiedzieć. Dlatego myślę, że rodziców Łukasza też nie odnajdziemy. Wiem, że mógłbym mu stworzyć normalny dom, nie musiałby przechodzić tych wszystkich upokorzeń na które ja byłem narażony.
  - Adam, nie powiedziałeś jeszcze jednego, ten mały jest do Ciebie podobny jak dwie krople wody. – nie wytrzymał Paweł i wtrącił swoje trzy grosze.
  - Naprawdę? No ta sprawa wydaje się coraz ciekawsza. Obiecuję, że jutro zaczynam działać, sama jestem ciekawa, jak to wygląda. Jak tylko będę coś wiedziała to się do was odezwę.
Pożegnali się i wyszli na ulicę, był już późny wieczór. Ulice trochę opustoszały.
  - Nie pozostaje nam nic innego tylko cierpliwie czekać. Mam nadzieję, że Gośka szybko uruchomi maszynę adopcyjną i wkrótce wszystko będzie jasne. Ja jestem dobrej myśli.
  - Dzięki. Będę czekał z niecierpliwością, ale i z nadzieją. Bardzo chciałbym wychować tego chłopca. Już teraz czuję się z nim związany emocjonalnie. W końcu spędził w instytucie prawie dwa tygodnie. Codziennie spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. No i nie wiem czy pamiętasz jak mnie przywitał?
  - Tak, pamiętam. Zapytał: tata?
  - No właśnie: tata. Cały czas mam to w uszach. Myślisz, że mogę go odwiedzić w domu dziecka?
  - Myślę, że tak. Zresztą i tak zdecyduje o tym dyrektorka. Powiedz jej, że chcesz się starać o adopcję.
  - Tak zrobię. Jutro tam pójdę. Jeszcze raz Ci dziękuję za zaangażowanie. Do zobaczenia.
  - Do zobaczenia. Informuj mnie na bieżąco.
  - Ma się rozumieć.
I tak się rozstali.
Kilka następnych dni Adam spędził bardzo intensywnie pracując. Musiał przeprowadzić analizę otrzymanych wyników badań. W sporej grupie osób wykryto pewne anomalie dotyczące genu wzrostu. Po głębszej analizie okazało się, że jest to grupa osób mieszkających w okolicy Czarnobyla. Wśród wszystkich poniżej 40 roku życia, hipoteza, że dwa geny wysokie dają wzrost powyżej 180cm, była niepotwierdzona. Okazało się, że w grupie osób z okolic nieszczęsnej elektrowni, wszyscy, bez względu na geny wzrostu byli bardzo wysocy. Ci z dwoma genami wysokimi przekraczali 2m. Najniższy z dwoma niskimi miał 186cm wzrostu.
Adam postanowił, że trzeba będzie w przyszłości zbadać wpływ promieniowania radioaktywnego na wzrost. Był pewien, że miało ono bardzo duże znaczenie. Uporządkował papiery na biurku i już miał wyjść gdy zadzwonił telefon. Powoli podniósł słuchawkę.
   - Słucham, Adam Milecki.
  - Dzień dobry panu. Dzwonię z domu dziecka na Zduńskiej. Pan składał podanie o umożliwienie regularnych kontaktów z jednym naszym wychowankiem, Łukaszem. Tak?
  - Tak, składałem.
  - Pańska prośba została rozpatrzona pozytywnie.
  - Dziękuję bardzo! Kiedy mogę go odwiedzić?
  - Chociażby zaraz, ale przed pierwszą wizytą musi pan porozmawiać z Panią Dyrektor. Dzisiaj ma dyżur do osiemnastej.
  - Dziękuję bardzo, będę przed osiemnastą. Dowidzenia.
Przyjechał grubo przed  wyznaczoną godziną. Zapukał delikatnie do drzwi gabinetu z napisem DYREKTOR. Po usłyszeniu zaproszenia wszedł i oniemiał. Za biurkiem siedziała jego koleżanka z liceum, Aniela Brzeska.
  - Co za pech. – pomyślał. Była to chyba ostatnia osoba, którą chciałby tu zobaczyć. Aniela była wyjątkowo podłą i wredną osobą. Jeżeli mogła komuś dokuczyć, zrobić na złość to na pewno to zrobiła. Bardzo się z Adamem nie lubili, wręcz można powiedzieć, że się nienawidzili. No ale cóż musi spróbować się przełamać i być w miarę uprzejmy.
  - Witam Cię Anielo! Chyba nie widzieliśmy się z piętnaście lat. – wykrztusił z siebie i podszedł do biurka podając jej rękę na przywitanie.
 - Witam. Tak dokładnie piętnaście lat, tyle właśnie upłynęło od naszej matury. Nie pytam co u Ciebie, bo Twoja sława sięga wszędzie. Wiem, że chcesz adoptować jednego z naszych wychowanków. – zmieniła nagle temat, zwalniając Adama z pytań o jej sytuację. A może właśnie o to jej chodziło.
  - Tak chciałbym adoptować Łukasza.
 - Wiem, bo właśnie poproszono mnie o opinię. Wydam ją dopiero jak się przekonam czy wy dwaj możecie stworzyć rodzinę.
  - Jak możesz się o tym przekonać?
  - Poprosiłeś o regularne widzenia z tym chłopcem. Trochę poobserwuję i będę wiedziała. Wierz mi, mam duże doświadczenie w pracy z dziećmi.
  - Nie wątpię w to. Zawsze byłaś dokładna w działaniu.
 - Teraz też będę. Zaraz pójdziemy do Łukasza, ale muszę Cię uprzedzić, że nie wolno Ci robić mu żadnych obietnic. Możesz się z nim pobawić i tyle. Rozumiemy się?
  - Rozumiem. Przyniosłem sporo słodyczy, dla wszystkich dzieci. – mówiąc to postawił na jej biurku ogromną torbę.
  - Dziękuję w imieniu naszych wychowanków. Na pewno się bardzo ucieszą. Możemy iść? -Zapytała.
  - Tak, już nie mogę się doczekać.
Weszli do dużej sali gdzie bawiło się kilkanaścioro dzieci w wieku między cztery a sześć lat. Wszystkie niemalże jednocześnie podniosły głowy i zaczęły z wielkim zaciekawieniem przyglądać się nieznajomemu. Nagle z tej grupki wybiegł Łukasz, podbiegł do Adama, rzucił mu się na szyję i zaczął płakać. Adam przytulił go mocno i poczuł ogromną ulgę.
  - Nie zapomniałeś o mnie. Przyszedłeś. Kocham Cię.
Teraz z oczu Adama popłynęły wielkie łzy. Ktoś po raz pierwszy powiedział mu, że go kocha i powiedział to naprawdę szczerze.
  - Ja też Cię kocham. Teraz będę Cię odwiedzał częściej.
  - Na pewno? – dopytywał mały.
  - Na pewno.
  - Dzieci, pan Adam przyniósł Wam słodycze. Proszę podejdźcie do mnie. – w tym momencie dzieciaki obstąpiły Anielę, wyciągając swoje małe rączki.
  - Łukaszu, a Ty nie weźmiesz nic słodkiego? – zapytał Adam.
  - Teraz nie. Chcę się pobawić z Tobą.
  - Czy możemy gdzieś posiedzieć z Łukaszem, sami? – zwrócił się Adam do Dyrektorki.
  - Oczywiście, sala numer pięć. To jest pokój odwiedzin.
 - Dziękuję.
Gdy znaleźli się w sali przeznaczonej do odwiedzin, Adam wyjął z kieszeni wielką mleczną czekoladę i podał ją chłopcu. Gdy ten sięgał  po nią, jego buzię rozjaśnił szczery dziecięcy uśmiech.
  - Schowałem dla Ciebie, bo obawiam się, że z tamtych niewiele zostanie.
Łukasz  odpakował czekoladę połamał na kilka kawałków i podał Adamowi.
  - Proszę, nie mogę przecież jeść sam.
Zanim się zorientowali po czekoladzie nie było śladu. Jedynymi oznakami świadczącymi o tym, że w ogóle istniała, były ich umazane buzie. Bawili się świetnie, ale jak zwykle co dobre szybko się kończy. W pewnej chwili usłyszeli pukanie do drzwi, Aniela przypominała Adamowi, że już dwudziesta i Łukasz musi iść spać. Pożegnali się z wielkim żalem, ale mieli nadzieję na rychłe spotkanie.
Od tego czasu Adam codziennie odwiedzał Łukasza. Cieszył się nie tylko Łukasz, ale i wszystkie dzieciaki, bo zawsze miał dla nich jakieś słodkie niespodzianki.
W końcu przyszedł dzień kiedy zadzwonili do Adama z ośrodka adopcyjnego i zaprosili go na spotkanie. Założył garnitur, krawat i eleganckie obuwie i z duszą na ramieniu wszedł do gabinetu dyrektora ośrodka, gdzie czekała na niego specjalna komisja. Spotkanie, a raczej przesłuchanie, trwało około trzech godzin. Wypytywali go o takie szczegóły z jego życia, że w pewnej chwili odniósł wrażenie, że robią wszystko żeby mu odmówić. Chciało mu się wyć, ale musiał wytrzymać, żeby do końca nie pogrzebać szansy na adopcję Łukasza. Jeszcze ostatnie pytanie o stan majątkowy.
  - To chyba byłoby wszystko. Dziękujemy Panu. Odezwiemy się w ciągu najbliższych trzech dni i powiadomimy pana o naszej decyzji. Dowidzenia.
  - Dziękuję. Dowidzenia.
Był tak wyczerpany, że postanowił nie iść tego dnia do pracy. Zadzwonił do swojej sekretarki i odwołał wszystkie umówione na ten dzień spotkania, następnie poprosił Pawła o spotkanie. Przyjaciel zaprosił go w imieniu swojej rodziny na obiad. Zgodził się natychmiast, o dziwo, nie myślał już o dzieciach Pawła jak o złośliwych małych potworach. Czyżby, dzięki Łukaszowi zmieniał się jego stosunek do dzieci? Kupił ulubione żelki synów Pawła, herbaciane róże dla jego żony  i o umówionej godzinie zjawił się pod drzwiami pięknej willi na przedmieściach. Jak zwykle, po pierwszym dzwonku do drzwi, trzech niesfornych urwisów, wybiegło z wrzaskiem przed dom i rzuciło się na niego.
  - Wujku, wujku co nam dziś przyniosłeś? – krzyczeli jeden przez drugiego. – Masz nasze ulubione żelki?
Zanim udało mu się coś odpowiedzieć w drzwiach pojawiła się Elżbieta, żona Pawła, i bardzo ostro zganiła synów.
  - Jak Wy się zachowujecie? W tej chwili zostawcie wujka w spokoju. – wiedziała, że Adam nie przepada za dziećmi i taka napaść trzech małych szatanów była dla niego nie lada torturą.
  -  Nic nie szkodzi, chodźcie tu, mam coś dla Was. Ale chyba z jedzeniem poczekacie. Mama chyba będzie się gniewała jak rozprawicie się ze słodyczami przed obiadem.
  - Oczywiście, żelki tylko po obiedzie. – potwierdziła Elżbieta odbierając z rąk Adama ogromny bukiet. – Piękne róże, dziękuję. Chodźmy do domu, Paweł spóźni się trochę, ale jak jesteś głodny to zaczniemy obiad bez niego.
 - Nie, nie jestem aż tak głodny, zaczekamy. Ja tym czasem pobawię się z chłopcami. – sam nie mógł uwierzyć, że to powiedział.
Bawili się tak wyśmienicie, że nie zauważyli kiedy przyjechał Paweł. Oboje z Elżbietą stali w drzwiach salonu i przyglądali się igraszkom  z niedowierzaniem. Adam zawsze unikał nawet rozmów z dziećmi a co dopiero zabaw.
  - Może to kontakt z Łukaszem  tak go odmienił – powiedział do Elżbiety szeptem, a głośno zawołał. – Hej! Może byśmy tak coś zjedli skoro jesteśmy w komplecie?
  - O! Cześć! Nie zauważyłem Cię. Przepraszam. – Adam był trochę zmieszany, chyba sam nie mógł uwierzyć, że można tak świetnie się bawić z dzieciakami.
  - Umyjcie ręce i zapraszam do stołu. – powiedziała Elżbieta.
Obiad był wspaniały, jak zwykle. Elżbieta świetnie gotowała. Po obiedzie przyjaciele  przeszli do salonu na kawę i dopiero wtedy Adam opowiedział Pawłowi o swoich obawach co do opinii komisji w sprawie adopcji. Już chciałby poznać decyzję.
 - Wiesz to czekanie mnie dobija.
  - Rozumiem Cię, ale to i tak jest bardzo krótki termin, nie uważasz?
  - Uważam, uważam, ale i tak mnie to nie zadawala. Jak myślisz mam szansę?
  - Myślę, że dużą. Chyba Twoja ustabilizowana sytuacja finansowa ma tutaj ogromne znaczenie, skoro, jak mówisz pytali o to dwa razy. No i nie bez znaczenia jest opinia tej dyrektorki domu dziecka, no bo jak mówiłeś wystawiła Ci laurkę.
  - Tak, napisała, że mimo deklaracji samotnego wychowywania dziecka, jestem idealnym kandydatem na ojca dla tego konkretnego chłopca. Wiesz, od dawna odwiedzam Go i myślę, że znaleźliśmy wspólny język. Dobrze się ze sobą czujemy i rozumiemy się niemalże bez słów. Dzięki niemu zacząłem inaczej patrzeć na wszystkie dzieci.
  - A tak, oboje z moją żoną to zauważyliśmy. Nigdy dotąd nie widzieliśmy Cię bawiącego się z naszymi synami. A dziś szło Ci całkiem nieźle no i nie sprawiałeś wrażenia udręczonego. To chyba dobrze wróży. No ale nie myśl już o tym, poczekamy te trzy dni. Jestem niemalże pewien, że wszystko ułoży się po Twojej myśli i niedługo spotkamy się w szerszym gronie.
  - Dziękuję Ci, chyba już pójdę. Nie byłem dziś w Instytucie, chyba teraz wpadnę i zobaczę jak radzą sobie moi laboranci z nową partią próbek, która nadeszła z Chin. Sam jestem ciekawy jak wypadną te badania dla Chińczyków, którzy generalnie są ludźmi niskiego wzrostu.
  - No nie, przecież najwyższy człowiek świata to właśnie Chińczyk.
  - Powiedziałem „generalnie”. A jak wiesz każdy wyjątek potwierdza regułę.
 - Niby masz rację.
 - Nie, niby, tylko mam całkowitą rację.
  - Nie będę  się spierał z fachowcem. Mam nadzieję, że te Twoje badania wykażą coś mądrego.
 - Też mam taką nadzieję, inaczej bym tego nie robił. Pójdę już. Dziękuję za zaproszenie i pyszny obiad. Pożegnam się z Elżbietą i dziećmi. Trzymaj za mnie kciuki.
  - Ma się rozumieć. Cześć.
  - Cześć.
Po pożegnaniu z żoną Pawła i jego synami pojechał do Instytutu. Na nocnej zmianie było tego dnia dwa razy więcej laborantów niż zwykle. Pracowali na pełnych obrotach, prawie nikt nie zauważył jego obecności. Poszedł do swojego gabinetu i zaczął przeglądać papiery, które zostawiła mu sekretarka. Przeglądał w skupieniu dokumenty gdy usłyszał pukanie.
  - Proszę. – powiedział. Po chwili w otwartych drzwiach stanął jeden z najlepszych jego doktorantów, Rafał Sawicki.
  - Panie profesorze czy ma pan chwilkę?
  - Nawet więcej niż chwilkę. Słucham, o co chodzi?
  - Jak Pan wie dostaliśmy wczoraj do zbadania próbki z Chin. Między innymi przysłali nam do zbadania krew największego człowieka świata i najmniejszego, obaj są Chińczykami, zapewne Pan profesor o tym wie.
  - Nie wiedziałem, że ich też będziemy badać. Chyba w ich przypadku wszystko jest jasne.
  - No właśnie nie bardzo jest jasne. Dlatego nas proszą o konsultację.
  - Dobrze skonsultujemy te przypadki. Zbadajcie.
  - Nie możemy. Mam tu list skierowany bezpośrednio do Pana z prośbą żeby oddać do rąk własnych. Dlatego nie rozpieczętowaliśmy tych dwóch próbek. Proszę oto ten list i dołączona paczka. – mówiąc to Rafał podał Adamowi przesyłkę.
  - Dziękuję, zaraz przeczytam, mam nadzieję, że ten list nie jest pisany po chińsku.
  - Nie wiem, ale zaadresowany jest po angielsku. To ja zostawię Pana profesora z lekturą i wrócę do pracy, jeżeli oczywiście nie jestem potrzebny.
 - Dziękuję. W razie potrzeby poproszę Pana.
Rafał wyszedł, a Adam zabrał się do rozpieczętowania listu. Nic szczególnego, jakiś genetyk Uniwersytetu w Pekinie zwracał się z prośbą o pomoc w zbadaniu genu wzrostu dwóch ludzi. W ich laboratorium otrzymywali kilka razy sprzeczne wyniki. Jednak prosili o dyskrecję i jeżeli byłoby to możliwe o wykonanie badań osobiście przez niego, Adama Mileckiego dyrektora Instytutu.
  - Bardzo dziwne. - Powiedział Adam do siebie. – Dlaczego tak bardzo zależy im na tym, żebym osobiście się tym zajął? No cóż, chyba mogę to dla nich zrobić.
Przebrał się w fartuch, wziął próbki i poszedł do laboratorium. Akurat zwolniło się jedno stanowisko, więc mógł zająć się pracą. Po godzinie wiedział już dlaczego Chińczycy zwrócili się do niego o pomoc. U każdego z badanych występowały cztery geny wzrostu. U najwyższego cztery wysokie a u najniższego cztery niskie. Chińczycy sugerowali, żeby Adam wykonał badania trzykrotnie, tyle próbek przysłali, ale nie podali swoich wyników. Profesor Toshiro Yakamoto wyraził chęć przyjazdu do Polski, gdy tylko Adam będzie gotowy do dyskusji i konsultacji. Postanowił, że zaraz wykona pozostałe dwa badania. Około północy zakończył pracę. Nie mógł zrozumieć dlaczego musiał powtarzać badanie trzy razy, skoro za każdym razem otrzymywał ten sam wynik. Potwierdziło się, że Ci dwaj ludzie mają po cztery geny wzrostu, podczas gdy wszyscy dotychczas badani, tylko po dwa. Popatrzył na zegarek, dochodziła dwunasta. Zaraz, która godzina jest w Pekinie?  Chyba dochodzi ósma. Postanowił, że poczeka jeszcze z pół godziny i zadzwoni.
Profesor Yakamoto nie krył zdziwienia słysząc, że Adam wykonał badania i jest już gotowy do dyskusji i zaprasza Go choćby jutro. Umówili się na czwartek w przyszłym tygodniu, bo profesor miał spotkanie w Berlinie w przyszły piątek, więc chciał upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Adam miał zatem osiem dni do spotkania, bo właśnie skończyła się środa. Posprzątał swoje stanowisko pracy i poszedł do domu. Zasnął prawie od razu po przykryciu się kołdrą. Mimo późnej godziny rano obudził się jak zwykle przed siódmą i przed ósmą był już w Instytucie. Około dziesiątej zadzwoniła sekretarka z ośrodka adopcyjnego i powiadomiła go, że jest decyzja komisji w sprawie Łukasza. Niewiele myśląc wybiegł z gabinetu, wsiadł w samochód i około jedenastej przekraczał próg gabinetu dyrektora.
  - No i jaka jest decyzja? – dopytywał się nerwowo.
  - Proszę usiąść. Zaraz Panu przedstawię opinię komisji. Proszę oto ona.  - Powiedział podając mu arkusz papieru A4.
Adam wziął go z wielką nadzieją, ale jednocześnie z lękiem. Powoli zaczął czytać. Przyznano mu opiekę nad chłopcem, ale czasowo. Raz w miesiącu kurator ośrodka miał przeprowadzać wywiad, żeby się upewnić czy ta opieka sprawowana jest właściwie. Dopiero po roku mógł starać się o adopcję.
  - Czy mam rozumieć, że Łukasz może ze mną zamieszkać od dzisiaj? – zapytał.
  - No może nie od dzisiaj, najpierw musi pan przygotować dla niego miejsce w swoim domu. Czy będzie miał swój pokój?
  - Oczywiście.
  - Kiedy może przyjść kurator, żeby sprawdzić warunki w jakich zamieszka chłopiec?
  - Zapraszam jutro. Może być po południu? O siedemnastej?
  - Zatem jesteśmy umówieni. Dowidzenia.
Następnego dnia wpadł tylko na chwilę do pracy, wrócił do domu i zabrał się za przemeblowanie pokoju Łukasza. Tak właśnie pomyślał, najsłoneczniejszy  w całym jego mieszkaniu no i chyba najprzytulniejszy. Ustawił tapczan, biurko i wyjął wszystkie swoje naukowe książki z regału, które wtłoczył jakimś cudem do pawlacza. Pojechał do „Smyka”i zrobił ogromne zakupy, ubrania, zabawki, kredki, bloki rysunkowe. Kursował do samochodu kilka razy, żeby to wszystko zapakować. Wreszcie był w domu i właśnie zaczął układać zabawki na półkach, gdy zadzwonił telefon. Zupełnie zapomniał, że umówił się z opiekunką, zaoczną studentką pedagogiki. Poprosił żeby przyszła mu pomóc no i chciał przedstawić ją kuratorowi. Iza, bo tak miała na imię, pomogła mu w doprowadzeniu pokoju do idealnego stanu. W końcu przyszła siedemnasta. Niemalże punktualnie zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzył. W progu stała bardzo stara malutka kobietka. Wyglądała na bardzo zmęczoną i znudzoną.
  -- Dzień dobry panu. Czy pan Milecki? Adam Milecki? – zapytała grubym, zupełnie do niej nie pasującym głosem, a wyraz znudzenia i oznaki zmęczenia zniknęły bez śladu.
  - Pani kurator? – zapytał niepewnie Adam.
  - Przepraszam, nie przedstawiłam się, nazywam się Maria Jabłońska, przysłano mnie z ośrodka adopcyjnego w celu zrobienia wywiadu.
  - Zapraszam.
Weszli do salonu. Na widok wchodzących, Iza wstała z fotela i podeszła. Adam dokonał prezentacji.
  - Widzę, że wszystko pan przewidział. Czy chłopiec będzie uczęszczał do przedszkola?
 - Na początku, nie. Chciałbym, dać mu czas na przystosowanie się do nowej sytuacji. Na początku planuję wziąć parę dni urlopu, żeby wspólnie z Panią Izą pomóc mu w tym.
Weszli do pokoju, który kilka godzin wcześniej przystosowali do zamieszkania dziecka.
 - No, no, luksusowo. Chyba każdy chciałby tu zamieszkać. Widzę, że kupił pan nawet zabawki, o i gry dydaktyczne. To będzie dla tego chłopca raj. Czy Pan jest zdecydowany na adopcję?
 - Oczywiście.
  - Gdyby pan zrezygnował po okresie próbnym, to dla tego chłopca byłby ogromny cios.
 - Nie mam zamiaru rezygnować i to nie ja potrzebuję tego okresu próbnego. Ja jestem pewien, że chcę zapewnić temu chłopcu szczęśliwe życie. Może Pani nie wie, ale ja też wychowałem się w domu dziecka i nigdy nie dowiedziałem się niczego o swojej rodzinie. Nigdy nie skrzywdzę tego dziecka, już zżyłem się z nim bardzo i wiem, że będę dla niego dobrym ojcem.
 - Po tym co tu zobaczyłam jestem  pewna, że tak będzie. Jeszcze chciałabym zapytać o Pani kwalifikacje. – tu zwróciła się do Izy. – Czym się Pani do tej pory zajmowała?
 - Studiowałam dzienną pedagogikę, ale warunki materialne zmusiły mnie do podjęcia pracy i przejścia na zaoczny tryb studiów.
  - Ale czy już kiedyś opiekowała się Pani takim małym dzieckiem?
  - Tak, przez rok opiekowałam się dzieckiem siostry.
  - Proszę Pani, jestem pewien, że pani Iza świetnie sobie poradzi. Dla mnie jest idealną opiekunką, no i bardzo lubi dzieci. Na pewno nie zrobi krzywdy Łukaszowi. Poza tym jest już na ostatnim roku i jestem pewien, że ma odpowiednią wiedzę. Dlaczego traktuje nas Pani jak wrogów? Tak jakbyśmy chcieli zrobić krzywdę temu chłopcu. Ja naprawdę pokochałem tego malucha i chcę mu zapewnić szczęśliwe życie.
  - Proszę się nie denerwować, ale widziałam już bardzo dużo dziecięcych tragedii, które były w rodzinach zastępczych a później odrzucano je jak zużyte buty. Proszę mi wierzyć, że lepiej by było dla nich gdyby nigdy nie trafiły do takich rodzin.
 - Rozumiem to, ale ja nie chcę stworzyć rodziny zastępczej, ja chcę go adoptować.
  - Tak wiem, ale przez rok może się wiele wydarzyć.
  - Ja nie potrzebuję roku.
 - Możliwe, ale takie są przepisy, gdyby pan był żonaty, to byłaby inna sytuacja. No cóż może uda się skrócić ten okres. Będę pana regularnie odwiedzała i wystawiała opinie, jeżeli wszystko będzie w porządku napiszę rekomendację wcześniej. Właściwie wszystko już widziałam, mogę się pożegnać. Proszą skontaktować się z dyrekcją ośrodka w sprawie przekazania dziecka.  Dowidzenia.
  - Dziękuję. Dowidzenia.
Gdy kobieta wyszła Adam zwrócił się do Izy:
  - Ale straszna kobieta, jak ona mogła tak nas  potraktować.
  - Myślę, że tak musiała. Tu chodzi o życie tego małego człowieczka, który jest całkowicie zależny od dorosłych, a Ci już raz go skrzywdzili. Jego własna rodzina go porzuciła, na pewno nie potrzebuje więcej takich doświadczeń.
  - Ma Pani rację, ale ja wiem co czuję. Już chciałbym Go tu mieć. To wspaniały chłopiec, na pewno Go Pani polubi.
  - Jestem tego pewna. Kiedy mam zacząć pracę?
 - Nie wiem. Jak przywiozę Łukasza, to zaraz się do Pani odezwę, ale oczywiście zatrudniam Panią od dziś. Czy podpiszemy umowę, czy pani sama będzie płaciła sobie wszystkie składki? Oczywiście w tym przypadku pobory będą większe o koszty tego ubezpieczenia.
  - Ja sama będę płaciła wszystkie należności, bo pracuję jeszcze na umowie o dzieło. Opracowuję teksty do filmów.
  - A, to właściwie dla mnie lepiej, nie będę musiał o tym pamiętać. To nie będę dzisiaj Pani dłużej zatrzymywał. Może Pani iść do domu. Jeszcze raz dziękuję za pomoc przy urządzaniu pokoju. Jak tylko odbiorę Łukasza zawiadomię Panią. Dowidzenia.
  - Dowidzenia.
Iza wyszła i Adam został sam. Pomyślał, że może to już po raz ostatni, może jutro jego dom wypełni się radosnym śmiechem Łukasza. Miał nadzieję, że tak.
Następnego dnia zaraz po ósmej zadzwonił do Anieli Brzeskiej, dyrektorki domu dziecka i dowiedział się, że Łukasz będzie na niego czekał o dwunastej. Załatwił w Instytucie bieżące sprawy, zadzwonił do Izy i umówił się z nią w domu na piętnastą. Poinformował też Pawła o tym radosnym dla niego wydarzeniu i pojechał na Zduńską. Od razu udał się do gabinetu dyrektora. Aniela już na niego czekała. Tradycyjnie zostawił wór słodyczy i poszli po chłopca. Na widok Adama poderwał się i mocno do niego przytulił. Aniela powiedziała zebranym dzieciom, że Łukasz będzie teraz mieszkał z panem Adamem, ale będzie ich czasami odwiedzał. Widząc mocno zasmucone buzie Adam zapewnił:
  - Na pewno będziemy Was odwiedzali.
Adam zabrał Łukasza tak jak stał, nie chciał zabierać żadnych ubrań tłumacząc, że przecież przydadzą się innym dzieciom bardziej. Aniela zgodziła się z taką argumentacją i nie zatrzymywała ich dłużej. Nie pojechali od razu do domu tylko na lody, bo Adam wyczuł zdenerwowanie małego. Chciał z nim trochę pogadać na neutralnym gruncie. Okazało się, że był to dobry pomysł. Gdy wchodzili do mieszkania chłopiec nie był już onieśmielony. Od razu zapytał:
  - Gdzie będę spał?
  - Chodź, pokażę ci Twój pokój.
  - Cały pokój? – nie mógł w to uwierzyć.
  - Tak, będziesz miał swój pokój. Wszystko co tam jest od dziś należy do Ciebie.
Gdy Adam otworzył drzwi, Łukasz stanął w nich i się rozpłakał. Adam ukucnął obok niego i mocno przytulił. Chłopiec objął go za szyję i pocałował. Teraz Adam się rozpłakał, nie wiedział jakie to wspaniałe uczucie. Nie pamiętał, żeby ktoś w całym jego życiu tak szczerze go objął i pocałował.
  - Dziękuję TATO! – usłyszał i odkrył, że to było bardzo przyjemne. – Czy te zabawki też są moje? Tylko moje?
  - Tak, tylko Twoje, synku. – powiedział Adam i stwierdził, że przyszło mu to z łatwością.
  - Wejdziesz ze mną? – zapytał nieśmiało Łukasz.
  - Jeżeli chcesz?
  - Tak.
Weszli razem, Łukasz cały czas trzymał Adama kurczowo za rękę. Podeszli do regału z zabawkami, przed którym stali dosyć długo nieruchomo. Obaj jakby zastygli. Nie wiadomo jak długo trwaliby w tym stanie, gdyby nie dzwonek do drzwi. Adam ocknął się i popatrzył na zegarek. Była piętnasta. To na pewno Iza, ależ ona jest punktualna. – pomyślał. Poszedł otworzyć, nie mylił się. Gdy Iza się rozbierała w przedpokoju, Łukasz ciekawie wyglądał zza drzwi. Widząc to podeszła do niego, wyciągnęła rękę:
  - Jestem Iza, a Ty pewnie Łukasz.
  - Tak.
  - Pani Iza będzie nam pomagała. Jak ja będę w pracy Ty będziesz pod jej opieką. – wyjaśnił Adam. – Teraz musimy ustalić jak będziesz się do niej zwracał, my proponujemy żebyś mówił po prostu „ciocia”, jeżeli oczywiście chcesz.
  - Ciocia – powtórzył Łukasz. – Ciocia Iza. To ja mam już tatę i ciocię. Chodź ciociu, zobacz mój pokój. – wziął ją za rękę i zaprowadził do swojego królestwa. – zobacz mam tyle zabawek, o a tu mam nowe ubrania, nawet dżinsy, zobacz jakie ładne.
  - No tak masz piękny pokój i dużo fajnych rzeczy. Będziemy się razem bawili. Chcesz?
  - Tak, bawmy się.
  - A ja też mogę się z wami pobawić? – zapytał nieśmiało Adam.
  - Tak, tato. Bawmy się. Bawmy.
  - A w co się będziemy bawić?
  - Pograjmy w coś.
  - Dobrze, zaraz coś znajdziemy. Zobaczmy co my tu mamy. – Adam zaczął przeszukiwać gry, które rano kupił. Wreszcie coś wybrał. Łukasz i Iza zaakceptowali jego wybór. Zabawa trwała do późnego wieczora. Dopiero Iza pomyślała o kolacji. Nawet była trochę zdziwiona, że w lodówce znalazła wszystko co było potrzebne na kolację dla czterolatka. Zjedli we troje dosyć obfity posiłek, może nawet za bardzo obfity, ale przecież był to ich pierwszy dzień kiedy zaczęli być rodziną. Iza poszła do domu a Adam położył małego do łóżka i długo czytał mu bajki aż obydwaj zasnęli. Około drugiej w nocy Adama obudziło głośne szlochanie. To Łukasz stał na środku pokoju i płakał.
  - Dlaczego płaczesz? Czy coś Cię boli? – zapytał zaniepokojony Adam. Ale nie uzyskał odpowiedzi. Podszedł do małego i podniósł go przytulając i głaszcząc uspokajająco. Jednak zanim Łukasz odezwał się upłynęło chyba z piętnaście minut. Wreszcie wydusił:
  - Był tu taki dziwny Pan.
  - Jaki pan? Jesteś pewien? Nie mógł do nas wejść, bo przecież są zamknięte drzwi. Chodź sam się przekonasz, sprawdzimy.
Poszli do przedpokoju i ku wielkiemu zdumieniu Adama drzwi wejściowe były szeroko otwarte.
  - Czy ten pan mówił coś do Ciebie? – zapytał.
 - Tak, mówił, że nie ma dla nas miejsca na Ziemi.
  - Dla nas? Czy mówił o Tobie i o mnie?
  - Tak, mówił, że trzeba nas zniszczyć. 
  - Zniszczyć? Czy jesteś pewien, że to Ci się nie przyśniło?
  - Nie, na pewno nie spałem i nie mogło mi się to przyśnić. Poszedł sobie jak zacząłeś się budzić. Po prostu wybiegł, sam widziałeś tato, nie zdążył zamknąć drzwi.
  - Tak, rzeczywiście drzwi były otwarte, ale myślę, że to pani Iza ich nie domknęła, a szeroko otworzył przeciąg. Nie martw się mieszkamy w strzeżonym budynku, nic nie może nam się stać. Gdyby ktoś obcy chciał wejść, to na pewno strażnik by go zatrzymał. Na pewno przyśniło Ci się to wszystko.
  - Nie wiem. Ja go widziałem. Nie spałem.
  - Wiesz, czasami sny są bardzo realne, to znaczy wydają się nam bardzo prawdziwe. Sam wielokrotnie myślałem, że mój sen to rzeczywistość, że wszystko z mojego snu dzieje się naprawdę, a później się budziłem.
  - Ale ja się nie obudziłem, ja nie spałem. Nie wierzysz mi?
  - Skoro tak mówisz, to rano spróbujemy to jakoś wyjaśnić. A teraz chodźmy, napijemy się ciepłego mleka i spróbujemy się przespać.
  - A zamknąłeś drzwi?
  - Tak, zamknąłem.
  - Na trzy zamki?
  - Na dwa, bo mamy tylko dwa. Jeżeli się boisz to jutro je wymienimy.
  - Tak, tak, wymieńmy je.
  - Wymienimy. Możemy teraz iść spać?
  - Możesz ze mną zostać? – zapytał nieśmiało Łukasz.
  - Jeżeli chcesz, to dzisiaj będziemy spali razem.
  - Tak, dziękuję.
  - To chodźmy do łóżka.
  - A mleko? – upomniał się mały.
  - Ach, byłbym zapomniał. Chodźmy do kuchni.
Adam zagrzał mleko, kiedy wypili, poszli do pokoju Łukasza i położyli się. Adam długo tłumaczył małemu, co tak naprawdę, jego zdaniem  zdarzyło się tej nocy. W końcu doszli do wniosku, że to jednak sen. Wreszcie udało im się zasnąć. Spali tak mocno, że długą chwilę nie słyszeli jak Iza dobija się do drzwi.
  - Przepraszam Pana, ale nie mogłam znaleźć kluczy, które mi Pan wczoraj dał. – tłumaczyła się od progu.
  - Pani Izo, czy zamknęła Pani wczoraj drzwi na zamek jak pani wychodziła?  
  - Tak, zamknęłam na dwa zamki, bo panowie tak świetnie się bawili, że nie chciałam przeszkadzać.
  - To dziwne.
  - Dlaczego dziwne? Dziwne, że zamknęłam na dwa zamki?
  - Nie. Dziwne jest to, że w środku nocy Łukasz obudził się z płaczem, twierdząc, że był u nas jakiś pan. Sprawdziliśmy drzwi, były szeroko otwarte.
  - To niemożliwe, dokładnie zamknęłam. Pamiętam, że sprawdziłam.
  - Wymieniamy dziś zamki. Swoją drogą to bardzo dziwna sprawa. Nie wiem czy nie powinienem zgłosić tego na policję.
  - A może zapyta pan portiera na dole, czy czegoś nie widział.
  - Tak ma pani rację, zapytamy portiera.
Niestety portier nie potrafił niczego wyjaśnić. Twierdził, że w nocy nikt obcy do budynku nie wchodził ani nie wychodził. Pamiętał, że około pierwszej trzydzieści wchodził do budynku facet z serwisu energetycznego. Podobno w węźle na piątym piętrze pękła rura.
  - A może zapamiętał Pan, panie Janku z której firmy był ten człowiek? – dopytywał Adam portiera.
  - Nie zwróciłem uwagi, ale jeżeli panu zależy panie profesorze, to zadzwonię do administracji. Oni na pewno będą wiedzieli, bo to chyba oni zgłosili usterkę.
  - Będę bardzo zobowiązany. Dziękuję.
Adam zostawił Łukasza z Izą i poszedł kupić nowe zamki, nie chciał powierzać tego zadania monterowi. Sprzedawca długo mu doradzał, które wybrać. W końcu kupił jeden tradycyjny a drugi elektroniczny, który miał dwa zabezpieczenia. Zadowolony wracał do domu, gdy nagle usłyszał wołanie: Adam!
Odwrócił się, ale w miejscu skąd dobiegał głos nikogo nie było. Stał dłuższą chwilę obserwując przechodzących obok ludzi. Nikt jednak nie wzbudził w nim większych podejrzeń. Odwrócił się i zaczął iść w kierunku wejścia do budynku, wołanie znowu się powtórzyło, ale tym razem Adam się nie odwrócił. Wszedł do holu. Na jego widok, pan Jasio poderwał się zza swojego pulpitu i podbiegł do niego.
  - Panie profesorze, mam dla Pana bombową wiadomość.
  - Tak? Słucham Pana.
  -Panie profesorze dowiedziałem się, że administracja nie przysyłała dzisiejszej nocy nikogo do naprawy węzła na piątym piętrze, bo nie było żadnej awarii.
  - Jak to nie było awarii?
  - No zwyczajnie, nikt nie zgłosił awarii. I nikt nie skierował do nas serwisanta.
  - To bardzo dziwne, prawda?
  - No dziwne, ale ja myślę, że ten facet pomylił budynki.
  - Może i pomylił. – zakończył rozmowę Adam i już prawie wsiadł do windy gdy nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. Zawrócił.
  - Panie Janku, czy mógłby pan opisać tego faceta?
 - Bo ja wiem? Wysoki był, chyba wyższy nawet od pana. Miał czarne włosy i okulary. Tak na pewno miał okulary. A i jeszcze jedno, jak mówił to przesadnie podkreślał „r”.
  - A jak był ubrany?
  - Miał jakiś kombinezon z takim dziwnym znaczkiem.
  - A w jakim kolorze był ten kombinezon?
  - Niebieski, a ten znaczek był żółty. Ten znaczek to jakaś figura geometryczna, ale nie zapamiętałem dokładnie. Miał go na plecach.
  - Dziękuję panu.
  - Panie profesorze jak mi się coś przypomni to dam Panu znać. – widać było, że pan Janek wyczuł jakąś sensacyjną sprawę i chciał uczestniczyć w jej wyjaśnieniu.
  - Jeszcze raz dziękuję. Dowidzenia.
Adam postanowił, że po obiedzie porozmawia z Łukaszem i spróbuje dowiedzieć się jak wyglądał mężczyzna, którego widział  w nocy, chociaż z góry wiedział, że opis będzie pasował do tego, który podał pan Janek. Nie zapytał jednak, bo po obiedzie przyszedł fachowiec od zamków i bardzo długo wymieniał dwa i montował trzeci. Łukasz był zadowolony, że teraz będą trzy. Wreszcie wszystko było gotowe. Iza poszła do domu, a oni zostali sami.
  - Tato, wiesz, ja myślę, że ten pan, który tu był dzisiaj w nocy, jeszcze nas odwiedzi. – powiedział w pewnej chwili Łukasz.
  - Dlaczego tak myślisz? Przecież uzgodniliśmy, że nie było tu nikogo, że to był sen.
  - No to odwiedzi nas w moim śnie.
  - Może nie odwiedzi?
  - Powiedział, że odwiedzi. Ja mu wierzę i bardzo się boję.
  - Chyba nie musisz się bać, wymieniliśmy zamki. A może pamiętasz jak wyglądał?
  - Oj! Strasznie był groźny. Miał taki żółty znak na plecach.
  - A jakiego koloru miał ubranie?
  - Nie wiem, takiego jak moje dżinsy.
  - Niebieskie. Całe niebieskie?
  - Tak i był ogromny. Większy od Ciebie, o taki. – i tu chłopiec pokazał na sufit.
  - No chyba aż taki wielki nie był. – roześmiał się Adam.
  - Był! Na pewno! Widziałem go! – zdenerwował się Mały.
  - Nie denerwuj się. Po prostu nie widziałem nigdy takiego wysokiego człowieka.
Teraz Adam zaczął nabierać pewności, że jednak to nie był sen Łukasza, to wydarzyło się naprawdę. Jeżeli tak, to kim był ten człowiek i po co tu przyszedł? Dlaczego go nie obudził i nie porozmawiał, tylko nastraszył dziecko. Czy istnieje jakieś wytłumaczenie tego co się dzieje? Postanowił, że przy najbliższej okazji porozmawia z Pawłem. Ale nie teraz. Dzisiaj musi zająć się Łukaszem. Wyczuwał, że mały jest trochę zdenerwowany i boi się nocy. Pobawili się zdalnie sterowanymi samochodami, urządzając wyścigi. No i oczywiście znowu zapomnieli o kolacji. Dopiero Łukasz w pewnej chwili powiedział:
  - Czy dzisiaj będzie kolacja? Jestem strasznie głodny.
  - Ojejej, przepraszam Cię! – zawołał Adam – Chodźmy do kuchni, zaraz coś wymyślimy. Może masz jakieś specjalne życzenie? No zastanów się, na co masz ochotę?
  - Nie wiem jaszcze. A może zajrzymy do lodówki?
  - Proszę bardzo – powiedział Adam otwierając szeroko lodówkę.
  - Ale dużo jedzenia. Nigdy tyle nie widziałem. A co jest w tym słoiczku? Takie śmieszne czerwone kuleczki.
  -To kawior.
  - Kawa?
  - Nie kawa, ale kawior. Kawior to jajeczka rybek.
  - To rybki znoszą jajeczka? Ja bardzo lubię jajeczka. Możemy zjeść te jajeczka?
  - Oczywiście, że możemy, ale nie wiem czy będą Ci smakowały.
  - A Tobie smakują?
  - Tak, ja bardzo je lubię.
  - To na pewno ja też je polubię. Poproszę o te rybkowe jajeczka.
  - Proszę bardzo, już otwieram. – mówiąc to Adam otworzył słoik z kawiorem, wyjął masło, ukroił chleba i na wszelki wypadek wyjął też pasztet i kilka plasterków szynki. Okazało się, że Łukasz jest nietypowym dzieckiem jeśli chodzi o jedzenie, bo Adam musiał otworzyć następny słoiczek z kawiorem, tak bardzo mu ten niepospolity przysmak smakował. Co prawda Adam nie był ekspertem jeżeli chodzi o żywienie dzieci, ale nigdy nie słyszał, żeby czterolatek pochłaniał takie ilości kawioru.
  - Czy możemy otworzyć trzeci słoiczek? – zapytał Łukasz po wylizaniu resztek z talerza.
  - Chyba już starczy, boję się, że to za dużo. Jutro też będziesz mógł zjeść kawior, jeżeli tak bardzo Ci smakuje, myślę, że na dzisiaj starczy. Jeżeli jesteś głodny, to wybierz coś innego. 
  - Nie, dziękuję, chyba już się najadłem.
  - No to idziemy pod prysznic i do łóżka, tak?
  - Tak, ale chce mi się pić.
  - No widzisz znowu zapomniałem, że przydałoby się coś do picia. Co pijemy?
  - A mamy mleko?
  - Mamy.
  - To poproszę mleka.
Obydwaj napili się ciepłego mleka i poszli spać, tym razem każdy do swojego łóżka. Adam postanowił trochę popracować. Wyjął z teczki zestawienia wyników badań i zaczął je analizować. W pewnej chwili usłyszał szelest w przedpokoju. Spojrzał na zegarek, dochodziła druga. Szelest w korytarzu powtórzył się.
  - Łukasz, to Ty? Potrzebujesz czegoś?  - zawołał. Nie było jednak odpowiedzi. Wstał, wyszedł z pokoju. Cisza. Podszedł do drzwi wejściowych i sprawdził zamki. Wszystko było w porządku. Alarm włączony. Otworzył drzwi pokoju Łukasza i znieruchomiał. Obok tapczanu stał jakiś obcy mężczyzna i nachylał się nad chłopcem.
  - Co pan tu robi? – zawołał i w tym momencie poczuł silne uderzenie w głowę. Stracił przytomność. Obudził się z głową na biurku. Powoli wracała mu świadomość. Gdy zdał sobie sprawę z tego co się stało zerwał się z fotela i pobiegł do pokoju Łukasza. Mały spał sobie spokojnie równo oddychając. Czasami uśmiechał się przez sen.
  - Co to wszystko ma znaczyć? – zastanawiał się wracając do swojego gabinetu. – Czy tym razem jemu się przyśnił obcy mężczyzna? – z trudem przypominał sobie jego wygląd. W końcu doszedł do wniosku, że opis Łukasza i portiera pasuje do jego „snu”. Czy to był na pewno sen? Za dużo szczegółów się zgadza. A może tak intensywnie myślał o tym człowieku, że wywołał ten dziwny sen? Spojrzał na zegarek, szósta. To chyba jednak był sen, pomyślał. Sprawdził jeszcze raz zamki, wszystkie były zamknięte, alarm włączony. Na pewno nikt tu nie wszedł dzisiejszej nocy. Był tego pewien, co innego wczoraj, drzwi były otwarte,  ktoś mógł wejść. Poczekał do siódmej, zadzwonił do Pawła i umówił się z nim na siedemnastą, postanowił powiedzieć mu o wszystkim co mu się ostatnio przytrafiło. O siódmej trzydzieści przyszła Iza, bo był właśnie czwartek i musiał iść na spotkanie z profesorem Yakamoto. Ubrał się elegancko i przed dziewiątą był już w Mariocie. Recepcjonistka podała mu numer pokoju i oznajmiła, że profesor już czeka. Pojechał windą na szóste piętro. Jeszcze chwila i już pukał do drzwi pokoju z numerem 678. Otworzył mu dosyć wysoki mężczyzna o rysach raczej europejczyka niż chińczyka. Widząc zdumienie na twarzy Adama, gospodarz pospieszył z wyjaśnieniem, po przywitaniu:
  - Proszę się nie dziwić mojemu wyglądowi, moja mama była Szwedką a ojciec Chińczykiem. Ja odziedziczyłem więcej cech po mamie i dlatego mam jasne włosy i oczy, no i rysy też mam mamy, ale czuję się chińczykiem. Całe życie spędziłem w Chinach i wiem, że tam jest moje miejsce.
  - Bardzo pana przepraszam za moje zachowanie, ale byłem kompletnie zaskoczony, myślałem, że pomyliłem pokoje.
  - Przyzwyczaiłem się do tego. Każdy, kto widzi mnie po raz pierwszy reaguje tak samo. Ale nie stójmy tak w drzwiach, zapraszam.
Adam wszedł i usiadł na wskazanym fotelu. Yakamoto zaproponował drinka, ale Adam odmówił, był przecież samochodem. Zanim rozpoczęli rozmowę kelner przywiózł przekąski i gorące napoje. Wreszcie usiedli i mogli spokojnie rozpocząć rozmowę.
  - Jak wypadły badania próbek wysłanych przez nas? – zapytał gospodarz.
  - Zadziwiająco, obydwie próbki mają po cztery geny wzrostu. Jedna ma cztery wysokie a druga cztery niskie. Proszę tu są zapisane wyniki trzech prób.– wyjaśnił Adam podając plik kartek.
  - Tak, tak, identyczny wynik otrzymaliśmy u nas w Pekinie. Zadziwiające, prawda?
  - Niewątpliwie. Ale ja spotkałem się z bardziej zadziwiającym badaniem. U dwóch osób nie można znaleźć ani jednego genu wzrost. Ale to nie koniec te dwie próbki nie zawierają pewnych składników krwi.
  - Których? Jak to możliwe? Ma pan może te wyniki?
  - Tak proszę. – Adam podał mu badania swoje i Łukasza, nie mówiąc nic na temat ich pochodzenia.
 - Niebywałe panie kolego, niebywałe. Jak to możliwe? Zna pan te osoby, od których je pobrano?
  - Oczywiście.
  - Jak funkcjonują? Czy są zdrowe?
  - Moim zdaniem tak, ale nie jestem lekarzem, więc moje zdanie może nie być miarodajne.
  - Widzi pan? Brakuje czynnika odpowiedzialnego za transport, jak tu się wyrazić powiedziałbym „śmieci”. Ta krew jest lepiej dotleniona no i Ci osobnicy na pewno nie chorują na żadne infekcje wirusowe.
  - Wiem ,że jeden na pewno nigdy nie chorował. O drugim na razie nic nie wiem.
  - Bardzo ciekawe, nigdy się nie spotkałem z takim składem krwi. Tu jest napisane, że wykryto jakiś nieznany składnik, może się mylę, proszę popatrzeć jakiś dziwny symbol. Może przebadamy te próbki jeszcze raz razem? Czy jest to możliwe?
  - Oczywiście, że jest możliwe. Możemy zaraz pojechać do Instytutu i zająć się tym. Jeżeli ma pan czas.
  - Mam dużo czasu. W Warszawie nie mam innych spotkań, tylko z panem. Jedźmy zatem nie traćmy czasu, jestem gotowy. Bardzo mnie pan zaintrygował, chciałbym jak najszybciej to wyjaśnić.
  - Jedźmy wobec tego.
Założyli płaszcze i wyszli w pośpiechu. Adam zadzwonił do Izy i uprzedził ją, że może wrócić bardzo późno. Uprzedził też w Instytucie i poprosił o przygotowanie stanowiska analiz dla dwóch osób. Po przyjeździe na miejsce wyjął najświeższe próbki swoje i Łukasza i przystąpili do pracy. Tak jak przewidywał Adam, wyniki nie odbiegały od tych uzyskanych wcześniej. Yakamoto był bardzo podniecony i zdziwiony.
 - Czy zna pan tych ludzi, których badania robimy?
  - Tak, znam. Nawet bardzo dobrze.
  - Czy jest taka możliwość, żebym ja też ich poznał? Czy to jest jakaś tajemnica?
  - Myślę, że tak jak lekarza czy adwokata, nas też obowiązuje jakaś tajemnica. Nie chciałbym jej łamać. – Adam uznał, że nie jest to odpowiednia chwila, żeby informować, bądź co bądź obcego człowieka o swoich prywatnych sprawach. Do tej pory tylko Paweł je znał.
  - No cóż, ma pan rację. Przepraszam, że w ogóle to zaproponowałem. Chyba możemy już zakończyć nasze doświadczenia. Nic tu po nas. Niech mi pan tylko powie czy organizmy tych ludzi, których krew badaliśmy, funkcjonują normalnie?
  - Z tego co wiem, bardzo normalnie.
  - Czy są zdrowi? Czy często zapadają na jakieś wirusowe czy bakteryjne choroby?
  - Mogę powiedzieć, że starszy z całą pewnością nigdy nie był chory na żadną infekcję wirusową. A młodszego znam krótko, więc nie wiem.
  - A to oni nie są spokrewnieni?
  - Według mojej wiedzy, nie są.
  - Jak to? To prawie niemożliwe. Ich krew ma identyczne parametry. Poza najbliższą rodziną nie  jest możliwa taka zgodność.
  - Też tak myślałem, ale mamy dowód, że są wyjątki. Chyba, że oni sami nie wiedzą o swoim pokrewieństwie. Nie jest to niemożliwe.
  - Byłbym skłonny optować za tą wersją. Według mnie są bardzo blisko spokrewnieni, ale o tym nie wiedzą.
  - Możliwe. To co profesorze, idziemy? –Adam chciał jak najszybciej zobaczyć Łukasza.
  - Idziemy. Zapraszam pana na kolację do mnie do hotelu.
  - Jestem zaszczycony, ale niestety muszę pędzić do domu i zwolnić opiekunkę do syna.
  - A to pan ma syna? W jakim wieku?
  - Cztery lata.
 - Wspaniale, nie zatrzymuję pana wobec tego, rozumiem.
  - Odwiozę pana do hotelu.
 - Nie ma potrzeby, wezmę taksówkę.
  - Przywiozłem tu pana to i odwiozę. Proszę nie oponować.
  - Dziękuję. To chodźmy wobec tego.
 - Chodźmy.
Adam odwiózł Yakamoto do hotelu i przed siedemnastą był w domu. Zwolnił Izę i czekał na Pawła. Nigdy jeszcze nie czekał na przyjaciela z taką niecierpliwością. Wreszcie usłyszał dźwięk dzwonka do drzwi. Nie poszedł otworzyć, pobiegł. Otwarcie wszystkich zamków zajęło mu nieco czasu, bo oczywiście zapomniał kodu do zamka szyfrowego. Wreszcie udało się. Na progu stał nieco zniecierpliwiony Paweł.
  - Co Wy tu wyczyniacie? A cóż to za forteca? Po co tyle zamków? Nawet szyfrowy? Co się dzieje?
  -No właśnie w tej sprawie chcę z Tobą pogadać.
 - W sprawie zamków?
 -  Nie, nie zamków. Tylko przyczyny dla której zamontowałem tyle zamków.
  - Intrygujesz mnie. Mów szybko co to za cyrk.
  - Jak Ci wszystko opowiem to już nie będziesz się śmiał.
  - No zaczynaj wreszcie, bo zaraz skonam z ciekawości.
Tu Adam opowiedział Pawłowi o nocnych wizytach tajemniczego jegomościa i swoim, chyba śnie.
  - Wiesz, rzeczywiście nie jest to śmieszne. Mówisz, że portier i Łukasz opisali tak samo tego faceta? No i w Twoim śnie też był ten sam facet?
 - Tak mi się wydaje, ale zaraz, zaraz…. – W tym momencie Adam dotknął miejsca na głowie, gdzie jak mu się wydawało został uderzony. – aj, ale boli. – zajęczał i wyczuł pod palcami dosyć dużego guza.
  - Coś Cię boli? Pokaż! – rozkazał Paweł. – ale brzydki guz, skąd go masz?
  - Jak to skąd? Z mojego snu.
  - No coś Ty guza masz ze snu? Chyba rzeczywiście mocno się o coś uderzyłeś. – Paweł skręcał się ze śmiechu.
  - Mówiłem żebyś się nie śmiał? To wszystko wygląda jakoś upiornie.
  - Co Ty gadasz? Co wygląda upiornie? Twój guz? No nie przesadzaj, guz jak guz, szybko zniknie i zapomnisz o całej sprawie. Na pewno zapomniałeś o co się palnąłeś, a teraz dorabiasz ideologię.
  - Paweł, proszę nie ironizuj.
  - No dobrze już. Sam popatrz na to trzeźwo. Ktoś w twoim śnie walnął Cię w czaszkę, a Ty masz guza na jawie. Słyszysz jak to brzmi? Paranoja. Może opowiedz jeszcze raz. Czegoś nie rozumiem chyba.
  - Nie wiem czego tu można nie rozumieć. Zasnąłem na biurku i przyśniło mi się, że facet którego widział portier i Łukasz jest w moim domu, poczułem uderzenie i obudziłem się na biurku z bolącą głową.
  - A może zasypiając, głowa opadła Ci na biurko i stąd ten guz?
 - Z tyłu czaszki? Niby jak to zrobiłem? Może siedziałem tyłem do biurka i upadłem na potylicę? Tak myślisz?
  - Nie, to raczej niemożliwe. Nic nie przychodzi mi do głowy. Głupieję już od tego co tu usłyszałem. Nie mam żadnego racjonalnego wytłumaczenia. – Paweł wyglądał na zmartwionego.
  - No widzisz, coś tu jest nie tak. Już głupieję. Wiem co widziałem i wiem ,że mam guza i bardzo mnie boli przy dotyku.
  - Tato, jestem głodny. – w drzwiach gabinetu Adama stał zmartwiony Łukasz, chyba słyszał część rozmowy.
  - To idziemy do kuchni i zaraz coś wykombinujemy. Wujek też coś z nami zje.
  - A może naleśniki z dżemem? – zaproponował Paweł.
  - Tak, tak naleśniki. – zawołał uradowany Łukasz.
  - Ale ja nie umiem robić naleśników. – zawołał przestraszony Adam.
  - Za to ja umiem. Masz mąkę, jajka, mleko i jakiś dżem? – zapytał Paweł.
 - Mam, o w tamtej szafce. –pokazał szafkę pod oknem.
 - No to załatwione. Łukasz, pomożesz mi? – widać było, że Paweł chciał się zaprzyjaźnić z Łukaszem, co bardzo ucieszyło Adama.
  - Tak, pomogę. Chodź wujku, róbmy te naleśniki.
Kolacja była wyśmienita. Zjedli trochę za dużo, i później leżeli długo na kanapie ledwo dysząc. W końcu Paweł musiał iść do domu, bo żona dzwoniła do niego już kilka razy. Wychodząc powiedział do Adama.
  - Nie martw się stary, będę próbował wyjaśnić tę zagadkę. Jestem pewien, że jest jakieś sensowne wyjaśnienie tych wszystkich zjawisk, których byłeś świadkiem.
  - Dzięki, za naleśniki , były pyszne. Będę musiał się nauczyć.
 - Służę radą, sam widziałeś, że to nie takie trudne.
  - Nie dla wszystkich, ale przyłożę się.
  - No to cześć.
  - Cześć, jeszcze raz dzięki.
Zamknął drzwi za Pawłem i wrócił do kuchni włożyć naczynia do zmywarki, gdzie zastał Łukasza wylizującego słoik po dżemie.
 - Pomożesz mi synku? –zapytał.
 - Tak, a co mam robić?
  - Podawaj mi naczynia, a ja będę je układał w zmywarce.
Bardzo szybko uporali się z kuchennym bałaganem i poszli obejrzeć dobranockę. Następną godzinę oglądali filmy rysunkowe na jakimś kanale dla dzieci. Łukasz śmiał się na cały głos. Chyba jeszcze nigdy nie był taki szczęśliwy.
Następne dni do poniedziałku upłynęły im bez żadnych niespodzianek, jeżeli można pominąć nocne przywidzenia obu Panów. Każdej nocy mieli wrażenie, że nieznajomy mężczyzna chodzi po domu i straszy ich unicestwieniem. Starali się o tym nie myśleć i świetnie się bawić. Cieszyli się swoją bliskością, bo Adam miał urlop. W sobotę przyszła Iza, zrobiła im zakupy i ugotowała obiad na dwa dni. W niedzielę byli w ZOO. W poniedziałek Adam musiał iść do pracy a Łukasz został z Izą.
Około południa zadzwonił z Pekinu profesor Yakamoto. Bardzo był podniecony. Mówił coś o próbkach krwi, które badali. Twierdził, że ma jakieś poufne informacje, które chciałby przesłać Adamowi. Nie wiedział tylko jak to zrobić, bo nie chciał, żeby dane te wpadły w nieupoważnione ręce.  Był tak tajemniczy i podekscytowany, że Adam zapragnął dostać te materiały natychmiast. Zaczął gorączkowo zastanawiać się co zrobić, gdy nagle przyszło olśnienie. Brat Pawła właśnie leciał do Hongkongu na jakieś targi elektroniczne. Zapytał Yakamoto, czy jest możliwość dostarczenia tych materiałów właśnie tam i przekazanie koledze. Zastrzegł jednak, że musi się z nim porozumieć i jeszcze dzisiaj zadzwoni. Odłożył słuchawkę i wykręcił szybko numer do Pawła. W samą porę, bo wylot polskiej ekipy na targi zaplanowany był na jutrzejszy ranek. Po godzinie wszystko było uzgodnione, również miejsce spotkania. Teraz Adam mógł zadzwonić do Yakamoto i przekazać mu wszystkie potrzebne informacje. Profesor dopytywał, czy osoba, która ma odebrać materiały jest zaufana, bo on sam je dostarczy do Hongkongu i przekaże osobiście. Takie postawienie sprawy jeszcze bardziej zaintrygowało Adama, nie wiedział jak wytrzyma do piątku, bo wtedy właśnie wracał brat Pawła.
Przez kolejne dni Adam żył w ciągłym stresie i bardzo był spięty, w końcu informacje na które czekał  dotyczyły jego i Łukasza. Co takiego mogły zawierać, że tak bardzo zburzyły spokój Yakamoto? Właściwie to nie tylko jego, on sam też nie miał chwili spokoju. W każdej wolnej chwili jego umysł zaprzątnięty był myślami o tajemniczej przesyłce. Nawet Iza i Łukasz to zauważyli, bo słyszał jak szepczą, żeby mu nie przeszkadzać.
Wreszcie przyszedł piątek. Paweł czekał na swojego brata Andrzeja na lotnisku, oczywiście z Adamem. Wreszcie zapowiedzieli, że ląduje samolot z Hongkongu. Jednak zanim Andrzej ukazał się w wyjściu, upłynęło około 40 minut. Podbiegli do niego obydwaj, czym wzbudzili sensację wśród wszystkich zgromadzonych tam osób.
  - Andrzej! Masz dla mnie tę przesyłkę? – Adam nie mógł wytrzymać, chciał jak najszybciej otworzyć kopertę.
 - Mam, nie denerwuj się. Widzę, że to rzeczywiście sprawa wielkiej wagi. Profesor Yakamoto był bardzo zdenerwowany przekazując mi te papiery. Trzy razy sprawdzał moją tożsamość. Jeszcze nigdy nie spotkało mnie nic podobnego. Poczekaj, zaraz otworzę walizkę i dostaniesz te swoje skarby.
  - To Ty w bagażu to przewiozłeś?
  - Tak, a gdzie miałem to schować, zobacz jaka to duża paczka. – mówiąc to Andrzej podał Adamowi dosyć dużą teczkę.
 - Dziękuję Ci i bardzo przepraszam za wszelkie niedogodności, które Cię spotkały w związku z załatwieniem mojej sprawy. Jestem Ci bardzo, bardzo wdzięczny, nawet nie wiesz jak wielką sprawę dla mnie załatwiłeś. Gdybym mógł się jakoś zrewanżować, jestem do usług.
  - Nie przesadzaj, cieszę się, że mogłem się na coś przydać. Nie spotkały mnie żadne niedogodności, nie rób sobie żadnych wyrzutów.
  - Jeszcze raz dziękuję. To ja Was pożegnam, jeżeli oczywiście pozwolicie.
  - Pozwolimy, pozwolimy. Przecież widzimy, że już przebierasz nogami i nie możesz się doczekać kiedy to otworzysz i dorwiesz się do lektury. No leć już, damy sobie radę.
  - Nie obrazicie się?
  - Nie!!! Znikaj! – wrzasnął Paweł.
  - No to cześć! – zawołał Adam i już go nie było.
Droga do domu zajęła mu więcej niż godzinę, straszne były korki. Wreszcie wjeżdżał do podziemnego garażu swojego budynku. Pięć minut i był w mieszkaniu. Łukasz i Iza przywitali go entuzjastycznie.
 - Pani Izo, co prawda jest już szesnasta, ale miałbym prośbę, żeby Pani została jeszcze z godzinkę, jeżeli oczywiście  nie ma Pani innych planów. Muszę przeczytać te dokumenty, które przyleciały z Pekinu.
  - Chętnie zostanę, proszę się zająć swoimi sprawami, my tu się fajnie bawimy. Może zje pan obiad?
  - Nie dziękuję. Może później. Jeżeli Pani pozwoli to zajmę się pracą.
  - Oczywiście. Łukasz chodź, idziemy do Twojego pokoju.
Z wielką niechęcią Łukasz wykonał polecenie Izy, myślał, że teraz zostaną sami i zajmą się klejeniem modelu bentleya, który zaczęli składać wczoraj. Adam to zauważył, bo wychylił się zza drzwi gabinetu i powiedział:
  - Nie martw się na pewno skończymy naszego bentleya dzisiaj. Obiecuję. – buzia Łukasza zamieniła się w jedno wielkie szczęście. Adam jeszcze nie wiedział, że nie będzie mu dane dotrzymać słowa. Nigdy nie skleją tego modelu.
Wszedł do gabinetu i zamknął drzwi. Otworzył teczkę, wyjął dokumenty. Wszystkie były pisane po angielsku. Na wierzchu list pisany odręcznie przez Yakamoto. Zaczął od tego listu i oniemiał. Okazało się, że profesor to przebiegły lis, domyślił się, że Adam i Łukasz to właśnie ci dwaj ludzie, których próbki krwi badali w Warszawie. W drugiej  żółtej zaklejonej kopercie był następny list, ale napis na niej przestrzegał, aby nie otwierać przed przeczytaniem całej dokumentacji. Adam postanowił zastosować się do wskazówek. Z wielkim niepokojem wziął do ręki pierwszy dokument, który informował, że 10 listopada 1968 roku został powołany międzynarodowy zespół genetyków, który miał zająć się badaniem DNA i składu krwi pod kątem odporności na różnego rodzaju choroby wirusowe, bakteryjne i nowotwory. Dokument ów podpisany był przez rządy 130 krajów. Siedzibą zostało szczególne miejsce, a mianowicie, stara kwatera Hitlera w Kętrzynie w Polsce. Mieściła się ona w bunkrach do których nie mógł się dostać nikt niepowołany. Naukowcy mogli pracować w spokoju, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Następne dokumenty, to wyniki różnych badań, ich analizy i niczym nie potwierdzone hipotezy. Teraz przyszła kolej na czerwoną kopertę, na której widniał napis: ściśle tajne. Adam bez wahania rozdarł papier. Drżącymi rękoma wyjął kilka dużych kartek papieru, czuł, że to tutaj kryje się cała tajemnica. Jeszcze chwila i zagłębił się w lekturze. Im dalej się w nią zagłębiał tym bardziej był przerażony. Zrozumiał teraz wiele sytuacji ze swojego życia. To niebywałe. Nie był normalnym człowiekiem, powstał sztucznie. To genetycy stworzyli jego organizm od najmniejszej komórki, dlatego jego krew ma inny skład niż pozostałych ludzi. Łukasz też tak samo został stworzony, bo ma taki sam skład krwi. Obaj zostali podrzuceni do tego samego domu dziecka, nie mieli żadnej rodziny, no bo nie mogli jej mieć. Dlatego byli tak bardzo do siebie podobni fizycznie. Te same rysy twarzy, kolor oczu i włosów. Długą chwilę zastanawiał się czy ich spotkanie było przypadkowe, czy też ktoś tym sterował. Chyba jednak nie przypadkowe. Postanowił, że najpierw przestudiuje wszystkie dokumenty, a później będzie to wszystko analizował. Wrócił do lektury. Dowiedział się, że takich osobników jest stu, ale kilka egzemplarzy wymknęło się spod kontroli. Postanowiono ich  unicestwić, bo dowiedzieli się o swojej wyjątkowości. Nie mogą się już przydać do żadnych badań a stanowią poważne zagrożenie dla prowadzonego eksperymentu. Dlatego powołano oddział Złotego Jastrzębia, który ich poszukuje i eliminuje. Gdy Adam przeczytał opis znaku rozpoznawczego tego oddziału, zamarł. Niebieski kombinezon, na plecach stylizowany żółty jastrząb. Tak właśnie był ubrany osobnik, który złożył im wizytę. Wpadł w panikę.  To chyba on i Łukasz byli przeznaczeni do eliminacji. Co robić? Teraz wiedział, że  życie jego i  Łukasza jest poważnie zagrożone. Spojrzał na biurko i spostrzegł żółtą kopertę. Przeczytał wszystko, więc może już ją otworzyć. Znalazł tu drugi list od Yakamoto. Ten zawierał propozycję co zrobić i adresy gdzie znajdzie pomoc. Postanowił skorzystać z tych wskazówek. Wiedział, że zaczyna się dla niego bardzo ciężki okres. Czy sobie poradzi? Nie miał wyboru musiał spróbować, tym bardziej, że teraz był również odpowiedzialny za Łukasza. Wyszedł z gabinetu i poszedł tam gdzie było słychać szczery i głośny śmiech dziecka.
  - Jestem. Zwolnimy już chyba panią Izę, tak Łukaszu?
  - Tak, teraz Ty się ze mną pobawisz?
  - Możliwe. Pani Izo zapłacę pani za trzy miesiące z góry i dajemy pani tydzień wolnego, ba ja dostałem właśnie urlop i jedziemy z Łukaszem w góry. Jak wrócimy to się odezwiemy.
  - Dziękuję panie profesorze, ale nie musi pan płacić mi z góry.
 - Muszę, proszę oto pieniądze. Niedługo pani to zrozumie. Dowidzenia pani, dziękuję, że pani została dziś dłużej.
  - Jestem zawsze do dyspozycji. Dowidzenia. Łukasz, pa. – zawołała już od progu i wyszła.
Dłuższą chwilę Adam stał w bezruchu zastanawiając się co ma zrobić najpierw. Z tego odrętwienia wyrwał go Łukasz.
  - Kiedy jedziemy w góry?
  - Zaraz, pakujemy trochę naszych rzeczy i wyruszamy. Chcesz?
  - Tak, tak, jedźmy już.
 - Chodź spakujemy trochę ubrań. Wybierz te , które najbardziej lubisz.
Pakowanie zajęło im około godziny. Przed dziewiętnastą odjeżdżali z parkingu pod blokiem.


Dwa tygodnie później.
Na komisariat policji przy ulicy Waliców wszedł Paweł. Podszedł do dyżurnego:
  - Chciałem zgłosić zaginięcie mojego przyjaciela i jego syna……..



Pięć lat później, Alaska.
  - Tato, chodźmy już do domu, zimno mi. – zawołał, mniej więcej dziewięcioletni chłopiec.
  - Za chwilę pójdziemy tylko jeszcze coś załatwię na poczcie. Poczekaj tu na mnie albo chodź ze mną.
  - Chyba poczekam tutaj.
  - Dobrze, zaraz wracam.
Chłopiec został sam przed dużym mocno oświetlonym budynkiem. W pewnej chwili podszedł do niego mężczyzna ubrany w niebieski kombinezon z żółtym jastrzębiem na plecach.
  - Czy masz może na imię Łukasz? – zagadnął zdumionego chłopca.
  - Nie, proszę pana. Mam na imię Bill.
  - A Twój tata ma na imię Adam? – drążył dalej.
  - Nie mój tata to Alex.
Nieznajomy odszedł w pośpiechu, gdy zniknął za rogiem budynku poczty, wyszedł z  niego ojciec chłopca.
  - Tato, jakiś facet pytał mnie jakie mamy imiona. Dziwnie na mnie patrzył i był śmiesznie ubrany.
  - Jak był ubrany? – zainteresował się ojciec.
 - Miał na sobie niebieski kombinezon z żółtym ptakiem na plecach.
  - A niech to szlag trafi. Znowu nas znaleźli. A już myślałem, że nasze kłopoty się skończyły. Chodźmy szybko do domu. Musimy się pakować.
 - Znowu wyjeżdżamy? Ile razy będziemy się jeszcze przeprowadzać?
  -  Nie wiem synku, nie wiem……
 


 







  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz