niedziela, 23 czerwca 2013

                                 NIEMOŻLIWE
         Jechał już prawie sześć godzin, był bardzo zmęczony, prawie zasypiał za kierownicą, do tego lał rzęsisty deszcz. Widoczność chwilami była niemalże zerowa. Jeszcze tylko 40 kilometrów i będzie w domu. Musi wytrzymać, nie ma sensu zatrzymywać się teraz, gdy jest już prawie u kresu podróży.
W pewnym momencie wydało mu się, że coś silnie uderzyło w karoserię samochodu albo po czymś przejechał, być może i jedno i drugie.
 – Zatrzymać się i zobaczyć co się stało, czy jechać dalej. – zastanawiał się chwilę, ale szybko rozmyślił się, pogoda nie zachęcała do tego. Na pewno nic się nie stało, chyba przejechał po jakiejś nierówności na drodze. Nic nie było widać. Dalej na poboczu stał jakiś samochód, ale w środku nikogo nie było. Nie zatrzymując się pojechał dalej. Jeszcze godzina i był w domu. Wbiegł po schodach na górę.
- Elu! Jestem. Elu!
Nigdzie jednak nie było żony, za to w kuchni na stole znalazł kartkę: Zbyszku, pojechałam do mamy, bo bardzo źle się poczuła, być może wrócę dopiero jutro. W lodówce masz przygotowaną kolację. Zadzwoń jak dojedziesz.
 Wziął telefon i wybrał numer żony, trzymał tak długo połączenie aż włączyła się sekretarka. Rozłączył się i pomyślał, że być może jeszcze nie dojechała. Postanowił, że zadzwoni później. Zjadł kolację i usiadł przed telewizorem. Obejrzał jakiś durny film i w końcu zasnął.
Obudziło go natarczywe dzwonienie do drzwi. Z ogromnym zdziwieniem patrzył na dwóch policjantów stojących na ganku.
- Pan Zbigniew Nadolski?
- Tak, o co chodzi?
- Mamy dla pana przykrą wiadomość, pana żona zginęła w wypadku na drodze do Płocka tuż za Nowym Dworem.
- Jak to zginęła? – nie mógł uwierzyć w to co usłyszał.
- Zaraz pan dowie się więcej, może pojechać pan z nami?
- Tak. Oczywiście.
Po pół godzinie byli na miejscu.
- Jak to się stało? – Dopytywał policjantów. Cały czas był w szoku. Chyba ta wiadomość nie w pełni do niego dotarła. Poruszał się jak maszyna.
- Zepsuł jej się samochód, gdy wysiadła jakiś , najprawdopodobniej, pijany kierowca potrącił ją. Zginęła na miejscu. Być może nie widział jej, bo warunki na drodze w nocy były bardzo trudne, lał deszcz i wiał silny wiatr. Nie ma żadnych śladów, bo wszystkie zostały zmyte. Nie ma też żadnych świadków. Może przejdziemy do samochodu, musi pan potwierdzić, że to jej wóz.
W tej chwili zdał sobie sprawę, że przejeżdżał tędy w nocy. Już miał powiedzieć o tym policjantowi, gdy przypomniał sobie swój incydent na drodze.
- Boże tylko nie to. – pomyślał. – czyżby to on ją potrącił? Tak to było to miejsce. Tu poczuł, że po czymś przejechał. – Nie, to nie on!!! T niemożliwe.
Chciał jak najszybciej wrócić do domu i obejrzeć samochód, poprosił policjantów o odwiezienie, ale przedtem musiał pojechać do kostnicy i zidentyfikować ciało Elżbiety.
- Nie potrzebuje pan pomocy? Może pan zostać sam? – dopytywali policjanci, którzy odwieźli go do domu.
- Dziękuję, jakoś sobie poradzę, chcę teraz zostać sam.
Gdy tylko odjechali, zbiegł do garażu, zapalił światło i zaczął szczegółowo oglądać przód samochodu. Nie było jednak na nim żadnych śladów krwi, ani żadnych odkształceń. Nic nie rozumiał. Chyba jednak zgłosi się na policję i wszystko opowie. Zadzwonił i umówił się na następny dzień na dziewiątą rano.
Gdy przyszedł pokazano mu wyniki sekcji zwłok. Okazało się, że ciało Elżbiety miało styczność z dwoma samochodami jeden ja potrącił i ten ja zabił a drugi przejechał po niej gdy już nie żyła. Ten drugi to ja, pomyślał.
- O czym chciał pan ze mną rozmawiać? – zapytał starszy policjant z którym był umówiony.
- Ja? Chciałem rozmawiać? – był zdezorientowany.
- No tak umówił się pan ze mną.
- A tak. – podjął błyskawiczną decyzję, jednak powie prawdę. – Panie komisarzu ja jechałem wczoraj tą drogą około godziny dwudziestej pierwszej a może nawet później. Raczej później niż wcześniej.
- Tak? I coś pan zauważył ciekawego? Według patologa do wypadku doszło między dziewiętnastą a dwudziestą trzydzieści. Może wcześniej, ale na pewno nie później. Widział pan coś?
- Widziałem samochód na poboczu, ale go nie rozpoznałem, rzeczywiście widoczność na drodze była prawie zerowa.
- Czy jeszcze coś pan zauważył?
- Obawiam się, że ten drugi samochód, który przejechał już po zwłokach to mój.
- Jak to?
- Jadąc, poczułem w pewnym momencie jakbym po czymś przejechał. Pomyślałem, że to pewnie jakiś garb na drodze i pojechałem dalej, chociaż myślałem o zatrzymaniu, ale pogoda mnie zniechęciła.
- Będzie musiał pan zostawić nam swój samochód do wykonania ekspertyzy. Zaraz zawołam techników.
- Tak oczywiście, proszę to kluczyki. – mówiąc to podał je komisarzowi, który już telefonicznie poinformował technikę. Nie upłynęło więcej niż pięć minut gdy w drzwiach pojawił się krępy mężczyzna, odebrał kluczyki i już chciał wyjść ale komisarz go zatrzymał, razem wyszli na korytarz.
Gdy po pięciu minutach wrócił, zwrócił się do Nadolskiego:
-  Panie Zbigniewie, chyba odwieziemy pana do domu, bo to badanie trochę potrwa.
- Ile czasu?
- Nie wiem, ale może to zająć nawet cały dzień.
- Cały dzień? Oględziny samochodu, na którym nie ma właściwie żadnych śladów?
- To się dopiero okaże. To co odwieźć pana do domu?
- Nie dziękuję, jakoś sobie poradzę.
 Wyszedł, stał przed komendą i nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić. Właściwie powinien pojechać do pracy, ale po chwili namysłu sięgnął po komórkę i zadzwonił uprzedzając, że bierze urlop na najbliższy tydzień. Kilka godzin włóczył się bezmyślnie po mieście, miał nadzieję, że w każdej chwili dostanie informację, że może odebrać samochód, ale ta wiadomość nie nadchodziła. Nie nadeszła również do końca dnia. Wreszcie następnego dnia około godziny dwunastej dostał telefon, żeby stawił się na komendzie. Ubrał się i pojechał. Komisarz już na niego czekał.
- Mogę już odebrać samochód? – zapytał od progu.
- Chwilę zaraz wszystko uzgodnimy. Mam do pana kilka pytań.
- Proszę bardzo, słucham.
- Czy może nam pan pokazać list, który zostawiła panu żona w kuchni na stole?
- Nie mam go, chyba wyrzuciłem. – odparł zbyt pospiesznie.
- A zatem nie ma żadnego dowodu, że taki list istniał?
- No dowodu nie ma, ale mówię panu , że był .
- Teraz drugie pytanie: W jaki sposób znalazł się pan na tej drodze? Wracał pan przecież z Poznania, a okolice Nowego Dworu Mazowieckiego to chyba nie po drodze?
- Nie po drodze, ale miałem zamiar wstąpić do Łomianek do kolegi, byłem umówiony.
- Proszę podać nazwisko i telefon tego kolegi sprawdzimy.
Podał i pomyślał, że dobrze się stało, że zadzwonił do Jarka i się zapowiedział.
- Ale nie odwiedził go pan?
- Nie, zmieniłem zdanie, pogoda i późna pora  na to wpłynęły.
- A uprzedził pan kolegę i odwołał wizytę?
- Nie.
Komisarz wstał.
- Panie Zbigniewie Nadolski, jest pan aresztowany, pod zarzutem zamordowania żony Elżbiety Nadolskiej.
- Co? To jakiś absurd.
- Nie absurd. Pana żona zamierzała rozwieść się z panem a pan nie chciał do tego dopuścić.
- Co za bzdury pan wygaduje? Ja? Ja miałbym zamordować swoją żonę? Jaki rozwód? Skąd pan to wziął?
- Pańscy teściowie właśnie to potwierdzili. Pańska żona jechała właśnie do nich, ale na swoje nieszczęście zgodziła się z panem spotkać na drodze do Płocka.
- Bzdura, nie miałem z nią kontaktu od trzech dni.
- Miał pan, dzwonił pan do żony na godzinę przed jej śmiercią, rozmawialiście pół godziny. To wtedy namówił ją pan na spotkanie. Nie chciał pan rozwodu, bo to pana rujnowało finansowo. Wszystko co posiadaliście było pańskiej żony, darowizny od jej rodziców.
- Niby jak ją zabiłem? Skąd wiecie, że do niej dzwoniłem, sprawdźcie biling.
- Sprawdziliśmy. Dzwonił pan z telefonu na kartę, którą kupił pan na stacji benzynowej. No właśnie. Nie zginęła pod kołami samochodu, chociaż w pierwszym momencie tak to wyglądało. Zginęła od uderzenia tępym narzędziem w tył głowy, prawdopodobnie kluczem do kół. Zabił ją pan a następnie przejechał po niej samochodem, żeby wyglądało na wypadek , ale śmierć nastąpiła wcześniej, zaraz po uderzeniu, dlatego wykluczyliśmy wypadek drogowy.
- Gdybym ją zabił to nie przyznałbym się, że tamtędy jechałem.
- I tak byśmy do tego doszli, bo przez nieuwagę skończyło się panu paliwo i musiał pan tankować przy tej drodze  i do kolegi z Łomianek dzwonił pan dopiero z tej stacji benzynowej, to miało być swoiste alibi.
- Nie chciałem jej zabić.
- Myślę, że pan chciał i dokładnie to zaplanował. Gdyby nie to paliwo i telefon do żony, to nigdy byśmy pana nie złapali. Sprawa trafiłby do nierozwiązanych.   Ale jak widać nie ma zbrodni doskonałych.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz