NIEMOŻLIWE
Jechał już prawie sześć godzin, był
bardzo zmęczony, prawie zasypiał za kierownicą, do tego lał rzęsisty deszcz.
Widoczność chwilami była niemalże zerowa. Jeszcze tylko 40 kilometrów i będzie
w domu. Musi wytrzymać, nie ma sensu zatrzymywać się teraz, gdy jest już prawie
u kresu podróży.
W pewnym
momencie wydało mu się, że coś silnie uderzyło w karoserię samochodu albo po
czymś przejechał, być może i jedno i drugie.
– Zatrzymać się i zobaczyć co się stało, czy
jechać dalej. – zastanawiał się chwilę, ale szybko rozmyślił się, pogoda nie
zachęcała do tego. Na pewno nic się nie stało, chyba przejechał po jakiejś
nierówności na drodze. Nic nie było widać. Dalej na poboczu stał jakiś
samochód, ale w środku nikogo nie było. Nie zatrzymując się pojechał dalej.
Jeszcze godzina i był w domu. Wbiegł po schodach na górę.
- Elu!
Jestem. Elu!
Nigdzie
jednak nie było żony, za to w kuchni na stole znalazł kartkę: Zbyszku,
pojechałam do mamy, bo bardzo źle się poczuła, być może wrócę dopiero jutro. W
lodówce masz przygotowaną kolację. Zadzwoń jak dojedziesz.
Wziął telefon i wybrał numer żony, trzymał tak
długo połączenie aż włączyła się sekretarka. Rozłączył się i pomyślał, że być
może jeszcze nie dojechała. Postanowił, że zadzwoni później. Zjadł kolację i
usiadł przed telewizorem. Obejrzał jakiś durny film i w końcu zasnął.
Obudziło go
natarczywe dzwonienie do drzwi. Z ogromnym zdziwieniem patrzył na dwóch
policjantów stojących na ganku.
- Pan
Zbigniew Nadolski?
- Tak, o co
chodzi?
- Mamy dla
pana przykrą wiadomość, pana żona zginęła w wypadku na drodze do Płocka tuż za
Nowym Dworem.
- Jak to
zginęła? – nie mógł uwierzyć w to co usłyszał.
- Zaraz pan
dowie się więcej, może pojechać pan z nami?
- Tak. Oczywiście.
Po pół
godzinie byli na miejscu.
- Jak to się
stało? – Dopytywał policjantów. Cały czas był w szoku. Chyba ta wiadomość nie w
pełni do niego dotarła. Poruszał się jak maszyna.
- Zepsuł jej
się samochód, gdy wysiadła jakiś , najprawdopodobniej, pijany kierowca potrącił
ją. Zginęła na miejscu. Być może nie widział jej, bo warunki na drodze w nocy
były bardzo trudne, lał deszcz i wiał silny wiatr. Nie ma żadnych śladów, bo
wszystkie zostały zmyte. Nie ma też żadnych świadków. Może przejdziemy do
samochodu, musi pan potwierdzić, że to jej wóz.
W tej chwili
zdał sobie sprawę, że przejeżdżał tędy w nocy. Już miał powiedzieć o tym
policjantowi, gdy przypomniał sobie swój incydent na drodze.
- Boże tylko
nie to. – pomyślał. – czyżby to on ją potrącił? Tak to było to miejsce. Tu
poczuł, że po czymś przejechał. – Nie, to nie on!!! T niemożliwe.
Chciał jak
najszybciej wrócić do domu i obejrzeć samochód, poprosił policjantów o
odwiezienie, ale przedtem musiał pojechać do kostnicy i zidentyfikować ciało
Elżbiety.
- Nie
potrzebuje pan pomocy? Może pan zostać sam? – dopytywali policjanci, którzy
odwieźli go do domu.
- Dziękuję,
jakoś sobie poradzę, chcę teraz zostać sam.
Gdy tylko
odjechali, zbiegł do garażu, zapalił światło i zaczął szczegółowo oglądać przód
samochodu. Nie było jednak na nim żadnych śladów krwi, ani żadnych odkształceń.
Nic nie rozumiał. Chyba jednak zgłosi się na policję i wszystko opowie.
Zadzwonił i umówił się na następny dzień na dziewiątą rano.
Gdy
przyszedł pokazano mu wyniki sekcji zwłok. Okazało się, że ciało Elżbiety miało
styczność z dwoma samochodami jeden ja potrącił i ten ja zabił a drugi
przejechał po niej gdy już nie żyła. Ten drugi to ja, pomyślał.
- O czym chciał
pan ze mną rozmawiać? – zapytał starszy policjant z którym był umówiony.
- Ja?
Chciałem rozmawiać? – był zdezorientowany.
- No tak
umówił się pan ze mną.
- A tak. –
podjął błyskawiczną decyzję, jednak powie prawdę. – Panie komisarzu ja jechałem
wczoraj tą drogą około godziny dwudziestej pierwszej a może nawet później.
Raczej później niż wcześniej.
- Tak? I coś
pan zauważył ciekawego? Według patologa do wypadku doszło między dziewiętnastą
a dwudziestą trzydzieści. Może wcześniej, ale na pewno nie później. Widział pan
coś?
- Widziałem
samochód na poboczu, ale go nie rozpoznałem, rzeczywiście widoczność na drodze
była prawie zerowa.
- Czy jeszcze
coś pan zauważył?
- Obawiam się,
że ten drugi samochód, który przejechał już po zwłokach to mój.
- Jak to?
- Jadąc, poczułem
w pewnym momencie jakbym po czymś przejechał. Pomyślałem, że to pewnie jakiś
garb na drodze i pojechałem dalej, chociaż myślałem o zatrzymaniu, ale pogoda
mnie zniechęciła.
- Będzie
musiał pan zostawić nam swój samochód do wykonania ekspertyzy. Zaraz zawołam techników.
- Tak
oczywiście, proszę to kluczyki. – mówiąc to podał je komisarzowi, który już
telefonicznie poinformował technikę. Nie upłynęło więcej niż pięć minut gdy w drzwiach
pojawił się krępy mężczyzna, odebrał kluczyki i już chciał wyjść ale komisarz
go zatrzymał, razem wyszli na korytarz.
Gdy po
pięciu minutach wrócił, zwrócił się do Nadolskiego:
- Panie Zbigniewie, chyba odwieziemy pana do
domu, bo to badanie trochę potrwa.
- Ile czasu?
- Nie wiem,
ale może to zająć nawet cały dzień.
- Cały
dzień? Oględziny samochodu, na którym nie ma właściwie żadnych śladów?
- To się
dopiero okaże. To co odwieźć pana do domu?
- Nie
dziękuję, jakoś sobie poradzę.
Wyszedł, stał przed komendą i nie bardzo
wiedział co ze sobą zrobić. Właściwie powinien pojechać do pracy, ale po chwili
namysłu sięgnął po komórkę i zadzwonił uprzedzając, że bierze urlop na najbliższy
tydzień. Kilka godzin włóczył się bezmyślnie po mieście, miał nadzieję, że w
każdej chwili dostanie informację, że może odebrać samochód, ale ta wiadomość
nie nadchodziła. Nie nadeszła również do końca dnia. Wreszcie następnego dnia
około godziny dwunastej dostał telefon, żeby stawił się na komendzie. Ubrał się
i pojechał. Komisarz już na niego czekał.
- Mogę już odebrać
samochód? – zapytał od progu.
- Chwilę zaraz
wszystko uzgodnimy. Mam do pana kilka pytań.
- Proszę
bardzo, słucham.
- Czy może
nam pan pokazać list, który zostawiła panu żona w kuchni na stole?
- Nie mam
go, chyba wyrzuciłem. – odparł zbyt pospiesznie.
- A zatem
nie ma żadnego dowodu, że taki list istniał?
- No dowodu nie
ma, ale mówię panu , że był .
- Teraz
drugie pytanie: W jaki sposób znalazł się pan na tej drodze? Wracał pan
przecież z Poznania, a okolice Nowego Dworu Mazowieckiego to chyba nie po
drodze?
- Nie po drodze,
ale miałem zamiar wstąpić do Łomianek do kolegi, byłem umówiony.
- Proszę
podać nazwisko i telefon tego kolegi sprawdzimy.
Podał i
pomyślał, że dobrze się stało, że zadzwonił do Jarka i się zapowiedział.
- Ale nie
odwiedził go pan?
- Nie,
zmieniłem zdanie, pogoda i późna pora na
to wpłynęły.
- A
uprzedził pan kolegę i odwołał wizytę?
- Nie.
Komisarz
wstał.
- Panie
Zbigniewie Nadolski, jest pan aresztowany, pod zarzutem zamordowania żony Elżbiety
Nadolskiej.
- Co? To jakiś
absurd.
- Nie
absurd. Pana żona zamierzała rozwieść się z panem a pan nie chciał do tego
dopuścić.
- Co za
bzdury pan wygaduje? Ja? Ja miałbym zamordować swoją żonę? Jaki rozwód? Skąd
pan to wziął?
- Pańscy teściowie
właśnie to potwierdzili. Pańska żona jechała właśnie do nich, ale na swoje
nieszczęście zgodziła się z panem spotkać na drodze do Płocka.
- Bzdura,
nie miałem z nią kontaktu od trzech dni.
- Miał pan,
dzwonił pan do żony na godzinę przed jej śmiercią, rozmawialiście pół godziny. To
wtedy namówił ją pan na spotkanie. Nie chciał pan rozwodu, bo to pana rujnowało
finansowo. Wszystko co posiadaliście było pańskiej żony, darowizny od jej rodziców.
- Niby jak
ją zabiłem? Skąd wiecie, że do niej dzwoniłem, sprawdźcie biling.
- Sprawdziliśmy.
Dzwonił pan z telefonu na kartę, którą kupił pan na stacji benzynowej. No właśnie.
Nie zginęła pod kołami samochodu, chociaż w pierwszym momencie tak to wyglądało.
Zginęła od uderzenia tępym narzędziem w tył głowy, prawdopodobnie kluczem do
kół. Zabił ją pan a następnie przejechał po niej samochodem, żeby wyglądało na
wypadek , ale śmierć nastąpiła wcześniej, zaraz po uderzeniu, dlatego
wykluczyliśmy wypadek drogowy.
- Gdybym ją
zabił to nie przyznałbym się, że tamtędy jechałem.
- I tak
byśmy do tego doszli, bo przez nieuwagę skończyło się panu paliwo i musiał pan tankować
przy tej drodze i do kolegi z Łomianek
dzwonił pan dopiero z tej stacji benzynowej, to miało być swoiste alibi.
- Nie
chciałem jej zabić.
- Myślę, że
pan chciał i dokładnie to zaplanował. Gdyby nie to paliwo i telefon do żony, to
nigdy byśmy pana nie złapali. Sprawa trafiłby do nierozwiązanych. Ale jak widać nie ma zbrodni doskonałych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz