wtorek, 14 maja 2013


     POWROTY Z  ZA …..?
Zauważył ją gdy schylała się by zawiązać but maleńkiemu chłopczykowi w śmiesznej czapeczce z trzema pomponikami. Nawet tak prozaiczna czynność w jej wykonaniu sprawiała wrażenie czegoś wzniosłego. Jej ruchy były niezwykle płynne i jednocześnie bardzo dystyngowane. Mogła to być tylko bogini . Im dłużej ją obserwował tym bardziej był pewien, że ta krucha istota nie pochodziła  z tego świata. Gdyby był artystą natychmiast utrwaliłby to piękno na płótnie, jeżeli oczywiście byłoby to możliwe. Nigdy nie widział tak pięknego zjawiska.
  Zawiązała bucik i podniosła głowę. Ich oczy spotkały się, a ciała wstrząsnął jakiś dziwny dreszcz. Uważny obserwator z pewnością by to zauważył, tak silne było ich doznanie. Oboje wiedzieli, że wydarzyło się coś niezwykłego. Długą chwilę stali nieruchomo jakby zahipnotyzowani. Ani jedno , ani drugie nie wiedziało jak się dalej zachować. Z tego w sumie przyjemnego odrętwienia wyrwał ich cienki głosik:
  - Mamo, chodźmy już. Zimno mi. – chłopczyk złapał ją za rękę i pociągnął w stronę stojącego przy krawężniku samochodu. Widać było, że z wielką niechęcią oderwała wzrok od stojącego na przystanku autobusowym mężczyzny, podeszła do samochodu, wsiadła za kierownicę i odjechała.
 Jeszcze pół godziny później, Marcel, bo tak miał na imię ów mężczyzna, stał w tym samym miejscu i patrzył w kierunku w którym zniknął jej samochód.
  W pewnej chwili biegnący z ogromnym psem chłopak wpadł na niego, smycz zaplątała się wokół jego nóg i obaj leżeli na oblodzonym chodniku. Upłynęło dobrych kilka minut zanim udało im się wyplątać z pułapki i wstać.
  - Bardzo pana przepraszam, mój pies jest bardzo niezdyscyplinowany. Do tego waży chyba więcej ode mnie i nie zawsze udaje mi się nad nim panować. Teraz zobaczył swoją ulubioną suczkę i pociągnął mnie z ogromną siłą.
  - Nic się nie stało, ja też nie jestem bez winy. Stałem na środku chodnika.
  - Nic się panu nie stało?
 - Nie, najwyżej będę miał kilka siniaków.
  - Jeszcze raz przepraszam. Dowidzenia panu.
  - Dowidzenia. – odpowiedział, chociaż nie pragnął następnego spotkania.
Chłopak odszedł, a właściwie odbiegł, bo jego pies nie zrezygnował ze spotkania ze swoją miłością.
Miłość – pomyślał Marcel. Ciekawe czy zwierzęta jej doświadczają? Być może, tak. Przypomniało mu się, że kiedyś czytał o  łabędziach, podobno dobierają się w pary raz na całe życie i gdy jeden z ptaków zdechnie, drugi do końca życia pozostaje samotny. A ludzie? Często wdowa czy wdowiec powtórnie zawierają związki małżeńskie. Może zwierzęta bardziej się do siebie przywiązują? A może to tylko łabędzie dochowują wierności partnerowi nawet po jego śmierci? A jak będzie w jego przypadku? Do tej pory nigdy nie czuł do nikogo tego co poczuł niecałą godzinę temu do nieznajomej kobiety. Wiedział, że ona poczuła to samo. Czy spotka ją jeszcze kiedyś? Miała syna, czy była mężatką? Postanowił, że musi ją odnaleźć. Nie wiedział jeszcze jak to zrobi, ale na pewno odnajdzie ją. Szkoda, że nie zapamiętał numeru rejestracyjnego jej samochodu wtedy łatwiej by ją zidentyfikował. Postanowił, że codziennie będzie przyjeżdżał w to miejsce o tej samej porze, może nie była tu przypadkiem.
Cały następny tydzień pojawiał się przed wejściem na basen, czekał godzinę, czasami dwie, ale na próżno. Jego wymarzona piękność nie pojawiła się. Z kolei  następny tydzień przeleżał w łóżku, zmogła go wyjątkowo wredna grypa.
Długą chwilę Anna stała przed wejściem na basen. Rozglądała się nerwowo jakby kogoś szukała.
  - Mamo, chodźmy już do domu. Dlaczego tu stoimy – obok Anny stał mały śliczny chłopczyk i szarpał ją za brzeg płaszcza.
  - Jeszcze chwilkę Michałku, jeszcze małą chwilkę. Możemy jeszcze chwilkę poczekać? – poprosiła.
  - A na co mamy czekać? – zapytał mocno zniecierpliwiony mały. – Nie chcę już czekać, chcę do domu! – teraz już właściwie wrzeszczał.
  -Dobrze, już dobrze, chodźmy. – wzięła go za rękę i poprowadziła do samochodu, cały czas rozglądając się na boki. Ciągle jeszcze miała nadzieję, że za chwilę ujrzy  roześmianą delikatną twarz nieznajomego. Niestety… Czy jeszcze  kiedyś go zobaczy? Czy dowie się kim był ten mężczyzna, który tak bardzo ją zafascynował? A może to coś więcej niż fascynacja? Nie, nie wolno jej tak myśleć. Jest przecież szczęśliwą żoną i matką. Rozmyślając tak rozpłakała się. Teraz wiedziała, że nigdy nie była szczęśliwa. Postanowiła, że codziennie, aż do wyjazdu z mężem na placówkę dyplomatyczną, będzie tu przychodziła. Bardzo chciałaby dowiedzieć się kim był ten mężczyzna, który wprowadził tak wielki zamęt do jej duszy.
Nie spotkała go przez cały następny tydzień….
Dopiero we wtorek…. Jeszcze nie wysiadła z samochodu gdy przez chwilę mignęła jej znajoma twarz. Tak to był on! Szybko zaparkowała, nie patrzyła wcale czy w dozwolonym miejscu czy nie, bała się, że go zgubi. Wysiadła w szalonym tempie, niemalże wyciągnęła Michała z tylnego siedzenia i zdyszana stanęła na drodze mężczyzny.  Znowu to samo uczucie mrowienia za mostkiem, wiedziała, że on czuje dokładnie to samo. Przez długą chwilę stali bez słowa. W końcu Marcel odezwał się pierwszy:
  - Nie jesteś jednak wytworem mojej wyobraźni, Ty naprawdę istniejesz, już myślałem, że sobie Ciebie wymyśliłem.
  - Jestem jak najbardziej rzeczywista, mam na imię Anna. – mówiąc to wyciągnęła do niego rękę, którą on z wielkim namaszczeniem uścisnął a potem przyłożył do ust. Może zbyt długo ją trzymał, bo mały zaoponował.
  - Nie rusz mojej mamy! Puść ją w tej chwili! – oboje zawstydzili się. Anna szybko wyrwała rękę i przedstawiła syna. Teraz on poczuł, że powinien się przedstawić.
  - Jestem Marcel.
 - Ale śmiesznie, Marcel, Marcel. – przedrzeźniał go mały.
  - Przepraszam, chyba Michał nigdy nie słyszał tego imienia. – tu zwróciła się do syna – Przeproś pana.
  - Nie chcę, nie lubię go! Chcę popływać, chodźmy, powiedz mu, żeby sobie poszedł.
  - Jesteś bardzo niegrzeczny. Nie dostaniesz dziś swojego ulubionego batonika.
  - Nie chcę Twojego batonika, chodźmy pływać.
  - Dzisiaj będziesz pływał sam z trenerem. Ja się źle czuję.
  - Bardzo dobrze, mogą pływać sam.
  - Chodźmy. – wzięła go za rękę i zniknęła za szklanymi drzwiami hali basenu. Marcel wiedział, że zaraz wróci. Nie pomylił się .Po dziesięciu minutach była już z powrotem. Długo stali wpatrując się w siebie. W końcu Marcel zaproponował, żeby usiedli w kawiarence przy basenie. Tak też zrobili. Nie mieli zbyt dużo czasu, bo Anna musiała dopilnować Michała, żeby się wykąpał i wysuszył. Na koniec  powiedziała, że pojutrze wyjeżdża do Wenezueli, bo jej mąż został tam ambasadorem.
  - Na jak długo wyjeżdżacie? – zapytał przerażony Marcel.
  - Minimum na pięć lat. – mówiąc to miała łzy w oczach.
 - Czy będziesz czasami bywała w kraju? Na jakieś wakacje?
  - Nie, najwcześniej przyjadę tu za pięć lat, a może później. Wszystko zależy od tego jak długo mój mąż będzie ambasadorem.
  - Nie mogę w to uwierzyć. Ledwo się odnaleźliśmy, a już musimy się żegnać. Co za ironia losu. Dlaczego zdarzyło się to właśnie nam?
  - Może to i lepiej. Nie będziemy mieli szansy zrobić czegoś, czego moglibyśmy żałować do końca życia. Do zobaczenia Marcelu. Pewnie nie zobaczymy się już nigdy, ale wiedz, że zawsze będziesz miał swoje miejsce w moim sercu. Szkoda, że nie spotkaliśmy się parę lat wcześniej. Teraz już nic nie możemy na to poradzić, żegnaj.
  - Nie mogę w to uwierzyć, nie odchodź.  Jak mogę się z Tobą kontaktować?
  - Nie zatrzymuj mnie, proszę. Nie utrudniaj tego co i tak jest nie do zniesienia. Nie możemy się kontaktować. Może urodzimy się na nowo i wtedy dostaniemy swoją szansę.
 - Chyba nie wierzysz w to co mówisz, nie będziemy mieli już nigdy żadnej szansy. Wiesz, że to niemożliwe. Nawet nie wiemy ile tracimy, jesteś pewna, że tak musi być?
  - Jestem pewna, żegnaj. Nie zapomnij o mnie. – szybko odbiegła w stronę otwierających się drzwi hali w której mieścił się basen. Przez chwilę stał i zastanawiał się czy powinien biec za nią. Pobiegł, ale odwróciła się i zatrzymała go ruchem ręki. Wiedziała, że pobiegnie. Czuła to, a może ona na jego miejscu też by pobiegła? Zatrzymał się, odwrócił i schował za rogiem, żeby móc ją obserwować jak będzie wracała z synem do samochodu. Zanim wyszła upłynęło chyba z pół godziny. Może mu się wydawało, ale chyba była zapłakana. Patrzył jak wsiada do samochodu i wolno odjeżdża. Nie zanotował numeru rejestracyjnego samochodu, może lepiej nie wiedzieć jak się nazywała, skoro postanowiła, że nigdy się już nie spotkają. Czuł, że ogarnia go bezsilna rozpacz. Najgorsze było to, że już teraz wiedział jak bardzo będzie nieszczęśliwy przez resztę swojego życia.  Miał wrażenie, że stracił coś bardzo cennego.
  - Dlaczego pan płacze?- przechodząca kobieta zauważyła łzy na jego twarzy i zaniepokoiła się. – Potrzebuje pan pomocy? – stanowczo była za troskliwa.
  - Nie, dziękuję Pani, przepraszam, poradzę sobie. To chyba z zimna. – skłamał.
  - Na pewno nie potrzebuje Pan pomocy? – dopytywała.
  - Na pewno, bardzo Pani dziękuję za zainteresowanie.
Kobieta odeszła, ale jeszcze kilka razy odwracała się, jakby chciała sprawdzić czy na pewno  nic mu nie jest. Rzeczywiście płakał, ale zupełnie nad tym nie panował. Ostatni raz zdarzyło mu się płakać jak zdechł jego ukochany chomik, miał chyba wtedy pięć lat. Mama kupiła  innego chomika łagodząc znacznie ból, wypełniając w ten sposób powstałą pustkę. Wiedział, że teraz nie będzie to takie łatwe. Tak długo stał w miejscu, że dopiero później poczuł, że nogi mu zdrętwiały z zimna. Trzeba iść do domu. W tym momencie przypomniał sobie tekst z Nieboskiej komedii Dantego: Wy, którzy wchodzicie, zostawcie nawet nadzieję! Co za ironiczne przesłanie, on też musi pogrzebać nadzieję……
Całą drogę do domu Anna płakała, co bardzo zaniepokoiło jej syna Michała.
  - Dlaczego płaczesz Mamo, czy coś Cię boli? Nie chcę, żebyś płakała. Mamo!
  - Nic mi nie jest Michałku, zaraz mi przejdzie. Zobacz nie płaczę. –popatrzyła na syna wymuszając na sobie uśmiech. Mały odwzajemnił uśmiech, ale nie był do końca przekonany czy wszystko jest w porządku.
          Pięćdziesiąt lat później…..
Przed wejściem na basen zatrzymał się siwiuteńki mężczyzna. Wpatrywał się w oszkloną ścianę i obrotowe drzwi, które bez przerwy były w ruchu.
  - Zupełnie inaczej to dzisiaj wygląda. Po ostatnim remoncie cały kompleks wygląda bardzo okazale i nowocześnie. Podobno jest tam pływalnia spełniająca wymogi olimpijskie. No cóż , świat idzie do przodu. – pomyślał dziadek. Baczny obserwator poznałby go od razu, przecież od wielu, wielu lat przychodził tu niemal codziennie i stale o tej samej porze. Stał oparty na cienkiej eleganckiej laseczce i uporczywie wpatrywał się w obrotowe drzwi pływalni. Wyglądało na to, że na kogoś czeka, ale sprawiał wrażenie, że nie spodziewa się nikogo spotkać. Postał jeszcze chwilę i bez pośpiechu podreptał w stronę pobliskiego postoju taksówek.
  - Ciekawe jak długo będę miał siłę, żeby tu przyjeżdżać. Czy jest jeszcze nadzieja na spotkanie Anny? – chyba powiedział to zbyt głośno, bo wsiadając do taksówki usłyszał.
  - Proszą powtórzyć adres, bo niedosłyszałem.
  - Wiśniowa 5, poproszę.
  - Już się robi proszę szanownego pana. – Taksówka ruszyła i gdy mijała wejście na pływalnię zobaczył starą kobietę, której widok przyprawił go o szybsze bicie serca.
 - Proszę się zatrzymać! Muszę coś sprawdzić.
Otworzył drzwi taksówki i zawołał:
  - Anno! Anno!
Kobieta stanęła jak wryta a następnie odwróciła się w stronę skąd dobiegało wołanie.
  - Marcel? Marcel czy to Ty? – nie mogła uwierzyć. Wysiadł z taksówki, zapłacił i podszedł do kobiety.
  - Wiesz, że dzisiaj upływa  pięćdziesiąt lat od naszego spotkania? Właściwie jedynego spotkania. Dlaczego tu przyszłaś? Czyżbyś chodziła na basen? – zarzucił ją  gradem pytań.
  - A Ty co tu robisz? – odpowiedziała pytaniem.
  - No ja to przychodzę tu prawie codziennie od wielu, wielu lat. Do naszego ostatniego spotkania doliczyłem pięć lat i czekam na Ciebie.
  - Niebywałe. Ja też od trzech lat przychodzę tu dosyć często. Dlaczego spotykamy się dopiero teraz?
  - Nie wiem, ale mamy to już za sobą. Może pójdziemy gdzieś usiąść? Nie jestem w zbyt dobrej formie.
  - Może do tej kawiarenki, w której byliśmy pięćdziesiąt lat temu?
  - A jeszcze istnieje?
  - Istnieje, ale pod innym szyldem. No to chodźmy.
Bardzo długo siedzieli opowiadając o swoim życiu. Ona od trzydziestu lat była wdową, syn mieszkał na stałe w Wenezueli. Od trzech lat była w kraju i intensywnie Go szukała.
On nigdy się nie ożenił, nie miał żadnej rodziny, wierzył, że kiedyś się spotkają. Jego wiara została wystawiona na ciężką próbę, ale w końcu jego upór przyniósł efekt.  Byli razem. Postanowili, że od tego dnia będą spotykali się codziennie, oboje byli już na emeryturze.
  - Wezmę taksówką i odwiozę Cię do domu. –powiedział w końcu Marcel widząc, że Anna ziewa ukradkiem.
  - Nie, dziękuję, to raczej ja Cię odwiozę, mam tu za rogiem samochód.
  - Radzisz sobie jeszcze z kierownicą? – zapytał z niedowierzaniem.
 - Mam dopiero 77 lat, jeszcze jestem całkiem sprawna fizycznie.
  - Zazdroszczę Ci, ja już nie mogę prowadzić, mam początki Parkinsona.
  - Zaopiekuję się Tobą, niczym nie musisz się już martwić.
  - Nie chcę żebyś się mną opiekowała, radzę sobie całkiem dobrze.
  - Przepraszam nie chciałam Cię urazić, powiedziałam tak, bo chciałabym być blisko Ciebie. Straciliśmy całe życie, może jeszcze uda się coś uratować.
  - Może, ale chyba niewiele. Jestem poważnie chory i na pewno nie pozwolę na to żeby być dla Ciebie ciężarem. Już Ci powiedziałem, że radzę sobie całkiem nieźle, zresztą wynająłem pomoc domową. Mam wszystko czego mi potrzeba.
  - Jeszcze raz Cię przepraszam. Ja po prostu chciałabym byś blisko Ciebie. Często żałowałam, że wyjechałam wtedy do Wenezueli, wiem, że straciliśmy oboje przez to bardzo wiele. Było między nami coś niepowtarzalnego, nie każdy może tego doświadczyć. Uratujmy te resztki, które nam zostały. Nie jesteśmy już młodzi jak wtedy, ale ja ciągle czuję to samo.
  - Ja też. Masz rację nie róbmy sobie wyrzutów, bo i tak nie cofniemy czasu. Spróbujmy skorzystać z tego co nam jeszcze zostało.
  - No to chodź, odwiozę Cię do domu.
Zanim wyszli, Marcel wyjął jakiś notes i coś w nim zapisywał. Gdy skończył, uśmiechnął się tajemniczo, zapłacił rachunek i wyszedł za Anną na ulicę. Wsiedli do jej samochodu i odjechali. Oboje mieszkali poza miastem, ale po przeciwnych stronach. Marcel na północnym krańcu, a Anna na południowym. Wyjechali na trasę szybkiego ruchu i już mieli skręcić w lewo w ulicę Marcela, gdy nagle zobaczyli ogromną ciężarówkę, która widocznie wpadła w poślizg i nie dając im szans staranowała mercedesa Anny wbijając go w przydrożny słup wysokiego napięcia.
Trzymali się za ręce nie rozumiejąc co się stało.
  - Boli Cię coś? Jesteś cała? – zapytał bez emocji Marcel.
-- Nic mi nie jest, nic nie czuję. Właściwie nie wiem co się stało. Była jakaś ciężarówka. Czy my się z nią zderzyliśmy?
  - Takie miałem wrażenie, no ale skoro nic nam nie jest, to znaczy, że to się nam tylko wydawało.
  - Jak to nic się nie stało? Zobacz! Jesteś cały pokrwawiony. Dlaczego się nie ruszasz? Marcel! O Boże! Ja też tam leżę. My nie żyjemy. Jak to się mogło stać?
  - Jak to nie żyjemy? Przecież rozmawiamy. Anno, o Boże! Boże dlaczego nam to zrobiłeś? Dlaczego? Dlaczego?
- Bo chcę Wam dać drugą szansę. – usłyszeli.
- Kto chce nam dać drugą szansę? –Anna była przestraszona.
- Czyżbym się przesłyszał? Wzywaliście mnie przecież.
W tym momencie przed ich oczami ukazała się ogromna chmura, która zaczęła przybierać ludzkie kształty, aż w końcu przekształciła się w białą postać starca z długimi włosami i brodą.
- Czyż nie pytaliście: Boże dlaczego nam to zrobiłeś?
- Pytaliśmy, ale nie wiedzieliśmy czy dostaniemy odpowiedź na to pytanie. Nic nie rozumiemy. Czy my nie żyjemy? – dopytywał Marcel.
- Nie żyją Wasze ciała, ale dusze nie umrą nigdy. Popatrzcie w dół. –usłyszeli odpowiedź.
- Nie wiem czy chcemy.
- Nie bójcie się, nie będziecie już odczuwali żadnych emocji.
Spojrzeli. Rzeczywiście, nic nie czuli, ani strachu ani żalu.
- Czy to znaczy, że odtąd zawsze będziemy razem? – zapytała Anna.
-Nie, powiedziałem Wam na początku, że otrzymacie drugą szansę. Ale nie obiecałem, że będziecie razem. Od Was zależy czy ją wykorzystacie.
- Zrobimy wszystko, żeby być razem. Co mamy zrobić? Jesteśmy gotowi na wszystko. Prawda Anno?
- Tak, jesteśmy gotowi. – potwierdziła.
- Widzę, że bardzo jesteście zdeterminowani. Wiedzcie jednak, że udaje się to raz na ponad milion przypadków.
- Nam na pewno się uda – zawołali niemal jednocześnie.
- Zatem słuchajcie: za chwilę ze świadomości waszych dusz zostaną wymazane wszelkie informacje. Po tym zabiegu już się nie rozpoznacie.
- Boże!!! –wykrzyknęli z rozpaczą.
- To znaczy, Wasze dusze się nie rozpoznają. Trafią do Raju, ale przyjdzie taki czas, że wrócą na Ziemię. I to jest Wasza szansa. Znajdziecie się  tam w jednym czasie i miejscu. Jeżeli się odnajdziecie, będziecie razem. Przygotujcie się, bo za chwilę stracicie swoją dotychczasową osobowość. Pożegnajcie się.
- Do zobaczenia Anno!
- Do zobaczenia. Mam nadzieję, że do zobaczenia.
Nagle ogarnęła ich nicość. Nie było już Anny ani Marcela……..


          50 lat później…..
Gdzieś w Europie…
- Uwaga! Uwaga! Proszę kierować się do wyjścia 23. Ostatni samolot odleci o 12.30. Powtarzam, wyjście ….. – nadawał w kółko miły kobiecy głos.
- Chyba nie dostanę się do tego samolotu, jestem za daleko. Do tego ta okropna walizka, po co zabrałem tyle rzeczy i tak nie wiem czy jeszcze kiedyś mi się przydadzą. Szkoda, że nie posłuchałem Adama i nie poleciałem z nim wczoraj. Nie było jeszcze takiej histerii jak dziś. Podobno jutro już nic nie odleci. –pomyślał mężczyzna stojący w tłumie kłębiącym się na lotnisku.
Gdy tak stał i zastanawiał się co dalej robić, zauważył w tłumie filigranową kobietkę szarpiącą się z ogromnym kufrem. Stał zafascynowany, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Niewiele się zastanawiając, zaczął przedzierać się przez tłum w jej kierunku. Nie od razu go zauważyła, mimo, że stał w odległości nie większej niż pół metra.
- Pomóc Pani? – zapytał, może zbyt nieśmiało.
- Będę bardzo wdzięczna. Dziękuję.- spojrzała na niego i poczuła dziwne ciepło.
- Jestem Mikołaj. –przedstawił się sięgając po jej kufer.
- A ja Samanta. Nie wie pan, kiedy odlatuje następny samolot?
- O 12.30, przed chwilą ogłaszali, ale chyba nie uda nam się do niego wsiąść. Widzi pani co się dzieje. Chętnych jest chyba ze sto razy więcej niż miejsc.
- To co zrobimy? – zapytała.
- Będziemy musieli poszukać innego środka transportu. – dziwne, że użyła słowa „my”.
- Nie będzie to chyba łatwe, a poza tym ogłaszali, że transport drogą lądową jest niemożliwy ze względu na duże skażenie terenu. A może jutro nam się uda?
- Jutro nie będzie już żadnego lotu, ten jest ostatni. Nie wiem czy uda nam się przeżyć do jutra. – W tym momencie Mikołaj uświadomił sobie, że może są to ostatnie chwile jego życia. Dobrze, że jest z nim Samanta. Czuł, że jest mu bardzo bliska.
- Jak to przeżyć do jutra? – zaczęła szlochać.
Podszedł do niej bliżej i mocno przytulił.  Stali tak dłuższą chwilę. Wreszcie Samanta powiedziała przez łzy.
- Przynajmniej tyle dobrze, że się odnaleźliśmy.
Dlaczego to powiedziała? Jak to odnaleźliśmy? Zadając sobie te pytania Mikołaj zrozumiał, że czuje to samo. Tylko dlaczego odnaleźli się w tak dramatycznych okolicznościach. Czy będą mieli szansę nacieszyć się sobą?
- Nie martw się na zapas, może uda nam się jakoś stąd wydostać.
- Nie pocieszaj mnie, nie jestem dzieckiem. Wiem, że nie mamy żadnych szans.
 - To co robimy? – poczuł jak bardzo jest bezradny.
- Zostawmy te kufry i walizy i chodźmy do mnie. Postaramy się nie zmarnować ostatnich naszych chwil. Idziesz?
Na ulicach miasta było prawie pusto. Około 12.15 byli na miejscu.
- Za piętnaście minut odlatuje ostatnia nadzieja. – powiedział smutno Mikołaj.
- Nie myśl o tym. Ważne, że jesteśmy razem. Wiesz mam takie uczucie, że mieliśmy się spotkać. Szkoda tylko, że mamy tak mało czasu. Błagam Cię, nie traćmy go. Przygotujmy coś do zjedzenia.  Może obejrzymy jakiś film?
- Wszystko, Królowo. - Sam nie wiedział dlaczego poczuł się bardzo rozluźniony i prawie szczęśliwy.
- Chodźmy do kuchni.
Zjedli pyszny obiad, włączyli wideo i rozłożyli się na wygodnej kanapie. Oglądali film o niespełnionej miłości, bo ONA zmarła na białaczkę. Gdy film się skończył, telewizor przełączył się automatycznie na antenę. Podawali właśnie aktualne wiadomości.
- Ciekawe, że nadajniki i anteny działają. Przy takim promieniowaniu jest to prawie niemożliwe. – Mikołaj nie mógł uwierzyć.
- To chyba nasza lokalna telewizja nadaje, widać jeszcze nie doszła do nas fala. Wyłącz. – Samanta nie chciała tego słuchać.
- Poczekaj chwilkę. Słyszysz co mówią? Nikt nie przeżyje, cała Ziemia ulegnie  silnemu skażeniu radioaktywnemu. Podobno doszło do nowych wybuchów. Eksplodowały składy broni jądrowej na Florydzie. Zniszczyliśmy naszą Planetę no i oczywiście siebie.
- Proszę Cię wyłącz to i chodź do mnie.
Około 23 zasnęli, by się nigdy nie obudzić w tym świecie. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieli.

Na pewno już raz to przeżyli, byli tego pewni. Stali trzymając się za ręce, a nad nimi kłębiła się biała chmura, która powoli przeistoczyła się w starca z białymi włosami i długą brodą. Już kiedyś GO spotkali. Na pewno.
- Spotykamy się po raz drugi. Powinniście sobie teraz to przypomnieć.
Przytaknęli.
- Jak widać nie dane Wam było żyć razem długo i szczęśliwie. Ale to nie moja wina. Istoty ludzkie unicestwiły się same.  JA już dawno przestałem się wtrącać w Wasze sprawy. No i zobaczcie do czego to doprowadziło? Na waszej Ziemi nie ma już życia.
- Czy jeszcze kiedyś  na nią wróci?
- Na pewno, ale będzie to inne życie. Zadziwiliście mnie , powiem, że nawet bardzo. Odnaleźliście się, chociaż było to bardzo trudne, dlatego w nagrodę dam Wam jeszcze jedną szansę. Jeszcze nikt nie dostał jej dwa razy. Jak tylko będzie to możliwe wrócicie na Ziemię i już zawsze będziecie razem.
Teraz pozostaje Wam tylko cierpliwie czekać.

Ziemia sto lat później.
Pewne miasto w dawnej Australii. Widać, że czasy świetności miało dawno za sobą. Ruiny pokryte grubym pyłem wskazują na to, że od dawna nie jest zamieszkane. Nie widać nigdzie żywej duszy. Cisza. Nie słychać ptaków ani owadów.  Roślinność bardzo uboga. Ani jednej oznaki życia.
Nagle na kawałku betonowej płyty pojawiły się dwa karaluchy. Wesoło baraszkując zatrzymały się. Bardzo czule dotykały się czułkami, pocierały skrzydełkami.  W pewnej chwili można by usłyszeć, że rozmawiają.
- Chodź kochanie, poszukamy czegoś do jedzenia.- powiedział większy z nich.
- Nie musimy się spieszyć, nikt nam nie przeszkodzi. Oprócz nas nikt nie przeżył tego kataklizmu. Tylko my okazaliśmy się odporni na promieniowanie radioaktywne. Jeszcze bardzo długo będziemy jedynymi mieszkańcami  tej planety. Ale Ci ludzie byli głupi…..
Tak rozmawiając nie zauważyli, że na szarym niebie pojawiła się śnieżnobiała chmura. Bardzo powoli zaczęła przekształcać się w starca z siwymi włosami i bardzo długą brodą. Z zadowoleniem popatrzył na owady, uśmiechnął się. Widać, że bardzo był z czegoś zadowolony.
- A jednak im się udało……. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz