POWROTY Z ZA …..?
Zauważył ją
gdy schylała się by zawiązać but maleńkiemu chłopczykowi w śmiesznej czapeczce
z trzema pomponikami. Nawet tak prozaiczna czynność w jej wykonaniu sprawiała
wrażenie czegoś wzniosłego. Jej ruchy były niezwykle płynne i jednocześnie
bardzo dystyngowane. Mogła to być tylko bogini . Im dłużej ją obserwował tym
bardziej był pewien, że ta krucha istota nie pochodziła z tego świata. Gdyby był artystą natychmiast
utrwaliłby to piękno na płótnie, jeżeli oczywiście byłoby to możliwe. Nigdy nie
widział tak pięknego zjawiska.
Zawiązała bucik i podniosła głowę. Ich oczy
spotkały się, a ciała wstrząsnął jakiś dziwny dreszcz. Uważny obserwator z
pewnością by to zauważył, tak silne było ich doznanie. Oboje wiedzieli, że
wydarzyło się coś niezwykłego. Długą chwilę stali nieruchomo jakby zahipnotyzowani.
Ani jedno , ani drugie nie wiedziało jak się dalej zachować. Z tego w sumie
przyjemnego odrętwienia wyrwał ich cienki głosik:
- Mamo, chodźmy już. Zimno mi. – chłopczyk
złapał ją za rękę i pociągnął w stronę stojącego przy krawężniku samochodu.
Widać było, że z wielką niechęcią oderwała wzrok od stojącego na przystanku
autobusowym mężczyzny, podeszła do samochodu, wsiadła za kierownicę i
odjechała.
Jeszcze pół godziny później, Marcel, bo tak
miał na imię ów mężczyzna, stał w tym samym miejscu i patrzył w kierunku w
którym zniknął jej samochód.
W pewnej chwili biegnący z ogromnym psem
chłopak wpadł na niego, smycz zaplątała się wokół jego nóg i obaj leżeli na
oblodzonym chodniku. Upłynęło dobrych kilka minut zanim udało im się wyplątać z
pułapki i wstać.
- Bardzo pana przepraszam, mój pies jest
bardzo niezdyscyplinowany. Do tego waży chyba więcej ode mnie i nie zawsze
udaje mi się nad nim panować. Teraz zobaczył swoją ulubioną suczkę i pociągnął
mnie z ogromną siłą.
- Nic się nie stało, ja też nie jestem bez
winy. Stałem na środku chodnika.
- Nic się panu nie stało?
- Nie, najwyżej będę miał kilka siniaków.
- Jeszcze raz przepraszam. Dowidzenia panu.
- Dowidzenia. – odpowiedział, chociaż nie
pragnął następnego spotkania.
Chłopak
odszedł, a właściwie odbiegł, bo jego pies nie zrezygnował ze spotkania ze
swoją miłością.
Miłość –
pomyślał Marcel. Ciekawe czy zwierzęta jej doświadczają? Być może, tak.
Przypomniało mu się, że kiedyś czytał o
łabędziach, podobno dobierają się w pary raz na całe życie i gdy jeden z
ptaków zdechnie, drugi do końca życia pozostaje samotny. A ludzie? Często wdowa
czy wdowiec powtórnie zawierają związki małżeńskie. Może zwierzęta bardziej się
do siebie przywiązują? A może to tylko łabędzie dochowują wierności partnerowi
nawet po jego śmierci? A jak będzie w jego przypadku? Do tej pory nigdy nie
czuł do nikogo tego co poczuł niecałą godzinę temu do nieznajomej kobiety.
Wiedział, że ona poczuła to samo. Czy spotka ją jeszcze kiedyś? Miała syna, czy
była mężatką? Postanowił, że musi ją odnaleźć. Nie wiedział jeszcze jak to
zrobi, ale na pewno odnajdzie ją. Szkoda, że nie zapamiętał numeru
rejestracyjnego jej samochodu wtedy łatwiej by ją zidentyfikował. Postanowił,
że codziennie będzie przyjeżdżał w to miejsce o tej samej porze, może nie była
tu przypadkiem.
Cały
następny tydzień pojawiał się przed wejściem na basen, czekał godzinę, czasami
dwie, ale na próżno. Jego wymarzona piękność nie pojawiła się. Z kolei następny tydzień przeleżał w łóżku, zmogła go
wyjątkowo wredna grypa.
Długą chwilę
Anna stała przed wejściem na basen. Rozglądała się nerwowo jakby kogoś szukała.
- Mamo, chodźmy już do domu. Dlaczego tu
stoimy – obok Anny stał mały śliczny chłopczyk i szarpał ją za brzeg płaszcza.
- Jeszcze chwilkę Michałku, jeszcze małą
chwilkę. Możemy jeszcze chwilkę poczekać? – poprosiła.
- A na co mamy czekać? – zapytał mocno
zniecierpliwiony mały. – Nie chcę już czekać, chcę do domu! – teraz już
właściwie wrzeszczał.
-Dobrze, już dobrze, chodźmy. – wzięła go za
rękę i poprowadziła do samochodu, cały czas rozglądając się na boki. Ciągle
jeszcze miała nadzieję, że za chwilę ujrzy roześmianą delikatną twarz nieznajomego.
Niestety… Czy jeszcze kiedyś go zobaczy?
Czy dowie się kim był ten mężczyzna, który tak bardzo ją zafascynował? A może
to coś więcej niż fascynacja? Nie, nie wolno jej tak myśleć. Jest przecież
szczęśliwą żoną i matką. Rozmyślając tak rozpłakała się. Teraz wiedziała, że
nigdy nie była szczęśliwa. Postanowiła, że codziennie, aż do wyjazdu z mężem na
placówkę dyplomatyczną, będzie tu przychodziła. Bardzo chciałaby dowiedzieć się
kim był ten mężczyzna, który wprowadził tak wielki zamęt do jej duszy.
Nie spotkała
go przez cały następny tydzień….
Dopiero we
wtorek…. Jeszcze nie wysiadła z samochodu gdy przez chwilę mignęła jej znajoma
twarz. Tak to był on! Szybko zaparkowała, nie patrzyła wcale czy w dozwolonym
miejscu czy nie, bała się, że go zgubi. Wysiadła w szalonym tempie, niemalże
wyciągnęła Michała z tylnego siedzenia i zdyszana stanęła na drodze mężczyzny. Znowu to samo uczucie mrowienia za mostkiem,
wiedziała, że on czuje dokładnie to samo. Przez długą chwilę stali bez słowa. W
końcu Marcel odezwał się pierwszy:
- Nie jesteś jednak wytworem mojej wyobraźni,
Ty naprawdę istniejesz, już myślałem, że sobie Ciebie wymyśliłem.
- Jestem jak najbardziej rzeczywista, mam na
imię Anna. – mówiąc to wyciągnęła do niego rękę, którą on z wielkim
namaszczeniem uścisnął a potem przyłożył do ust. Może zbyt długo ją trzymał, bo
mały zaoponował.
- Nie rusz mojej mamy! Puść ją w tej chwili!
– oboje zawstydzili się. Anna szybko wyrwała rękę i przedstawiła syna. Teraz on
poczuł, że powinien się przedstawić.
- Jestem Marcel.
- Ale śmiesznie, Marcel, Marcel. –
przedrzeźniał go mały.
- Przepraszam, chyba Michał nigdy nie słyszał
tego imienia. – tu zwróciła się do syna – Przeproś pana.
- Nie chcę, nie lubię go! Chcę popływać,
chodźmy, powiedz mu, żeby sobie poszedł.
- Jesteś bardzo niegrzeczny. Nie dostaniesz
dziś swojego ulubionego batonika.
- Nie chcę Twojego batonika, chodźmy pływać.
- Dzisiaj będziesz pływał sam z trenerem. Ja
się źle czuję.
- Bardzo dobrze, mogą pływać sam.
- Chodźmy. – wzięła go za rękę i zniknęła za
szklanymi drzwiami hali basenu. Marcel wiedział, że zaraz wróci. Nie pomylił
się .Po dziesięciu minutach była już z powrotem. Długo stali wpatrując się w
siebie. W końcu Marcel zaproponował, żeby usiedli w kawiarence przy basenie.
Tak też zrobili. Nie mieli zbyt dużo czasu, bo Anna musiała dopilnować Michała,
żeby się wykąpał i wysuszył. Na koniec powiedziała, że pojutrze wyjeżdża do
Wenezueli, bo jej mąż został tam ambasadorem.
- Na jak długo wyjeżdżacie? – zapytał
przerażony Marcel.
- Minimum na pięć lat. – mówiąc to miała łzy
w oczach.
- Czy będziesz czasami bywała w kraju? Na
jakieś wakacje?
- Nie, najwcześniej przyjadę tu za pięć lat,
a może później. Wszystko zależy od tego jak długo mój mąż będzie ambasadorem.
- Nie mogę w to uwierzyć. Ledwo się
odnaleźliśmy, a już musimy się żegnać. Co za ironia losu. Dlaczego zdarzyło się
to właśnie nam?
- Może to i lepiej. Nie będziemy mieli szansy
zrobić czegoś, czego moglibyśmy żałować do końca życia. Do zobaczenia Marcelu.
Pewnie nie zobaczymy się już nigdy, ale wiedz, że zawsze będziesz miał swoje
miejsce w moim sercu. Szkoda, że nie spotkaliśmy się parę lat wcześniej. Teraz
już nic nie możemy na to poradzić, żegnaj.
- Nie mogę w to uwierzyć, nie odchodź. Jak mogę się z Tobą kontaktować?
- Nie zatrzymuj mnie, proszę. Nie utrudniaj
tego co i tak jest nie do zniesienia. Nie możemy się kontaktować. Może urodzimy
się na nowo i wtedy dostaniemy swoją szansę.
- Chyba nie wierzysz w to co mówisz, nie
będziemy mieli już nigdy żadnej szansy. Wiesz, że to niemożliwe. Nawet nie
wiemy ile tracimy, jesteś pewna, że tak musi być?
- Jestem pewna, żegnaj. Nie zapomnij o mnie.
– szybko odbiegła w stronę otwierających się drzwi hali w której mieścił się
basen. Przez chwilę stał i zastanawiał się czy powinien biec za nią. Pobiegł,
ale odwróciła się i zatrzymała go ruchem ręki. Wiedziała, że pobiegnie. Czuła
to, a może ona na jego miejscu też by pobiegła? Zatrzymał się, odwrócił i
schował za rogiem, żeby móc ją obserwować jak będzie wracała z synem do
samochodu. Zanim wyszła upłynęło chyba z pół godziny. Może mu się wydawało, ale
chyba była zapłakana. Patrzył jak wsiada do samochodu i wolno odjeżdża. Nie
zanotował numeru rejestracyjnego samochodu, może lepiej nie wiedzieć jak się
nazywała, skoro postanowiła, że nigdy się już nie spotkają. Czuł, że ogarnia go
bezsilna rozpacz. Najgorsze było to, że już teraz wiedział jak bardzo będzie
nieszczęśliwy przez resztę swojego życia.
Miał wrażenie, że stracił coś bardzo cennego.
- Dlaczego pan płacze?- przechodząca kobieta
zauważyła łzy na jego twarzy i zaniepokoiła się. – Potrzebuje pan pomocy? –
stanowczo była za troskliwa.
- Nie, dziękuję Pani, przepraszam, poradzę
sobie. To chyba z zimna. – skłamał.
- Na pewno nie potrzebuje Pan pomocy? –
dopytywała.
- Na pewno, bardzo Pani dziękuję za
zainteresowanie.
Kobieta
odeszła, ale jeszcze kilka razy odwracała się, jakby chciała sprawdzić czy na
pewno nic mu nie jest. Rzeczywiście
płakał, ale zupełnie nad tym nie panował. Ostatni raz zdarzyło mu się płakać
jak zdechł jego ukochany chomik, miał chyba wtedy pięć lat. Mama kupiła innego chomika łagodząc znacznie ból,
wypełniając w ten sposób powstałą pustkę. Wiedział, że teraz nie będzie to
takie łatwe. Tak długo stał w miejscu, że dopiero później poczuł, że nogi mu
zdrętwiały z zimna. Trzeba iść do domu. W tym momencie przypomniał sobie tekst
z Nieboskiej komedii Dantego: Wy, którzy wchodzicie, zostawcie nawet nadzieję!
Co za ironiczne przesłanie, on też musi pogrzebać nadzieję……
Całą drogę
do domu Anna płakała, co bardzo zaniepokoiło jej syna Michała.
- Dlaczego płaczesz Mamo, czy coś Cię boli?
Nie chcę, żebyś płakała. Mamo!
- Nic mi nie jest Michałku, zaraz mi
przejdzie. Zobacz nie płaczę. –popatrzyła na syna wymuszając na sobie uśmiech.
Mały odwzajemnił uśmiech, ale nie był do końca przekonany czy wszystko jest w
porządku.
Pięćdziesiąt lat później…..
Przed
wejściem na basen zatrzymał się siwiuteńki mężczyzna. Wpatrywał się w oszkloną
ścianę i obrotowe drzwi, które bez przerwy były w ruchu.
- Zupełnie inaczej to dzisiaj wygląda. Po
ostatnim remoncie cały kompleks wygląda bardzo okazale i nowocześnie. Podobno
jest tam pływalnia spełniająca wymogi olimpijskie. No cóż , świat idzie do
przodu. – pomyślał dziadek. Baczny obserwator poznałby go od razu, przecież od
wielu, wielu lat przychodził tu niemal codziennie i stale o tej samej porze.
Stał oparty na cienkiej eleganckiej laseczce i uporczywie wpatrywał się w
obrotowe drzwi pływalni. Wyglądało na to, że na kogoś czeka, ale sprawiał
wrażenie, że nie spodziewa się nikogo spotkać. Postał jeszcze chwilę i bez
pośpiechu podreptał w stronę pobliskiego postoju taksówek.
- Ciekawe jak długo będę miał siłę, żeby tu
przyjeżdżać. Czy jest jeszcze nadzieja na spotkanie Anny? – chyba powiedział to
zbyt głośno, bo wsiadając do taksówki usłyszał.
- Proszą powtórzyć adres, bo niedosłyszałem.
- Wiśniowa 5, poproszę.
- Już się robi proszę szanownego pana. –
Taksówka ruszyła i gdy mijała wejście na pływalnię zobaczył starą kobietę,
której widok przyprawił go o szybsze bicie serca.
- Proszę się zatrzymać! Muszę coś sprawdzić.
Otworzył
drzwi taksówki i zawołał:
- Anno! Anno!
Kobieta
stanęła jak wryta a następnie odwróciła się w stronę skąd dobiegało wołanie.
- Marcel? Marcel czy to Ty? – nie mogła
uwierzyć. Wysiadł z taksówki, zapłacił i podszedł do kobiety.
- Wiesz, że dzisiaj upływa pięćdziesiąt lat od naszego spotkania?
Właściwie jedynego spotkania. Dlaczego tu przyszłaś? Czyżbyś chodziła na basen?
– zarzucił ją gradem pytań.
- A Ty co tu robisz? – odpowiedziała
pytaniem.
- No ja to przychodzę tu prawie codziennie od
wielu, wielu lat. Do naszego ostatniego spotkania doliczyłem pięć lat i czekam
na Ciebie.
- Niebywałe. Ja też od trzech lat przychodzę tu
dosyć często. Dlaczego spotykamy się dopiero teraz?
- Nie wiem, ale mamy to już za sobą. Może
pójdziemy gdzieś usiąść? Nie jestem w zbyt dobrej formie.
- Może
do tej kawiarenki, w której byliśmy pięćdziesiąt lat temu?
- A jeszcze istnieje?
- Istnieje, ale pod innym szyldem. No to
chodźmy.
Bardzo długo
siedzieli opowiadając o swoim życiu. Ona od trzydziestu lat była wdową, syn
mieszkał na stałe w Wenezueli. Od trzech lat była w kraju i intensywnie Go
szukała.
On nigdy się
nie ożenił, nie miał żadnej rodziny, wierzył, że kiedyś się spotkają. Jego
wiara została wystawiona na ciężką próbę, ale w końcu jego upór przyniósł
efekt. Byli razem. Postanowili, że od
tego dnia będą spotykali się codziennie, oboje byli już na emeryturze.
- Wezmę taksówką i odwiozę Cię do domu.
–powiedział w końcu Marcel widząc, że Anna ziewa ukradkiem.
- Nie, dziękuję, to raczej ja Cię odwiozę,
mam tu za rogiem samochód.
- Radzisz sobie jeszcze z kierownicą? –
zapytał z niedowierzaniem.
- Mam dopiero 77 lat, jeszcze jestem całkiem
sprawna fizycznie.
- Zazdroszczę Ci, ja już nie mogę prowadzić,
mam początki Parkinsona.
- Zaopiekuję się Tobą, niczym nie musisz się
już martwić.
- Nie chcę żebyś się mną opiekowała, radzę
sobie całkiem dobrze.
- Przepraszam nie chciałam Cię urazić,
powiedziałam tak, bo chciałabym być blisko Ciebie. Straciliśmy całe życie, może
jeszcze uda się coś uratować.
- Może, ale chyba niewiele. Jestem poważnie
chory i na pewno nie pozwolę na to żeby być dla Ciebie ciężarem. Już Ci
powiedziałem, że radzę sobie całkiem nieźle, zresztą wynająłem pomoc domową.
Mam wszystko czego mi potrzeba.
- Jeszcze raz Cię przepraszam. Ja po prostu
chciałabym byś blisko Ciebie. Często żałowałam, że wyjechałam wtedy do
Wenezueli, wiem, że straciliśmy oboje przez to bardzo wiele. Było między nami
coś niepowtarzalnego, nie każdy może tego doświadczyć. Uratujmy te resztki,
które nam zostały. Nie jesteśmy już młodzi jak wtedy, ale ja ciągle czuję to
samo.
- Ja też. Masz rację nie róbmy sobie
wyrzutów, bo i tak nie cofniemy czasu. Spróbujmy skorzystać z tego co nam
jeszcze zostało.
- No to chodź, odwiozę Cię do domu.
Zanim
wyszli, Marcel wyjął jakiś notes i coś w nim zapisywał. Gdy skończył,
uśmiechnął się tajemniczo, zapłacił rachunek i wyszedł za Anną na ulicę.
Wsiedli do jej samochodu i odjechali. Oboje mieszkali poza miastem, ale po
przeciwnych stronach. Marcel na północnym krańcu, a Anna na południowym.
Wyjechali na trasę szybkiego ruchu i już mieli skręcić w lewo w ulicę Marcela,
gdy nagle zobaczyli ogromną ciężarówkę, która widocznie wpadła w poślizg i nie
dając im szans staranowała mercedesa Anny wbijając go w przydrożny słup
wysokiego napięcia.
Trzymali się
za ręce nie rozumiejąc co się stało.
- Boli Cię coś? Jesteś cała? – zapytał bez
emocji Marcel.
-- Nic mi
nie jest, nic nie czuję. Właściwie nie wiem co się stało. Była jakaś
ciężarówka. Czy my się z nią zderzyliśmy?
- Takie miałem wrażenie, no ale skoro nic nam
nie jest, to znaczy, że to się nam tylko wydawało.
- Jak to nic się nie stało? Zobacz! Jesteś
cały pokrwawiony. Dlaczego się nie ruszasz? Marcel! O Boże! Ja też tam leżę. My
nie żyjemy. Jak to się mogło stać?
- Jak to nie żyjemy? Przecież rozmawiamy.
Anno, o Boże! Boże dlaczego nam to zrobiłeś? Dlaczego? Dlaczego?
- Bo chcę
Wam dać drugą szansę. – usłyszeli.
- Kto chce
nam dać drugą szansę? –Anna była przestraszona.
- Czyżbym
się przesłyszał? Wzywaliście mnie przecież.
W tym
momencie przed ich oczami ukazała się ogromna chmura, która zaczęła przybierać
ludzkie kształty, aż w końcu przekształciła się w białą postać starca z długimi
włosami i brodą.
- Czyż nie
pytaliście: Boże dlaczego nam to zrobiłeś?
- Pytaliśmy,
ale nie wiedzieliśmy czy dostaniemy odpowiedź na to pytanie. Nic nie rozumiemy.
Czy my nie żyjemy? – dopytywał Marcel.
- Nie żyją
Wasze ciała, ale dusze nie umrą nigdy. Popatrzcie w dół. –usłyszeli odpowiedź.
- Nie wiem
czy chcemy.
- Nie bójcie
się, nie będziecie już odczuwali żadnych emocji.
Spojrzeli.
Rzeczywiście, nic nie czuli, ani strachu ani żalu.
- Czy to
znaczy, że odtąd zawsze będziemy razem? – zapytała Anna.
-Nie,
powiedziałem Wam na początku, że otrzymacie drugą szansę. Ale nie obiecałem, że
będziecie razem. Od Was zależy czy ją wykorzystacie.
- Zrobimy
wszystko, żeby być razem. Co mamy zrobić? Jesteśmy gotowi na wszystko. Prawda
Anno?
- Tak,
jesteśmy gotowi. – potwierdziła.
- Widzę, że
bardzo jesteście zdeterminowani. Wiedzcie jednak, że udaje się to raz na ponad
milion przypadków.
- Nam na
pewno się uda – zawołali niemal jednocześnie.
- Zatem
słuchajcie: za chwilę ze świadomości waszych dusz zostaną wymazane wszelkie
informacje. Po tym zabiegu już się nie rozpoznacie.
- Boże!!!
–wykrzyknęli z rozpaczą.
- To znaczy,
Wasze dusze się nie rozpoznają. Trafią do Raju, ale przyjdzie taki czas, że
wrócą na Ziemię. I to jest Wasza szansa. Znajdziecie się tam w jednym czasie i miejscu. Jeżeli się
odnajdziecie, będziecie razem. Przygotujcie się, bo za chwilę stracicie swoją
dotychczasową osobowość. Pożegnajcie się.
- Do
zobaczenia Anno!
- Do
zobaczenia. Mam nadzieję, że do zobaczenia.
Nagle
ogarnęła ich nicość. Nie było już Anny ani Marcela……..
50 lat później…..
Gdzieś w
Europie…
- Uwaga! Uwaga!
Proszę kierować się do wyjścia 23. Ostatni samolot odleci o 12.30. Powtarzam,
wyjście ….. – nadawał w kółko miły kobiecy głos.
- Chyba nie
dostanę się do tego samolotu, jestem za daleko. Do tego ta okropna walizka, po
co zabrałem tyle rzeczy i tak nie wiem czy jeszcze kiedyś mi się przydadzą.
Szkoda, że nie posłuchałem Adama i nie poleciałem z nim wczoraj. Nie było
jeszcze takiej histerii jak dziś. Podobno jutro już nic nie odleci. –pomyślał
mężczyzna stojący w tłumie kłębiącym się na lotnisku.
Gdy tak stał
i zastanawiał się co dalej robić, zauważył w tłumie filigranową kobietkę
szarpiącą się z ogromnym kufrem. Stał zafascynowany, nie mogąc oderwać od niej
wzroku. Niewiele się zastanawiając, zaczął przedzierać się przez tłum w jej
kierunku. Nie od razu go zauważyła, mimo, że stał w odległości nie większej niż
pół metra.
- Pomóc
Pani? – zapytał, może zbyt nieśmiało.
- Będę
bardzo wdzięczna. Dziękuję.- spojrzała na niego i poczuła dziwne ciepło.
- Jestem
Mikołaj. –przedstawił się sięgając po jej kufer.
- A ja
Samanta. Nie wie pan, kiedy odlatuje następny samolot?
- O 12.30,
przed chwilą ogłaszali, ale chyba nie uda nam się do niego wsiąść. Widzi pani
co się dzieje. Chętnych jest chyba ze sto razy więcej niż miejsc.
- To co
zrobimy? – zapytała.
- Będziemy
musieli poszukać innego środka transportu. – dziwne, że użyła słowa „my”.
- Nie będzie
to chyba łatwe, a poza tym ogłaszali, że transport drogą lądową jest niemożliwy
ze względu na duże skażenie terenu. A może jutro nam się uda?
- Jutro nie
będzie już żadnego lotu, ten jest ostatni. Nie wiem czy uda nam się przeżyć do
jutra. – W tym momencie Mikołaj uświadomił sobie, że może są to ostatnie chwile
jego życia. Dobrze, że jest z nim Samanta. Czuł, że jest mu bardzo bliska.
- Jak to
przeżyć do jutra? – zaczęła szlochać.
Podszedł do
niej bliżej i mocno przytulił. Stali tak
dłuższą chwilę. Wreszcie Samanta powiedziała przez łzy.
- Przynajmniej
tyle dobrze, że się odnaleźliśmy.
Dlaczego to
powiedziała? Jak to odnaleźliśmy? Zadając sobie te pytania Mikołaj zrozumiał,
że czuje to samo. Tylko dlaczego odnaleźli się w tak dramatycznych
okolicznościach. Czy będą mieli szansę nacieszyć się sobą?
- Nie martw
się na zapas, może uda nam się jakoś stąd wydostać.
- Nie
pocieszaj mnie, nie jestem dzieckiem. Wiem, że nie mamy żadnych szans.
- To co robimy? – poczuł jak bardzo jest
bezradny.
- Zostawmy
te kufry i walizy i chodźmy do mnie. Postaramy się nie zmarnować ostatnich
naszych chwil. Idziesz?
Na ulicach
miasta było prawie pusto. Około 12.15 byli na miejscu.
- Za piętnaście
minut odlatuje ostatnia nadzieja. – powiedział smutno Mikołaj.
- Nie myśl o
tym. Ważne, że jesteśmy razem. Wiesz mam takie uczucie, że mieliśmy się
spotkać. Szkoda tylko, że mamy tak mało czasu. Błagam Cię, nie traćmy go.
Przygotujmy coś do zjedzenia. Może
obejrzymy jakiś film?
- Wszystko,
Królowo. - Sam nie wiedział dlaczego poczuł się bardzo rozluźniony i prawie
szczęśliwy.
- Chodźmy do
kuchni.
Zjedli
pyszny obiad, włączyli wideo i rozłożyli się na wygodnej kanapie. Oglądali film
o niespełnionej miłości, bo ONA zmarła na białaczkę. Gdy film się skończył,
telewizor przełączył się automatycznie na antenę. Podawali właśnie aktualne
wiadomości.
- Ciekawe,
że nadajniki i anteny działają. Przy takim promieniowaniu jest to prawie
niemożliwe. – Mikołaj nie mógł uwierzyć.
- To chyba
nasza lokalna telewizja nadaje, widać jeszcze nie doszła do nas fala. Wyłącz. –
Samanta nie chciała tego słuchać.
- Poczekaj
chwilkę. Słyszysz co mówią? Nikt nie przeżyje, cała Ziemia ulegnie silnemu skażeniu radioaktywnemu. Podobno
doszło do nowych wybuchów. Eksplodowały składy broni jądrowej na Florydzie.
Zniszczyliśmy naszą Planetę no i oczywiście siebie.
- Proszę Cię
wyłącz to i chodź do mnie.
Około 23
zasnęli, by się nigdy nie obudzić w tym świecie. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieli.
Na pewno już
raz to przeżyli, byli tego pewni. Stali trzymając się za ręce, a nad nimi
kłębiła się biała chmura, która powoli przeistoczyła się w starca z białymi
włosami i długą brodą. Już kiedyś GO spotkali. Na pewno.
- Spotykamy
się po raz drugi. Powinniście sobie teraz to przypomnieć.
Przytaknęli.
- Jak widać
nie dane Wam było żyć razem długo i szczęśliwie. Ale to nie moja wina. Istoty
ludzkie unicestwiły się same. JA już
dawno przestałem się wtrącać w Wasze sprawy. No i zobaczcie do czego to
doprowadziło? Na waszej Ziemi nie ma już życia.
- Czy
jeszcze kiedyś na nią wróci?
- Na pewno,
ale będzie to inne życie. Zadziwiliście mnie , powiem, że nawet bardzo.
Odnaleźliście się, chociaż było to bardzo trudne, dlatego w nagrodę dam Wam
jeszcze jedną szansę. Jeszcze nikt nie dostał jej dwa razy. Jak tylko będzie to
możliwe wrócicie na Ziemię i już zawsze będziecie razem.
Teraz
pozostaje Wam tylko cierpliwie czekać.
Ziemia sto
lat później.
Pewne miasto
w dawnej Australii. Widać, że czasy świetności miało dawno za sobą. Ruiny pokryte
grubym pyłem wskazują na to, że od dawna nie jest zamieszkane. Nie widać
nigdzie żywej duszy. Cisza. Nie słychać ptaków ani owadów. Roślinność bardzo uboga. Ani jednej oznaki
życia.
Nagle na
kawałku betonowej płyty pojawiły się dwa karaluchy. Wesoło baraszkując
zatrzymały się. Bardzo czule dotykały się czułkami, pocierały
skrzydełkami. W pewnej chwili można by
usłyszeć, że rozmawiają.
- Chodź
kochanie, poszukamy czegoś do jedzenia.- powiedział większy z nich.
- Nie musimy
się spieszyć, nikt nam nie przeszkodzi. Oprócz nas nikt nie przeżył tego
kataklizmu. Tylko my okazaliśmy się odporni na promieniowanie radioaktywne.
Jeszcze bardzo długo będziemy jedynymi mieszkańcami tej planety. Ale Ci ludzie byli głupi…..
Tak rozmawiając
nie zauważyli, że na szarym niebie pojawiła się śnieżnobiała chmura. Bardzo
powoli zaczęła przekształcać się w starca z siwymi włosami i bardzo długą
brodą. Z zadowoleniem popatrzył na owady, uśmiechnął się. Widać, że bardzo był
z czegoś zadowolony.
- A jednak
im się udało…….
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz